stat

Na swoim. Dobre, polskie meble według Przemka Kuśmierka

 Moją firmę nazwałem GSG Studio - od nazw Gdańsk, Sopot, Gdynia - mówi Przemek Kuśmierek.
Moją firmę nazwałem GSG Studio - od nazw Gdańsk, Sopot, Gdynia - mówi Przemek Kuśmierek. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że najtrudniejsze są pierwsze dwa lata, że Polacy uczą się być premium, a także o tym, że o gustach warto dyskutować rozmawiamy z Przemkiem Kuśmierkiem - projektantem i stylistą wnętrz GSG Studio oraz szefem marki Spensen. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Łukaszem Guzikiem z firmy Spark-Lab, a już za tydzień rozmowa z Jackiem Czarnowskim z Cetus Consulting.


W pewnym momencie zacząłem odczuwać zmęczenie pracą w korporacji - brakowało mi wolności i autonomii, a w zawodach kreatywnych jest to niezwykle ważne.

Jak to się stało, że jest pan na swoim?

Przemek Kuśmierek: - Przez dziesięć lat pracowałem dla znanych polskich marek w branży wyposażenia wnętrz, na początku odpowiadałem za visual merchandising, czyli sztukę ekspozycji, projektowanie sklepów i witryn, z czasem zostałem menedżerem kreatywnym, uczestniczyłem w tworzeniu kolekcji i kampanii wizerunkowych. Jak to się stało? Pewnie typowo, czyli najpierw korporacja, a potem decyzja o własnej firmie.

Typowo byłoby, gdyby przez lata w IT nagle postanowiłby pan zostać restauratorem. Pan jednak konsekwentnie trzyma się tej samej branży.

- To prawda. Zaczynałem od pracy dla znanej, wręcz kultowej kiedyś marki Almi Decor, niestety już nieistniejącej stacjonarnie. Pracowałem więc jako sprzedawca w jednym z ich prestiżowych sklepów w Poznaniu. To było zaraz po studiach i to była moja pierwsza praca, trzeba było się gdzieś zahaczyć, od zaraz. Dość szybko awansowałem na dekoratora sklepu, a potem trafiłem do... centrali firmy. Zostałem zauważony przez dział kreatywny, moje stylizacje wnętrz i projekty witryn wyróżniały się. Przeprowadziłem się do Wrocławia. Tam czekały na mnie kolejne ciekawe wyzwania. Jako menedżer kreatywny i VM zostałem zaproszony do czteroosobowego zespołu, który pracował nad nową marką - to był nasz autorski projekt, stworzony zupełnie od podstaw. Podróże zawodowe po całym świecie w ramach inspiracji i kontaktów handlowych - to był niezapomniany i intensywny czas. Potem konkurencja ściągnęła mnie do Trójmiasta - przez cztery lata byłem szefem działu visual merchandisingu w LPP TEX, pracowałem dla marki Home&You. W pewnym momencie zacząłem odczuwać zmęczenie pracą w korporacji - brakowało mi wolności i autonomii, a w zawodach kreatywnych jest to niezwykle ważne. Zdecydowałem się, żeby zrobić coś swojego, rozpocząć nowy etap - założyłem autorskie studio projektowania wnętrz, które dziś działa z powodzeniem.

Dlaczego został pan w Trójmieście?

- Trójmiasto spodobało mi się od początku - otwartość, klimat, powietrze, morze, które kocham. Wiele rzeczy się na to złożyło. Tu się dobrze mieszka, żyje i pracuje - dziś to wiem. Tutaj widać horyzont i niebo. To jest też takie miejsce, gdzie w pracy zawodowej mogę mieć kontakt z ludźmi z całej Polski i zagranicy. Moją firmę nazwałem GSG Studio - od nazw Gdańsk, Sopot, Gdynia.
Rzeczywiście po dwóch latach, kiedy zrealizowaliśmy kilka fajnych projektów, zbudowaliśmy portfolio i pozyskaliśmy grono zadowolonych klientów - choć ci niezadowoleni zdarzają się wszędzie - wszystko nabrało rozpędu  - mówi Przemek Kuśmierek.
Rzeczywiście po dwóch latach, kiedy zrealizowaliśmy kilka fajnych projektów, zbudowaliśmy portfolio i pozyskaliśmy grono zadowolonych klientów - choć ci niezadowoleni zdarzają się wszędzie - wszystko nabrało rozpędu - mówi Przemek Kuśmierek. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl
Każda nowa firma w branży potrzebuje czasu, aby zdobyć pozycję. Trzeba pokazać, że jesteśmy wartościowi, że znamy się na swojej sztuce. A to się nie dzieje w miesiąc ani dwa.
Tu są klienci.

- Tak, bo oprócz coraz bardziej chłonnego rynku lokalnego, swoje nieruchomości mają tu też klienci z całej Polski. To są osoby, które inwestując swój kapitał doceniają dobre, ładne i niemasowe przedmioty - słowem design, za który gotowi są zapłacić. Kontakty z nimi przekładają się na prawdziwą satysfakcję z pracy, ponieważ w projektowaniu możemy używać doskonałych marek i produktów, ciekawych i niebanalnych materiałów. Klientów mamy wymagających, ale jednocześnie bardzo świadomych.

To by się nie udało w małej miejscowości?

- Zdecydowanie nie, zresztą z takiej małej miejscowości w woj. wielkopolskim pochodzę, znam te realia. Tu na początku też nie było łatwo. Pierwsze dwa lata prowadzenia działalności są zawsze dużym wyzwaniem. Konkurencja w naszej branży jest bardzo duża, firm projektowych jest wiele. To był dla mnie trudny czas. Praca w korporacji przyzwyczaja do pewnego rodzaju stabilności, podczas gdy własny biznes to duża niepewność i zmienność. Dobrze mieć na początku zaplecze finansowe, które pozwalała przez jakiś czas spokojnie rozwijać działalność i ograniczyć stres z tym związany. Każda nowa firma w branży potrzebuje czasu, aby zdobyć pozycję. Trzeba pokazać, że jesteśmy wartościowi, że znamy się na swojej sztuce. A to się nie dzieje w miesiąc ani dwa. Początki były dosyć trudne i stresujące. Mój standard życia wówczas zdecydowanie się obniżył, były chwile, gdy myślałem, żeby zrezygnować i wrócić do tego, co było, ale wytrwałem.
Zaczęliśmy od salonu w Gdyni, który działa dopiero od trzech miesięcy. Jest swego rodzaju laboratorium, sprawdzamy co się podoba, na co klienci zwracają uwagę (...) Początki są obiecujące.

Minęły dwa lata i...

- Rzeczywiście po dwóch latach, kiedy zrealizowaliśmy kilka fajnych projektów, zbudowaliśmy portfolio i pozyskaliśmy grono zadowolonych klientów - choć ci niezadowoleni zdarzają się wszędzie - wszystko nabrało rozpędu. Zadziałał głównie marketing szeptany, bo nigdy się nie reklamowałem. Zaczęły się pojawiać kolejne propozycje współpracy, projekty trafiły do ogólnopolskich publikacji. Dziś, czyli po czterech latach, mam trzyosobowy zespół i dużo pracy. Jest bardzo dobrze.

Do tego stopnia, że zajął się pan kolejnym projektem.

- Tak. Tym projektem jest marka meblowa Spensen, która de facto dopełnia działalność projektową. Od pół roku jestem współwłaścicielem firmy, która stworzyła tę markę oraz prowadzi showroom Spensen Home Collection w Gdyni. Jestem autorem koncepcji, dyrektorem kreatywnym i prezesem firmy jednocześnie, mam nowe obowiązki i zadania, ale nie udałoby mi się tego wszystkiego stworzyć bez inwestorów zewnętrznych. To są osoby z kręgu znajomych, które uwierzyły we mnie, w mój pomysł i zdecydowały się zainwestować. W planach mamy otwarcie kilku salonów w dużych miastach Polski. Zaczęliśmy od salonu w Gdyni, który działa dopiero od trzech miesięcy. Jest swego rodzaju laboratorium, sprawdzamy, co się podoba, na co klienci zwracają uwagę, prosimy o uwagi, słuchamy - to bardzo ważne w tworzeniu kolekcji. Początki są obiecujące.
Tym dobrym, polskim meblarstwem, dobrym polskim produktem i designem chcemy się chwalić. Chcemy promować to co dobre i polskie.

Sami projektujecie czy zbieracie z rynku ciekawe przedmioty?

- Aż 90 proc. mebli jest produkowana w Polsce. Są to zarówno meble drewniane, jak i tapicerowane. Część wzorów jest zaprojektowana przeze mnie i przez mój zespół projektowy, natomiast część jest odpowiednio wyselekcjonowana z oferty producentów, którzy nie sprzedają na rynek polski, a uwierzyli w nasz sukces i zdecydowali się produkować meble specjalnie dla nas. Negocjacje nie były proste. Bardzo szanujemy i podziwiamy naszych dostawców za ich kunszt, pasję i dbałość o szczegóły. Jeżeli chodzi o oświetlenie i artykuły dekoracyjne, to te produkty uzupełniają naszą ofertę i sprowadzamy je od dostawców zewnętrznych.

Kontenerami z Chin? Tym pytaniem uprzedzę opinie czytelników, jakie pewnie pojawią się pod tekstem.

- W dodatki zaopatrujemy się w Europie. Oświetlenie mamy z Polski, Wielkiej Brytanii i Skandynawii, a dekoracje głównie z Belgii i Holandii. Są to wyspecjalizowani dostawcy, z pewnością część asortymentu importują z Chin, Indii czy innych krajów azjatyckich, choć często ich dostawcy także są z Polski. Przecież Polska jest czwartym eksporterem mebli na świecie! W innych branżach też jesteśmy silni. Tym dobrym, polskim meblarstwem, dobrym polskim produktem i designem chcemy się chwalić. Chcemy promować to co dobre i polskie. Dlatego już w niedalekiej przyszłości rozpoczynamy działalność eksportową. Na początku myślimy o dojrzałych rynkach europejskich jak Skandynawia, Niemcy, kraje Beneluksu.
(...) jest grupa zamożnych klientów, którzy są gotowi na duże wydatki, których dokonują świadomie. Kupują oryginalność, jakość, niepowtarzalność.

A nasi wschodni sąsiedzi, tam też jest sporo bogatych ludzi.

- Tak, odczuwaliśmy to szczególnie przed zamknięciem małego ruchu granicznego. Wcześniej w Trójmieście było sporo klientów choćby z obwodu kaliningradzkiego. My jednak na początek myślimy o rynku Unii Europejskiej, bo jest łatwiej choćby proceduralnie.

Wracając na nasze podwórko. Wnętrze urządzone według autorskiego projektu, własna marka premium. Czy Polaków stać na tzw. dobra luksusowe?

- Coraz bardziej tak - jest grupa zamożnych klientów, którzy są gotowi na duże wydatki, których dokonują świadomie. Kupują oryginalność, jakość, niepowtarzalność. Rynek premium jest przyszłościowy. Obserwujemy, że coraz więcej luksusowych, zagranicznych marek pojawia się w Polsce. My jesteśmy tym rynkiem, który dopiero chłonie dobra luksusowe.

Bo jesteśmy bogatsi?

- Też, ale jak wspomniałem - nie tylko o pieniądze tu chodzi. Jesteśmy też bogatsi w wiedzę i doświadczenia. Duże pieniądze można wydać na różne rzeczy, można ulec marketingowym trikom. Do dóbr luksusowych trzeba dojrzeć. Jesteśmy coraz bardziej świadomym narodem. Polacy podróżują po całym świecie, obserwują, co się dzieje na Zachodzie, jaki standard wyposażenia wnętrz jest możliwy.
Dobrze, że coraz częściej wracamy do rodzimego designu.
To powoduje, że nasza świadomość się podnosi i mając możliwość oraz pieniądze, Polacy coraz częściej decydują się na luksusowe produkty. Mają tę świadomość, że produkt luksusowy nie jest takim tylko z nazwy i z pieniędzy, które na niego wydają, ale wiąże się to przede wszystkim z jego jakością i unikalnością. Mówi się, że o gustach się nie dyskutuje, ja uważam, że trzeba o nich dyskutować. Każda taka dyskusja to edukacja, a społeczeństwo trzeba edukować. Włosi, Francuzi czy Hiszpanie ze światowym designem i modą mają do czynienia od zawsze. U nas jest z tym różnie.

Choć jeśli chodzi o meblarstwo, to kiedyś słynęliśmy z naszego wzornictwa?

- Tak. Jednak potem przez lata królowała masówka, później zachłysnęliśmy się tym, co efekciarskie i obce. Dobrze, że coraz częściej wracamy do rodzimego designu. Choćby do polskich, solidnych mebli czy pięknej ceramiki z Bolesławca, którą wprowadziliśmy z ogromną satysfakcją do oferty.

Pana wcześniejsze doświadczenie zawodowe chyba bardzo przydaje się w promocji nowej marki?

- Zdecydowanie tak. Wykorzystałem zbudowaną przez lata pracy sieć kontaktów oraz zdobyte doświadczenia. Ludzie w branży mnie kojarzą, dlatego było mi łatwiej. Mając dobre relacje pracuje się efektywniej i wydajniej. Sklep może otworzyć każdy, ale on musi odpowiednio działać. To jest kwestia procedur, logistyki, odpowiednio dobranej kadry. W naszym biznesie mamy do czynienia z bardzo wymagającymi klientami - to w końcu też kwestia estetyki i gustów, jak wspomniałem trudna i niejednoznaczna. Coraz częściej wiem lub wyczuwam, czego ludzie potrzebują, czego szukają.
Można pracować na swoich warunkach. Lubię pracować w nocy i mogę to robić. Lubię podróżować, a ta praca daje mi taką możliwość, by łączyć podróże z biznesami i inspiracjami.

Pan wytrwał, ale są tacy, którym się nie udało. Dlaczego? Jaki błąd popełniają?

Bo pracują w firmie, a nie nad jej rozwojem. Jeżeli skupimy się jedynie na bieżącej codzienności - wystawianiu faktur, zamawianiu towaru, transportu, obsłudze klienta lub tylko na tym, co nas pasjonuje, a zapomnimy o myśleniu o przyszłości, strategii, rozwoju, to się nie uda.

A zalety bycia na swoim?

- Można pracować na swoich warunkach. Lubię pracować w nocy i mogę to robić. Lubię podróżować, a ta praca daje mi taką możliwość, by łączyć podróże z biznesami i inspiracjami. Kilka razy w roku odwiedzam międzynarodowe targi w Paryżu, Frankfurcie czy Sztokholmie. Na takich spotkaniach są projektanci i designerzy z wielu stron świata. To okazja do nawiązania kontaktów i obserwowania trendów. A przy okazji podróży zawodowych można zwiedzać nowe miejsca, cieszyć się ich klimatem, smakować rzeczywistość, poznawać ciekawych ludzi i otwierać się na to, co nowe.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady rozpoczynamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim". Co tydzień garść nieocenionej wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (46)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane