stat

Na swoim. Zatrudniać rozsądnie. HR według Marty Woźny-Tomczak

- Spodobało mi się, że nie będę musiała wykonywać czyichś poleceń, że będę mogła realizować się według swojego pomysłu na życie - mówi Marta Woźny-Tomczak.
- Spodobało mi się, że nie będę musiała wykonywać czyichś poleceń, że będę mogła realizować się według swojego pomysłu na życie - mówi Marta Woźny-Tomczak. fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl

O tym, że bycie na swoim to droga niekoniecznie usłana różami, że HR to nie kadry i płace, a także o tym, że zatrudniać trzeba rozważnie rozmawiamy z Martą Woźny-Tomczak prowadzącą firmę Personia, zajmującą się szkoleniami, rekrutacją i doradztwem HR. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Mariuszem Androsiukiem, prezesem firmy Andervision, a już za tydzień rozmowa z Łukaszem Guzikiem, z firmy Spark-Lab.



Jak to jest na swoim?
Od windykowania płatności po przepraszanie klienta za to, że się czegoś nie dopilnowało - wszystko jest łatwiejsze jeżeli staramy się zachować spokój i optymizm.

Marta Woźny-Tomczak: - To jest takie pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ona może być różna w zależności o tego, w jakim jesteśmy momencie. Kiedyś szef dużego biura rachunkowego - jeden z naszych klientów - został zapytany w sądzie o to, czy sytuacja pracodawcy może się zmienić w jeden dzień. Może się zmienić nawet w jedną godzinę - odpowiedział. I to jest prawda. Ogólnie na swoim jest... dobrze, inaczej niewielu by się na to decydowało. Trzeba się jednak liczyć z ogromnymi wyzwaniami, jakie stoją przez przedsiębiorcami. Trzeba obalić mit, że jest do droga usłana różami.

To obalajmy...

- Bycie na swoim wymaga dużego tempa pracy, ciągłego podejmowania wyzwań i  zaangażowania. Każdy przedsiębiorca oczywiście ma własną perspektywę, dla mnie trudne jest to, że cokolwiek by się działo, to zawsze trzeba się uśmiechać. Nieważne, czy ma się lepszy czy gorszy dzień. Nawet gdy pracownik nie sprostał zadaniom, a klient nam nie zapłacił. Od windykowania płatności po przepraszanie klienta za to, że się czegoś nie dopilnowało - wszystko jest łatwiejsze, jeżeli staramy się zachować spokój i optymizm. To jest trudne, bo czasem w każdym człowieku emocje buzują. To oczywiście nie powinien być uśmiech sztuczny, nieszczery. Czasami lepiej pójść na kilka minut na spacer, ochłonąć, przetrawić temat i dopiero wówczas odpowiedzieć klientowi na maila czy porozmawiać z pracownikiem. Nie wolno generować kolejnych problemów. Trzeba nauczyć się panować nad negatywnymi emocjami. Dlatego każdy przedsiębiorca musi mieć coś  jeszcze, jakąś odskocznię, żeby lepiej funkcjonować, np. dom, rodzinę, pasję.
Mam sąsiada lekarza, który zaproponował, abym wpadła na dyżur do szpitala. Przyjdź i zobacz jak to wygląda - powiedział. Nie wytrzymałam nawet jednego dnia.

Czy była pani kiedyś pracownikiem etatowym?

- Tak. Pracowałam na etacie 9 lat temu, przez rok, i  jednocześnie kończyłam studia. Firmę założyłam od razu po ich ukończeniu.

Skąd ten pomysł?

- Dwa czynniki zadziałały. Kiedyś szłam z chłopakiem - dziś już mężem - po ulicy i rozmawialiśmy o tym, co będziemy robić w przyszłości. On powiedział, że założy firmę. Nie miałam takich planów, ale pomysł spodobał mi się. U mnie w rodzinie nie było takiej tradycji, moi rodzice są pracownikami etatowymi, zresztą od kilkudziesięciu lat w tej samej firmie. Nie wyrosłam więc w rodzinie przedsiębiorców. Podchwyciłam jego pomysł i... wyprzedziłam go o pół roku. Najpierw ja założyłam firmę, potem on. Spodobało mi się - i to był ten drugi czynnik - że nie będę musiała wykonywać czyichś poleceń, że będę mogła realizować się według swojego pomysłu na życie.
- Zawsze mówię swoim klientom, że zanim zatrudnią kogoś nowego, najpierw muszą być pewni, że ktoś nowy jest im faktycznie potrzebny. Zwolnienie człowieka, to jest dopiero ogromny koszt emocjonalny - mówi Marta Woźny-Tomczak.
- Zawsze mówię swoim klientom, że zanim zatrudnią kogoś nowego, najpierw muszą być pewni, że ktoś nowy jest im faktycznie potrzebny. Zwolnienie człowieka, to jest dopiero ogromny koszt emocjonalny - mówi Marta Woźny-Tomczak. fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl

Skończyła pani psychologię. Czy studia wybrała pani z myślą o przyszłym zajęciu?
Wiele informacji na temat oczekiwań jest na poziomie utajonym. My nie wiemy, że dla naszego klienta może mieć znaczenie np. znak zodiaku jego przyszłego pracownika.

- Zanim się to stało, marzyłam o zostaniu lekarzem. "Wyleczyła" mnie z tego wizyta w szpitalu. Mam sąsiada lekarza, który zaproponował, abym wpadła na dyżur do szpitala. Przyjdź i zobacz, jak to wygląda - powiedział. Nie wytrzymałam nawet jednego dnia. Stwierdziłam, że nie dam rady. Byłam jednak w klasie biologiczno-chemicznej, więc jeśli nie medycyna to co? Nie chciałam siedzieć w laboratorium, chciałam mieć kontakt z ludźmi. Wybór padł na psychologię i okazało się, że jest to bardzo fascynująca nauka. Po studiach uznałam jednak, że ani psychologia kliniczna, ani prowadzenie terapii też nie jest dla mnie. Zajęłam się więc... rekrutacją i szkoleniami, w czym moje studia są bardzo przydatne. Kiedyś sama rekrutowałam, dziś robią to moi pracownicy.

O relacjach pracownik-pracodawca pewnie wie pani wszystko, a jakim pracodawcą jest pani?

- O to trzeba zapytać moich pracowników, mogę nie być wiarygodna w tej kwestii. Staram się ocenić w sposób realny możliwości pracownika, ale też stawiam coraz więcej wymagań. Zwykle wrzucam go od razu na głęboką wodę i patrzę, jak sobie radzi. Przy tym jestem wyrozumiała, gdy coś nie wyjdzie. W relacjach z pracownikiem trzeba wykazać się empatią. Kolejna przydatna cecha w biznesie to pokora. Jak ktoś jej nie ma, to bardzo szybko będzie się musiał tego nauczyć.

Jak się rekrutuje dla siebie, a jak dla innych?

- Dla innych dłużej, bo najpierw trzeba poznać oczekiwania. Wiele informacji na temat oczekiwań jest na poziomie utajonym. My nie wiemy, że dla naszego klienta  może mieć znaczenie np. znak zodiaku jego przyszłego pracownika.

Nie mówią tego?
Bo HR to nie tylko rekrutacje, ale także wdrażanie, szkolenia, pracowanie nad strategią rozwoju i motywowania pracowników.

- Nie. Czasem mówią o płci, określają zakres wiekowy. Nie wiemy, czy ktoś najpierw zwróci uwagę na doświadczenie, bo tak podał w opisie stanowiska, czy na realną rozmowę z kandydatem. Żeby dobrze dla kogoś zrekrutować, potrzebne są czasem dwa-trzy spotkania z przyszłym pracodawcą. Mówię o naszej specyfice rekrutacji stałych, bo są też agencje pracy tymczasowej, gdzie ma to mniejsze znaczenie. Czy kasjerka będzie bardziej dynamiczna, czy bardziej analityczna i dokładna, to może nie mieć aż takiego znaczenia, jak w przypadku szefów zespołów czy projektów. Przy stanowiskach menedżerskich czy specjalistycznych jest to kluczowe.

Jednak czy firmy raczej zatrudniają i szkolą we własnym zakresie?

W małych firmach czasem rekrutują sami szefowie bądź asystenci. To są takie firmy, w których jedna osoba robi kilka rzeczy, np. od HR po marketing. Oczywiście bywa różnie ze skutecznością. Wówczas przydają się specjaliści zewnętrzni, czyli taka firma jak moja. Jeżeli jednak firma rozrośnie się do 40 czy 50 osób, wówczas można zacząć myśleć o takiej komórce. Zdarzają się firmy, które mają 15 pracowników i chwalą się, że mają panią od HR, ale potem okazuje się, że pani ta faktycznie zajmuje się kadrami i płacami. Z drugiej strony jak słyszę o firmie zatrudniającej sto osób bez jasno wyodrębnionego pionu HR, to włosy mi się jeżą na głowie. Bo HR to nie tylko rekrutacje, ale także wdrażanie, szkolenia, pracowanie nad strategią rozwoju i motywowania pracowników. Wówczas nawet bardzo duże firmy zlecają zadania firmom takim jak moja.
Zdarza się, że prezes podpisuje umowę, rusza proces rekrutacyjny, jest kandydat i... odwołują prezesa.

Zwykle firmy mają produkt lub usługę i klienta, a w pani branży owym - nie produktem, a... dobrem - jest drugi człowiek? To utrudnia relacje?

- Jest trudniej. Zwykle firmy muszą dbać o relacje z klientem, sprzedając mu usługę czy produkt. My musimy też dbać o kandydatów do pracy. A relacje z ludźmi nie zawsze są łatwe. Najtrudniejszą działalnością jest właśnie rekrutacja. Dlatego staramy się też rozwijać inne działalności, czyli szkolenia, sprzedawanie nagranych wcześniej filmów szkoleniowych czy doradztwo poprzez prowadzenie bloga. Przy rekrutacji jest najwięcej rzeczy,  na które nie mamy wpływu. Czasami kandydatka spodoba się nam, spodoba się  pracodawcy, a za miesiąc zajdzie w ciążę... Czyja to wina? Inny przykład: kandydat jedzie na rozmowę i łamie po drodze nogę, co zmusza go do przerwy w pracy... Czyja to wina? Ani moja, ani kandydata, ani przyszłego pracodawcy.

Albo po długiej trzymiesięcznej rekrutacji okazuje się, że menedżer jest alkoholikiem?

- Też nam się zdarzyło. Miałam taki przypadek. Kandydat miał długą przerwę w piciu, znalazł po tym pracę i po dwóch tygodniach jego dobry okres minął. Być może była to kwestia stresu, że wrócił do nałogu, o którym dawno zapomniał. Czyja to wina, kto nie sprawdził referencji, tylko jak coś takiego sprawdzić? Rekruter nie jest detektywem. Nie mylmy tych dwóch pojęć. Zdarza się, że prezes podpisuje umowę, rusza proces rekrutacyjny, jest kandydat i... odwołują prezesa. Rekrutacja z tych wszystkich produktów, które oferujemy jest tym, na który mamy najmniejszy wpływ. Jeśli prowadzę szkolenie to wiem, czy jest to mój dobry temat, bardzo dobry czy przeciętny. Wiem, jak muszę się przygotować, jak nie spodobam się grupie - co też może się zdarzyć - to mogę jakoś ratować sytuację, bo zależy to ode mnie. Mam na to wpływ. Mogę zdecydować, czy będzie więcej filmów na szkoleniu, czy więcej ćwiczeń. W rekrutacji nie mogę zmusić kandydata czy klienta do czegokolwiek.
Prowadzenie bloga, zaglądanie do portali społecznościowych, na których ludzie zamieszczają zdjęcia kotków i piesków (...) kiedyś wydawało mi się stratą czasu. Było to bardzo mylne spojrzenie.

Podobno ważnym źródłem wiedzy o kandydacie jest internet, a przede wszystkim portale społecznościowe. To prawda?

- Tak. Szukamy informacji o kandydacie w sieci, jest to punkt obowiązkowy. To jest też niezastąpione źródło wiedzy, gdy rekrutujemy poprzez headhunting - wtedy nie dajemy standardowego ogłoszenia, tylko musimy wyciągnąć kogoś z innej firmy. Wówczas nieocenione są portale społecznościowe. Niezbędna jest też sieć rekomendacji - trzeba wiedzieć, do kogo zadzwonić, kto kogoś może znać.

Ile lat buduje się taką bazę?

- W branży jestem od 10 lat, swoją firmę mam od 8 i cały czas się tego uczę. To są dane, które ciągle się zmieniają, ale już dziś poruszam się w tym bardzo sprawnie.

Śledzi pani portale społecznościowe, prowadzi bloga. Na ile nowe technologie pomagają pani w biznesie?

- Bardzo pomagają. Prowadzenie bloga, zaglądanie do portali społecznościowych, na których ludzie zamieszczają zdjęcia kotków, piesków i swoich dzieci jedzących zupki, kiedyś wydawało mi się stratą czasu. Było to bardzo mylne spojrzenie. To jest niesamowita dźwignia dla biznesu, jeśli się to zrobi z głową. Kiedyś się mówiło, że jeśli nie masz swojej strony internetowej, to nie istniejesz. Teraz mówi się, że jeśli nie ma cię na portalach społecznościowych, to znaczy, że w ogóle cię nie ma. Oczywiście  wszystko zależy od rodzaju działalności. Czasem nie jest źle, jak nas nie ma, ale byłoby, lepiej gdybyśmy byli. Jestem tzw. konserwą technologiczną, ale czy mi się chce czy nie, to jeśli np. nie będę prowadziła bloga, to za 5 lat moja firma przestanie istnieć lub nie będzie miała takich klientów, jakich sobie życzę.
Kiedyś też mi się wydawało, że im większa firma, tym większy prestiż i może więksi klienci. To nieprawda.
Nie ma co z tym walczyć, trzeba to polubić. Zresztą w sieci nie chodzi o istnienie. Celem jest utrzymywanie relacji. Jeśli wrzucę posta, że biegałam wczoraj czy dzisiaj, czy byłam na konferencji, to celem nie jest sama informacja.  Nie służy to temu, żeby ludzie wiedzieli, że tam byłam, czy że sobie biegam. Chodzi o to, że przeczyta to i polubi  10 osób, o których ja nie wiedziałam, że oni też biegają. Potem możemy pogadać o butach do biegania czy umówić na wspólny bieg. Przy trzecim spotkaniu może się okazać, że razem zrobimy biznes. To jest wartość. Długofalowe utrzymywanie kontaktu z ludźmi. Ostatnio moim klientem został bardzo duży bank, ponieważ mój kolega, który tam pracuje, a z którym byłam w jednej klasie w podstawówce, wszedł na mój blog.

Kiedyś prowadziła pani działalność jednoosobową, a dziś?

- Zatrudniam 7 osób, z czego 4 na stałe, a 3 w zależności od potrzeb. Miałam więcej pracowników, bo nawet 12, ale wyszłam z założenia, że lepiej jest mieć mniejszą firmę i dużo lepsze relacje z zespołem.  O firmie nie świadczy jej wielkość czy siedziba, tu chodzi o inne wartości. Zawsze mówię swoim klientom, że zanim zatrudnią kogoś nowego, najpierw muszą być pewni, że ktoś nowy jest im faktycznie potrzebny. To musi być odpowiedzialna decyzja, zwłaszcza w małych organizacjach. A jak coś nie wyjdzie? W korporacji zatrudniającej 50 osób, nowy człowiek to jedna pięćdziesiąta firmy, u mnie już jedna siódma. Zwolnienie człowieka - to jest dopiero ogromny koszt emocjonalny. Kiedyś też mi się wydawało, że im większa firma, tym większy prestiż i może więksi klienci. To nieprawda. Można zrobić bardzo wiele w małym, ale skutecznym zespole.

Pani ma firmę, mąż ma firmę. Dwóch przedsiębiorców pod jednym dachem to...?

Duże wsparcie. Bardzo się wspieramy, ale ani ja się nie wtrącam do męża, ani on do mnie. Ja się zajmuję HR i szkoleniami, on IT.  Współpracujemy też jak firma z firmą. Wszyscy się z nas śmieją, że podchodzimy do tego biznesowo, bo jak coś wykracza poza radę, to wymieniamy się fakturami. Jednak według nas to jest przejrzysta reguła.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady rozpoczynamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim". Co tydzień garść nieocenionej wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (74)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane