stat

Na swoim. Polisa z sieci według Michała Dworakowskiego

- Zaczynaliśmy od porównywarki ofert ubezpieczeniowych. Dziś mamy wypracowany produkt, który ułatwia komunikację między agencjami ubezpieczeniowymi a klientami - opowiada Michał Dworakowski.
- Zaczynaliśmy od porównywarki ofert ubezpieczeniowych. Dziś mamy wypracowany produkt, który ułatwia komunikację między agencjami ubezpieczeniowymi a klientami - opowiada Michał Dworakowski. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że doświadczenia warto zdobywać już na studiach, że porażki to jedynie zmiany, że spółka jest jak małżeństwo, a Polska na pewno nie jest nudnym krajem rozmawiamy z Michałem Dworakowskim - pasjonatem oraz przedsiębiorcą prowadzącym agencję .ncmedia oraz Polskie Polisy. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Jackiem Czarnowskim, twórcą konferencji "Morfologia Sprzedaży".


To były jednak inne czasy(...) Dziś firmy są otwarte na młodych. Wówczas nie było łatwo zdobyć praktykę, a co dopiero pracę.

Pana pierwsze doświadczenia zawodowe to była praca na etacie?

Michał Dworakowski:- Tak. Jako że od dziecka żeglowałem, tuż po studiach otrzymałem propozycję pracy w Yacht Klubie Polski Gdynia, byłem tam kierownikiem. To dobrze brzmi, ale tak naprawdę zajmowałem się wszystkim - od drobnych remontów po zarządzanie klubem. To było fajne doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś na początku drogi zawodowej, takie rzucenie na głęboką wodę. Potem była praca w Ergo Hestii.

Chciał pan pracować w korporacji?

- To trochę inna historia. Moja praca magisterska dotyczyła wizerunku Wydziału Ekonomicznego UG, który kończyłem. Z zarządzaniem owym wizerunkiem zresztą było wówczas kiepsko. Na potrzeby tej pracy robiłem badania wśród pracodawców, pytałem, jak jest postrzegany mój wydział i ogólnie cały uniwersytet. Trafiłem też do Ergo Hestii i rozmawiałem wówczas z panią, która - jak się później okazało - zajmowała się rekrutacją. Minęło trochę czasu i... dostałem wiadomość z Hestii, że poszukują takiej osoby jak ja.

To dowód na to, że warto być aktywnym już na studiach.

- Tak. To były jednak inne czasy niż dziś. Teraz wszystkie firmy przyjmują studentów czy świeżo upieczonych absolwentów na praktyki. Dziś firmy są otwarte na młodych. Wówczas nie było łatwo zdobyć praktykę, a co dopiero pracę. Pamiętam jak kiedyś moja koleżanka, będąc jeszcze na studiach dostała się - zresztą też w Hestii - na praktykę, to wszyscy uważaliśmy, że Pana Boga za nogi złapała. Nie było nawet ważne, że chodziło o... darmową praktykę.
Zrobiłem stronę dla siebie, potem dla brata, potem dla mojej parafii, którą zresztą prowadzę do dziś. Założyłem nawet z kolegami portal żeglarski sails.pl
Pracowałem w biurze marketingu i opiekowałem się stroną internetową Hestii oraz multimediami. To były czasy, gdy nie było jeszcze mediów społecznościowych, a komórki były zdecydowanie mniej... wypasione. Z biegiem czasu rola internetu jednak wzrastała. Z biura marketingu zostałem przeniesiony na samodzielne stanowisko. Dalej zajmowałem się internetem, ale też - wraz ze wspaniałymi kolegami - Marcinem i Markiem - specjalnymi projektami z nim związanymi, czyli np. eKontem ubezpieczeniowym.

Skończył pan studia ekonomiczne, a zajmuje się IT.

- To też zasługa mojego wydziału, choć kiedyś żartowano o nim "wydział gier i zabaw", że niby prawdziwe studia to są tylko na Politechnice, a my to się obijamy. Mieliśmy przez pół roku zajęcia z biznesu elektronicznego. To był sam koniec lat 90. Prowadzący zajęcia Marcin Skurczyński (jestem za to wdzięczny do dzisiaj) pokazał nam, jak można robić strony internetowe. Mi się naprawdę spodobało. Potem sam zacząłem ten temat drążyć. Zrobiłem stronę dla siebie, potem dla brata, potem dla mojej parafii, którą zresztą prowadzę do dziś. Założyłem nawet z kolegami portal żeglarski sails.pl, który wciąż działa, choć lata świetności ma już za sobą.
- Mieliśmy przez pół roku zajęcia z biznesu elektronicznego. To był sam koniec lat 90. Prowadzący zajęcia pokazał nam, jak można robić strony internetowe. Mi się naprawdę spodobało - opowiada Michał Dworakowski.
- Mieliśmy przez pół roku zajęcia z biznesu elektronicznego. To był sam koniec lat 90. Prowadzący zajęcia pokazał nam, jak można robić strony internetowe. Mi się naprawdę spodobało - opowiada Michał Dworakowski. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

Skąd w takim razie decyzja o pójściu na swoje?

- Już na studiach myślałem o tym, żeby mieć własną firmę. Jednak posłuchałem rady, że może najpierw warto zdobyć trochę więcej doświadczenia. Teraz sam się zastanawiam, czy nie lepiej było od razu po studiach. Wówczas człowiek ma więcej czasu, więcej energii, mniej zobowiązań. Nie ma doświadczenia, ale za to jest ogromny entuzjazm.
Agencje ubezpieczeniowe coraz częściej myślą o tym, żeby usprawnić swoje procesy, żeby klienci mogli się z nimi łączyć przez systemy internetowe, a sprzedawcy sprawniej pracować. My mamy narzędzia.
Ten portal żeglarski to w pewnym sensie była firma. Niestety, nie podeszliśmy do tego biznesowo, to była głównie pasja, a szkoda. Zresztą nigdy nie myślałem w pierwszej kolejności o zarabianiu pieniędzy, tylko o tworzeniu. Do dzisiaj muszę z tym walczyć. Praca w Hestii dała mi jednak to doświadczenie. Projekty internetowe, duże projekty marketingowe, jak np. organizacja wielkiego kongresu w Berlinie, to ogromne wyzwanie i szkoła, a także ogromna frajda. Po wprowadzeniu eKonta był kolejny projekt, ale... już nie był tak ekscytujący. Potrzebne były zmiany.

I wstał pan któregoś dnia od biurka i już nie wrócił?

- Nic z tych rzeczy. To nie wydarzyło się z dnia na dzień. Najpierw musiałem dokończyć projekt, którego się podjąłem. Odejście umówiłem z pracodawcą z prawie rocznym wyprzedzeniem. Jeszcze trzy tygodnie przed zakończeniem pracy organizowałem duże warsztaty firmowe. Dzięki temu z byłą firmą mam dalej dobre relacje. To cenne, zwłaszcza że dalej pracuję w branży ubezpieczeniowej. Pomyślałem o własnej firmie, choć muszę przyznać, że nie była to do końca samodzielna decyzja. Podjąłem ją wspólnie z kolegami, z którymi miałem ją prowadzić. Miała to być porównywarka ubezpieczeń. Potem okazało się - a był to rok 2010 - że trochę z tym pomysłem nie trafiliśmy w czas, w polski rynek. Włożyliśmy w to mnóstwo czasu i nasze oszczędności, a okazało się, że do dzisiaj porównywarki ubezpieczeniowe nie funkcjonują tak dobrze, jak w innych krajach Europy. To jednak było niezależne od nas. Dlatego ten pomysł ewoluował. Wyrastały dookoła nowe tematy.
(...)zawsze się zastanawiam, skoro coraz więcej osób korzysta z internetu, to dlaczego przybywa urzędników. Jest to nielogiczne.
Tworząc system dla siebie zdobyliśmy duże doświadczenie. Uznaliśmy, że połączenie naszej wiedzy internetowej, marketingowej i ubezpieczeniowej być może się przyda innym firmom. I okazuje się że tak. Agencje ubezpieczeniowe coraz częściej myślą o tym, żeby usprawnić swoje procesy, żeby klienci mogli się z nimi łączyć przez systemy internetowe, a sprzedawcy sprawniej pracować. My mamy narzędzia, dysponujemy ciekawym produktem, który można sprzedawać. Aktualnie pracujemy nad jego oprawą marketingową. Proszę trzymać za nas kciuki.

A porażki?

- Porażek była masa. Choć miałem też zawsze dużo szczęścia. W 2005 roku, jeszcze pracując w Hestii, po godzinach, organizowałem z zespołem wspaniałych ludzi, m.in. ze Zdzichem "Zizim" Staniulem, czołowym trenerem żeglarstwa na świecie, żeglarskie Mistrzostwa Europy w klasie Optimist. To było duże przedsięwzięcie. Przyjechało tysiąc osób z całego świata, trzeba było dla nich wynająć cały Hotel Gdynia. Wyszło wspaniale, ale mogło być różnie. Dopiero po czasie uświadomiłem sobie, ile czyhało na nas pułapek. Niewiedza i brak doświadczenia czasem mają swoje dobre strony, bo człowiek idzie na żywioł.
Jeśli nie będziemy jako kraj konkurencyjni, to firmy w Polsce będą zakładali albo ludzie zdeterminowani, albo wariaci.
Michał Wroczyński z trójmiejskiej firmy Fido, który wiele czasu spędza w Stanach Zjednoczonych, zawsze mówił mi, że nie ma czegoś takiego jak porażka, jest zmiana. Tak patrzą na to za oceanem. Skojarzyło mi się to ze zwrotami w żeglarstwie. Gdy kończy się wiatr w jednym miejscu lub przychodzi zmiana, trzeba zrobić zwrot i płynąć do następnego szkwału.

Niestety, u nas porażka często wiąże się z zaległościami względem ZUS-u i urzędu skarbowego.

- Dobrze byłoby, gdyby u nas ta rzeczywistość okołobiznesowa też się zmieniła, aby można było się częściej mylić. Wówczas więcej osób będzie próbowało. Dzisiaj faktycznie ryzyko jest duże. Żeby ludzi zachęcić do własnej działalności należy im stworzyć warunki. Ważna jest też edukacja już od najmłodszych lat, aby każdy młody człowiek co najmniej poważnie rozważał założenie własnej firmy, aby się nie bał. Jako przedsiębiorca wszystko, co się da załatwiam przez internet. W Gdyni byłem jedną z pierwszych osób, które miały Profil Zaufany (który od ubiegłego tygodnia można zakładać także przez konta bankowe - póki co w PKO BP) i zawsze się zastanawiam, skoro coraz więcej osób korzysta z internetu, to dlaczego przybywa urzędników. Jest to nielogiczne. Jeśli nie będziemy jako kraj konkurencyjni, to firmy w Polsce będą zakładali albo ludzie zdeterminowani, albo wariaci.
Kiedyś przeczytałem, że Steven Jobs prowadząc biznes wzorował się na The Beatles, ich sposobie tworzenia twórczej atmosfery. Ja z kolei od wielu lat jestem zafascynowany zespołem Queen.

Do której grupy pan się zalicza?

- Znajomi śmieją się, że jestem takim... pozytywnym wariatem. Ludzi zdolnych w Polsce jest bardzo wielu, tylko chodzi o to, żeby działali tu. W Danii - studiowałem tam przez pół roku - to, co u nas nazywamy zaradnością, czyli jak się oszuka system, jak coś sobie człowiek załatwi, to tam traktowane jest jak przestępstwo. Tam za oszustwo systemu ubezpieczeniowego można zostać surowo ukaranym. Za to Duńczycy, ale nie tylko, bo w bardzo międzynarodowym towarzystwie studiowałem, zawsze mi mówili, że nam zazdroszczą, bo w Polsce są możliwości, a u nich jest już nudno. To jak dzieci bawiące się klockami. Jak już wszystko zbudują, to mogą na to tylko popatrzeć, chwilę pojeździć autkami. A w Polsce? Wciąż jest wiele do zbudowania, ale też powinniśmy szanować to, co już stworzyliśmy. Warto się z tego cieszyć, traktować to jako wyzwanie.

A bycie w spółce?

- To jest trochę jak małżeństwo. Jest raz lepiej, raz gorzej. Kiedyś przeczytałem, że Steven Jobs prowadząc biznes wzorował się na The Beatles, ich sposobie tworzenia twórczej atmosfery. Ja z kolei od wielu lat jestem zafascynowany zespołem Queen. Oni dopiero przy czwartej płycie zaczęli zarabiać pieniądze, bo wcześniej byli uwiązani niekorzystnym kontraktem. Nowy menedżer, którego zatrudnili, powiedziałam im, że mają nagrać najlepszą płytę, a on się zajmie pieniędzmi. Wiedzieli, że albo utoną w długach, albo wydadzą najlepszą płytę.
Większości ludzi może się to nie spodobać, ale mój świat idealny, to jest świat bez etatów(...)Wówczas każdy byłby wolny i ludzie współpracowaliby ze sobą na zupełnie rynkowych zasadach.
Wybrali to drugie, nagrali "A Night At The Opera" z utworem "Bohemian Rhapsody" na czele. Wracając jednak do pytania. Freddie Mercury pytany kiedyś o relacje z gitarzystą Brianem Mayem, powiedział: "jeszcze go nie uderzyłem, ale wciąż mam na to czas"... Oczywiście żartował. Chyba. Byli przyjaciółmi do końca, na dobre i na złe. Bycie w spółce uczy pokory, szacunku do innych, dystansu - to czasem trudna i bolesna nauka. Twórcza walka.

Jak to jest być na swoim?

- Praca na swoim ma ogromną zaletę: człowiek może sam planować swój czas. Niestety nie ma już tego spokoju, że co miesiąc pensja wpływa na konto. Ludzie nie doceniają tego komfortu, jaki daje etat. Nie mówię tylko o pieniądzach. Pamiętam oczywiście te wszystkie moje problemy z tamtych czasów. Były takie chwile, że sądziłem, że już mogę się tylko pakować, a to wówczas była dla mnie tragedia. Dokładnie pamiętam, jak się wówczas czułem, co myślałem. Jednak jak porównuję obecny stres i skalę wyzwań z tamtymi wydarzeniami to stwierdzam, że teraz mam trudniejsze zadanie. A moja firma jest malutka, co mają powiedzieć właściciele dużych przedsiębiorstw. Podziwiam takich ludzi. I ta ogromna odpowiedzialność, kontakty z urzędami, kontrahentami, odpowiedzialność za pracowników - to powoduje, że człowiek po latach docenia to, co wtedy miał - wszystko podane na tacy. Choć dziś trudno byłoby mi wrócić do pracy etatowej. Większości ludzi może się to nie spodobać, ale mój świat idealny to jest świat bez etatów. Żeby każdy miał swoją działalność, oczywiście ta działalność powinna być prowadzona w przyjaznym środowisku, bez sprzecznych przepisów i zbędnych obciążeń. Wówczas każdy byłby wolny i ludzie współpracowaliby ze sobą na zupełnie rynkowych zasadach.
Bardzo pomocne jest też to, że możemy działać w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. Nie chodzi o atrakcyjny czynsz. To coś więcej.

Ludzie często mają pomysły na firmę, ale brak im zaplecza finansowego. Jak pan sobie radził?

- W tamtych czasach wiele osób wykorzystywało dotacje. Jednak zdobyć dotację też trzeba umieć. Trzeba mieć więcej takiego... sprytu, mi tego chyba brakuje, ale też w niewielkim wymiarze skorzystałem. Uzyskałem wsparcie na rozpoczęcie działalności, czyli na zakup komputera i oprogramowania. To była dotacja unijna z Urzędu Pracy. Z racji umiejętności prowadzenia projektów internetowych, wiedzy na temat marketingu, w międzyczasie angażowałem się też w przedsięwzięcia realizowane przez inne podmioty, współpracowałem i nadal współpracuję z fantastyczną firmą prowadzoną przez doskonałych fachowców, czyli Brandscope, poznałem również wielu genialnych ludzi w całej Polsce, artystów, informatyków. Bardzo pomocne jest też to, że możemy działać w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. Nie chodzi o atrakcyjny czynsz. To coś więcej. Tu wszyscy starają się sobie pomagać, korzystać nawzajem ze swoich usług. To bardzo dużo daje i bardzo to doceniam.

Strona parafialna, żeglarstwo... Nie za dużo pasji jak na jednego przedsiębiorcę?

- Jeszcze muzyka, bo gram też na gitarze, nawet mam z tym zawiązane marzenia. Jeszcze raz będzie o Queen. Brian May, zanim został muzykiem rozpoczął doktorat z astrofizyki, który porzucił dla zespołu. Po latach wrócił na studia i dokończył pracę. To też jest człowiek o wielu pasjach. Zbudował z tatą gitarę, na której gra od 50-ciu lat. Ratuje zwierzęta - borsuki, jeże - żyjące w Wielkiej Brytanii. Zajmuje się stereoskopią, czyli techniką obrazowania 3D, oddającą wrażenie normalnego widzenia przestrzennego. Oczywiście nie mam takich możliwości finansowych jak Brian, ale jego przykład jest dla mnie ogromną inspiracją.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 22)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane