stat

Na swoim. Magiczny biznes Tomasza Juszy

Nie byłem wrzucony na głęboką wodę. Znałem rynek, miałem wiele pokazów za sobą, więc wiedziałem, kto jest moją konkurencją, jakich wyników mogę się spodziewać i co robić, aby było jeszcze lepiej - mówi Tomasz Jusza.
Nie byłem wrzucony na głęboką wodę. Znałem rynek, miałem wiele pokazów za sobą, więc wiedziałem, kto jest moją konkurencją, jakich wyników mogę się spodziewać i co robić, aby było jeszcze lepiej - mówi Tomasz Jusza. fot materiały prasowe

O tym, jak przekuć pasję w świetny biznes, że wynajęcie magika to nie tylko pomysł na udaną imprezę dla dzieci, ale również na poważny event firmowy, a także o tym, że czasem w imię dobrej zabawy warto dać się trochę... "oszukać", rozmawiamy z Tomaszem Juszą, iluzjonistą. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Natalią Bogdan, prezesem agencji pracy Jobhouse, a już za dwa tygodnie rozmowa z Anitą i Jackiem Pełszyńskimi - właścicielami korallo.pl i labera.pl.


W liceum i na studiach już okazjonalnie występowałem. Z roku na rok tych pokazów było coraz więcej. Pojawiały się pierwsze poważne zlecenia i dalekie wyjazdy na pokazy.

Jak się zostaje iluzjonistą i do tego na swoim?

Tomasz Jusza:- Myślę, że z pasją do iluzji po prostu się urodziłem. To nie jest historia pod tytułem: "dostałem zestaw magika od dziadka", czy coś w tym rodzaju. Na pewno w dzieciństwie byłem pod wrażeniem słynnego amerykańskiego iluzjonisty Davida Copperfielda, którego występy czasem trafiały do naszej telewizji.

Skoro od zawsze, to pewnie pierwszą pana widownią byli rodzice?

- Tak. Zamęczałem ich swoimi pierwszymi trikami. Byli jednak bardzo cierpliwą widownią. Zawsze też mogłem liczyć na wsparcie. Mama od czasu do czasu kupowała mi nawet książki na ten temat. Niestety wówczas było mało publikacji o tej dziedzinie. Wszystko się zmieniło, gdy uzyskałem dostęp do internetu. Nawiązałem pierwsze kontakty z iluzjonistami, kupiłem pierwsze rekwizyty w specjalistycznych internetowych sklepach. Potem pojawiły się portale z filmikami z występów. To bardzo mi pomogło. W liceum i na studiach już okazjonalnie występowałem. Z roku na rok tych pokazów było coraz więcej. Pojawiały się pierwsze poważne zlecenia i dalekie wyjazdy na pokazy.

Powiedział pan o studiach. A jaki kierunek wybrał przyszły iluzjonista?

- Skończyłem telekomunikację na wydziale ETI na Politechnice Gdańskiej. Mówi się, że to najtrudniejszy wydział. Dlaczego ten? Tata informatyk, brat informatyk, więc poszedłem już utartym torem. Z czasem okazało się jednak, że to nie to. Nie miałem problemu z naukami ścisłymi, ale nie sprawiało mi to satysfakcji. Czułem, że to nie jest dla mnie. Wszyscy dziwili się, że rezygnuję z fachu, który daje szansę na duże zarobki.
Pierwszym zleceniem komercyjnym był występ w centrum handlowym w Wejherowie. To było zastępstwo.

Zawsze może pan do tego wrócić.

- Tak, ale to nie jest mój świat. Nie wyobrażam sobie już pracy przy biurku.

A taką pracę pan poznał?

- Pracowałem przez ponad 2,5 roku w agencji interaktywnej. Byłem menedżerem projektów, odpowiadałem za kontakt z klientami i realizację zleceń na czas i w ramach określonego budżetu. Równocześnie jeździłem na pokazy. To była praca na dwa etaty. Potrafiłem cały tydzień przesiedzieć w biurze i w weekend jechałem na występy. To w sumie była męczarnia.

A pierwsze poważne zlecenia pan pamięta?

- Oczywiście. Pierwszym zleceniem komercyjnym był występ w centrum handlowym w Wejherowie. To było zastępstwo. Kolega, który nie mógł wystąpić, polecił mnie agencji, która organizowała to wydarzenie. Pamiętam, że zarobiłem wtedy 150 zł. Występ się udał, więc agencja nawiązała ze mną stałą współpracę.

Spodobał się pan.

- Myślę, że tak. Jednak przede wszystkim byłem... tani, bo byłem początkujący. Na szczęście już byłem przygotowany do takich występów. Wcześniej jeździłem na przeglądy konkursowe dla iluzjonistów. Na kilku nawet zdobyłem nagrody. Miałem przygotowany program - etiudę, którą mogłem pokazać w tym centrum handlowym. Warunki pracy były trudne. Ten rozgardiasz, ludzie z każdej strony, do tego zabiegani i nieskorzy do zabawy, a tu jakiś magik zawraca im głowę. Ale udało się.
(...)zdaję sobie sprawę, że dla młodszego pokolenia istnieją już głównie Dynamo czy David Blaine, czyli iluzjoniści z YouTuba i telewizji

Powiedział pan o Copperfieldzie? To on jest pana idolem?

- Nie, choć jego postać to wizytówka całej epoki iluzji. Dla mnie wzorem iluzjonisty jest Lance Burton, amerykański artysta, dziś już na emeryturze. Podoba mi się jego styl, osobowość i elegancja. Jego pokazy mają czarowny, spokojny nastrój i klimat, po czym nagle dzieje się jakiś efekt, który wbija publiczność w fotele. Oczywiście lubię ten sceniczny rozmach Copperfielda, który zawsze jest dla mnie punktem odniesienia do tego, jak powinno wyglądać wielkie show. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że dla młodszego pokolenia istnieją już głównie Dynamo czy David Blaine, czyli iluzjoniści z YouTuba i telewizji.
Trendy się zmieniają - dziwne rekwizyty obklejone cekinami, magik we fraku, z cylindrem na głowie...to już nie te czasy - mówi Tomasz Jusza.
Trendy się zmieniają - dziwne rekwizyty obklejone cekinami, magik we fraku, z cylindrem na głowie...to już nie te czasy - mówi Tomasz Jusza. fot. materiały prasowe

Czy to, co oni wyprawiają na tych filmach, w ogóle jest możliwe?
Dzięki programowi dla początkujących w biznesie i unijnym dotacjom udało mi się rozwinąć działalność.

- Tak, choć zwykle na ekranie wypada to dużo lepiej niż na żywo lub wręcz jest możliwe do pokazania tylko do obiektywu. Kamera to bardzo łaskawe i w dodatku tylko jedno oko, które pokazuje telewidzom to, co chce pokazać. Resztę ukrywa. Dodajmy do tego odpowiedni montaż ujęć, wycięcie kłopotliwych scen i grę na emocjach oglądających. W ten sposób otrzymuje się materiał, który robi dużo lepsze wrażenie niż niejeden pokaz na żywo. Mało kto wie, że w wielu przypadkach wszystko jest zaaranżowane i wyreżyserowane, łącznie z reakcjami widzów. Ot, taka magia telewizji. Swoją drogą to trochę dziwne, że ludzie podejrzliwi na pokazach na żywo są skłonni uwierzyć, że ta sztuczna sytuacja w nagraniu jest w pełni spontaniczna. Nie wiem, z czego to wynika, może z tego, że młode pokolenie od zawsze żyje w internecie i wierzy w to medium. A może z tego, że jako społeczeństwo nadal ufamy, że w mediach pokazują tylko prawdziwe i sprawdzone rzeczy.

A pan nie chciał zostać takim internetowym magikiem?

- Zdecydowanie wolę scenę i kontakt "na żywo" z publicznością. Chcę czarować sobą i swoimi umiejętnościami, a nie odpowiednią reżyserią i sprytnym montażem nagranych efektów.

A może jeszcze bardziej klasycznie, czyli coś z repertuaru Houdiniego, czyli skrzynia, a w środku pan owinięty łańcuchami?
Moment, kiedy dowiedziałem się, że ją otrzymałem, a mój biznesplan był drugim na liście pod względem liczby uzyskanych punktów był dla mnie bardzo motywujący. To dodało mi skrzydeł.

- Żona by mi na to nie pozwoliła. Ona bardzo nie lubi takich ryzykownych efektów, aczkolwiek jeśli już mówimy o tym, to faktycznie bliska jest mi ta wielka, sceniczna iluzja z legendarnym przecinaniem asystentki na pół. Zresztą taki numer też mam w repertuarze. Poza tymi dużymi iluzjami jestem fanem efektów, w których używa się codziennych przedmiotów, a także tych z aktywnym udziałem widzów. To jest najbardziej wiarygodne i atrakcyjne. Nowoczesna iluzja idzie właśnie w tę stronę, w pewnym sensie to już nie są czasy Copperfielda. Wielkogabarytowe pokazy sceniczne nadal robią wrażenie i za granicą są wciąż popularne, ale obecnie ludzie wolą rzeczy bardziej "normalne", spontaniczne. Trendy się zmieniają - dziwne rekwizyty obklejone cekinami, magik we fraku, z cylindrem na głowie... to już nie te czasy. Dziś iluzjonista to fajny, młody człowiek w trampkach i sportowej koszuli, robiący ekstra rzeczy na przykład ze smartfonem. Ja również idę z duchem czasu, aczkolwiek mam ogromny szacunek do klasyki iluzji, gdyż często czerpię z jej dorobku w swoich występach.

Kiedy pan poczuł, że już pan da radę na swoim?

- Przełom 2013 i 2014 roku. To był czas dużych zmian w moim życiu. Ożeniłem się, coraz trudniej było łączyć dwa etaty, po drodze trafił się mały zgrzyt w pracy w agencji. W skrócie - to był dobry moment na podjęcie decyzji o przejściu na swoje. Od 2014 roku, przy ogromnym wsparciu żony, jestem iluzjonistą na pełen etat. Dzięki programowi dla początkujących w biznesie i unijnym dotacjom udało mi się rozwinąć działalność.
Plusem było to, że iluzja to nie był pomysł na biznes, który wpadł mi do głowy na tydzień przed naborem do unijnego programu.
Dzięki temu już na początku mogłem kupić sprzęt do tzw. dużej iluzji, czyli właśnie między innymi skrzynię do cięcia na pół - coś, na co na początku nie mógłbym sobie pozwolić. Jednak ta dotacja to nie był jedynie zastrzyk pieniędzy. Moment, kiedy dowiedziałem się, że ją otrzymałem, a mój biznesplan był drugim na liście pod względem liczby uzyskanych punktów był dla mnie bardzo motywujący. To dodało mi skrzydeł.

I taki biznesplan nie mógł być oparty na iluzji, tylko na twardych danych?

- Oczywiście. Iluzja to sztuka, a tu trzeba było podejść do tematu biznesowo. Rozliczenia, dokumenty, czyli tak, jak w każdej firmie. Przyznam, że zawsze wolałem tę artystyczną stronę mojej pracy. Jednak być może to moje techniczne wykształcenie sprawia, że nie mam kłopotu z liczbami, z formułowaniem wniosków, analizami, kalkulacjami, czyli z formalną stroną biznesu. W biznesplanie musiałem oszacować liczbę pokazów, wycenić usługę, przygotować porównanie z konkurencją.

Tu się przydało pana wcześniejsze doświadczenie zdobywane latami.

- Tak. Plusem było to, że iluzja to nie był pomysł na biznes, który wpadł mi do głowy na tydzień przed naborem do unijnego programu. To była realizacja marzeń, które towarzyszyły mi od wielu lat. Nie byłem wrzucony na głęboką wodę. Znałem rynek, miałem wiele pokazów za sobą, więc wiedziałem, kto jest moją konkurencją, jakich wyników mogę się spodziewać i co robić, aby było jeszcze lepiej.

A jak duży jest ten rynek?
Jak iluzjonista, to dla dzieci. Wciąż panuje taki stereotyp. Choć to się powoli zmienia.

- Według moich szacunków osób, które robią to, co ja na pełen etat jest w Polsce ok. 30-40. Kolejna grupa to osoby, które łączą jakąś inną pracę zawodową z pracą iluzjonisty. Jest ich ok. 100. Jest też ogromna grupa pasjonatów występujących okazjonalnie. To wbrew pozorom duża konkurencja.

Kiedyś byłam z moją córką na urodzinach jej kolegi, na których występował pana kolega po fachu. Kto wynajmuje iluzjonistę?

- Właśnie, to jest kolejny problem. Jak iluzjonista, to dla dzieci. Wciąż panuje taki stereotyp. Choć to się powoli zmienia. Jest coraz więcej klientów, którzy uznają, że iluzjonistę można zaprosić także na poważny event firmowy.

Gdzie pan w takim razie głównie występuje?

- Przede wszystkim na imprezach firmowych - są to bankiety, kolacje biznesowe, spotkania integracyjne, konferencje.
Lepszy czy gorszy - to kwestia gustu, a inny to zawsze wartość. A bycie innym z wykorzystaniem możliwości, jakie daje dobra, nowoczesna iluzja, to jest coś(...)
Nie ukrywam, że te imprezy ze względu na skalę i zakres mojej oferty są najlepiej płatne. Ale są też najtrudniejsze - ludzie biznesu to wymagający widzowie, którzy niejedno już widzieli. Każdy pokaz tego typu to wyzwanie. Jednak satysfakcja z "oczarowania" prezesa wielkiej firmy rekompensuje wszystko. Występuję także na różnego rodzaju wydarzeniach masowych i plenerowych, gdzie mam okazję poczarować na dużej scenie. Takie imprezy gromadzą często widownię familijną, najbardziej wesołą i chętną do zabawy. Pojawiam się również na weselach. Czasem młoda para chce zrobić coś fajnego dla gości, czasem to ja jestem niespodzianką dla młodej pary. Dlatego oprócz agencji eventowych współpracuję także z firmami organizującymi wesela i konsultantami ślubnymi. Wynajęcie iluzjonisty jest też świetnym pomysłem marketingowym na przykład na imprezy targowe.

Imprezy targowe?

- Dzięki artystycznemu zamieszaniu na targowym stoisku można się wyróżnić i przyciągnąć klientów. Jak zrobię jakiś niezwykły efekt, to najpierw zatrzyma się jedna osoba, potem druga, aż rozejdzie się po hali, że dzieje się coś fajnego. Po kilku minutach jest tłum przy stoisku. Występuję na targach i wiem, że to działa. Iluzjonista może też chodzić po hali targowej i wyczarowywać ulotki firmowe czy wizytówki. Świetny sposób na promocję, niestety firmy zbyt rzadko z tego korzystają. Iluzję traktuje się rozrywkowo, a to może być równie dobry pomysł na promocję i wsparcie biznesu. Coraz częściej występuję też na konferencjach i szkoleniach. Po kilku godzinach wykładów można zrobić przerwę, aby trochę rozruszać uczestników. To dobry sposób na urozmaicenie, a uczestnicy wręcz oczekują jakiejś odmiany.
Lustro jest zawsze pierwszym odbiorcą, potem kamera, rodzina, przyjaciele, jednak dopiero obcy widz jest prawdziwą weryfikacją mojej pracy.
Na spotkania firmowe, w ramach specjalnej oferty, przygotowuję dedykowane efekty z produktami firmowymi. Kiedyś opracowałem program dla producenta jajek, dla firmy Czachorowski. To był bankiet dla kontrahentów. Robiłem iluzje oczywiście z użyciem jajek, co zostało bardzo entuzjastycznie przyjęte przez widzów. Czasem używam znaku firmowego, włączam w pokaz ideę marki czy też jej przesłanie, np. dla firmy kurierskiej przygotowałem pokaz z przekazem, że dostarczają szybko, na czas i bez uszkodzeń. Jedna z wielkich marek motoryzacyjnych pokazała nowy model samochodu z użyciem technologii i iluzji w wykonaniu Dynamo. Istotą marketingu jest wyróżnić się z tłumu. Lepszy czy gorszy - to kwestia gustu, a inny to zawsze wartość. A bycie innym z wykorzystaniem możliwości, jakie daje dobra, nowoczesna iluzja to jest coś, z czego firmy powinny korzystać i ja im to oferuję.

Już teraz wiem, dlaczego pana biznesplan zajął tak wysoką lokatę. Ma pan bardzo wiele pomysłów na swój biznes.

- Staram się podpowiadać klientom ciekawe rozwiązania, układać dla nich indywidualne pokazy. Kiedyś dla właściciela pizzerii przygotowałem taką etiudę, w czasie której wyczarowywałem produkty, z których potem zrobiono pizzę. Moim marzeniem jest, by swoimi występami uświetniać gale i jubileusze. Mógłbym na przykład na początku imprezy wyczarować konferansjera, który będzie ją prowadził. Przerywnikiem w programie takiej imprezy nie muszą być występy taneczne, wokalne czy akrobatyczne, równie dobrze może to być iluzja. Bardzo chciałbym też występować na statkach wycieczkowych, takich luksusowych pływających hotelach. Tam są doskonałe warunki, prawdziwa scena, oprawa muzyczna, światła...

Pana praca wymaga też wielu przygotowań i ćwiczeń?
Dzisiaj człowiek chce mieć wszystko pod kontrolą, chce wszystko zrozumieć, a pokaz iluzji wymyka się spod tej kontroli. Dlatego niektórzy na początku są dość sceptyczni(...)

- Tak. Nad każdym efektem pracuję bardzo długo - czasem są to miesiące, czasem lata. I nie chodzi stricte o mechanikę efektu, bo niektórych ruchów czy ich kolejności można się nauczyć w kilka godzin. Chodzi o zrozumienie istoty efektu, tego, co w nim tak naprawdę jest magiczne oraz tego, w jaki sposób to zaprezentować. Takie ogranie triku, znalezienie najlepszej metody na prezentację, zdobycie pewności w jego wykonywaniu trwa bardzo długo. Efekty staram się też udoskonalać z pokazu na pokaz, bogacąc się o doświadczenia zdobyte na występach. Najtrudniejsze, ale najbardziej doceniane przez widzów są numery tzw. manipulacyjne, które wymagają ogromnej zręczności i setek godzin ćwiczeń. Trenuję także elementy pantomimy i ruchu scenicznego. Lustro jest zawsze pierwszym odbiorcą, potem kamera, rodzina, przyjaciele, jednak dopiero obcy widz jest prawdziwą weryfikacją mojej pracy. Sztuką jest sprawić, żeby rzeczy proste wyglądały na scenie jak trudne, a trudne jak proste, robione "od niechcenia".

Zdarzają się potknięcia?

- Tak. Na szczęście widzowie są zwykle nieświadomi tego, że coś nie wyszło, bo nie wiedzieli, że coś miało się stać. Jeżeli zespół Perfect gra "Autobiografię" i Grzegorz Markowski pomyli słowa, to publiczność o tym wie, bo wszyscy je znają. Jak iluzjonista się pomyli, to zwykle publiczność nie jest tego świadoma.

Mam wrażenie, że czasem publiczność jest nastawiona na zdemaskowanie iluzjonisty?

- Tak. Jeśli wspomniany przed chwilą Grzegorz Markowski się pomyli, to tłum dośpiewa mu tę piosenkę i będzie jeszcze wiwatował. Jeżeli chodzi o pokaz iluzji to czasem mam wrażenie, że ludzie tylko czekają, aż iluzjoniście coś nie wyjdzie. Może to taka nasza polska przekorność? Albo zbyt poważne traktowanie pewnych spraw? Tak czy inaczej, z tego powodu na każdy pokaz muszę być perfekcyjnie przygotowany, nie ma miejsca na błędy czy niedociągnięcia. Dzisiaj człowiek chce mieć wszystko pod kontrolą, chce wszystko zrozumieć, a pokaz iluzji wymyka się spod tej kontroli. Dlatego niektórzy na początku są dość sceptyczni, ostrożni w odbiorze. Tym bardziej się cieszę, gdy szybko udaje mi się przełamać ten dystans i wciągnąć widzów do mojego świata, zaprosić ich do wspólnej zabawy. Swoją drogą kwestia odbioru iluzji i zgody na bycie "oszukiwanym", widziana z psychologicznego punktu widzenia, z uwzględnieniem płci, wieku czy zajmowanego stanowiska jest moim zdaniem świetnym tematem na pracę naukową.
Kilka prężnie działających agencji artystycznych potrafi zapełnić kalendarz na wiele miesięcy. Świetnie działa też poczta pantoflowa(...)

Czy da się z tego żyć?

- Tak. Zwłaszcza gdy wejdzie się na rynek imprez firmowych i masowych. Zresztą po ponad 11 latach występowania, najpierw towarzysko, potem na zleceniach, uzbierałem sporą grupę stałych klientów. Kilka prężnie działających agencji artystycznych potrafi zapełnić kalendarz na wiele miesięcy. Świetnie działa też poczta pantoflowa - zadowoleni klienci polecają mnie swoim współpracownikom czy znajomym, a to sprawia, że wciąż zgłaszają się nowi zainteresowani.

Czy jest pan bardziej artystą, czy bardziej przedsiębiorcą?

- Jednym i drugim, pewnie w miarę po równo. Bywają takie dni, że działalność sprzedażowa, marketingowa, księgowa, czyli sprawy stricte biznesowe potrafią zabrać więcej czasu niż rozwijanie repertuaru i praca artystyczna. Chciałbym jak najczęściej czuć się artystą, a jak najrzadziej biznesmenem, ale skoro wszystko firmuję swoim nazwiskiem, to muszę tyle samo serca włożyć w jedno i w drugie.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (21)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up