stat

Na swoim. Multimedialna sztuka obrazu Pawła Skawińskiego

Pierwsze imprezy robiłem, bo chciałem, nie myślałem o tym, że będę kiedyś z tego żył - mówi Paweł Skawiński.
Pierwsze imprezy robiłem, bo chciałem, nie myślałem o tym, że będę kiedyś z tego żył - mówi Paweł Skawiński. fot. Łukasz Głowala/trojmiasto.pl

O tym, jak z młodzieńczej pasji i dobrej zabawy urosła firma, że aby odnieść sukces na rynku, trzeba się rozwijać, że robienie po kosztach bywa zgubne, a także o tym, że relacje z klientem trzeba budować na zaufaniu rozmawiamy z Pawłem Skawińskim, właścicielem firmy Svoboda multimedia for events. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Grzegorzem Zielińskim, właścicielem firmy Owoce Do Biura.



Skąd pomysł na firmę?
W tej branży trzeba być kreatywnym, łączyć technologie z pomysłem, ale też ograniczeniami konstrukcyjnymi.

Paweł Skawiński: - Zaczynałem jeszcze w liceum, jako uczeń. Organizowałem z kolegami imprezy w szkołach. To było oczywiście na zasadzie non-profit, chodziło jedynie o dobrą zabawę. Pełna improwizacja - sprzęt własnej roboty lub pożyczony od kolegów. O tym, że na tym można zarobić jakiekolwiek pieniądze wówczas nawet nie myślałem. Jednak dzięki tym doświadczeniom zainteresowałem się techniką sceniczną. To stało się moją pasją.

Od pasji do firmy, to chyba najlepsza droga?

- Tak. To, że w pewnym momencie moja działalność zaczęła przynosić jakieś profity, było jedynie wypadkową, nie było moim celem. Ja po prostu chciałem to robić.


Czym dokładnie zajmuje się pana firma?

- Zajmujemy się multimedialną, wizualną oprawą imprez, koncertów i eventów. To są też spotkania firmowe, konferencje czy nawet targi, gdzie budujemy całe stoiska. Dostarczamy multimedia, głównie ekrany LED, tzw. telebimy, które budują scenografię imprezy lub pokazują to, co się na niej dzieje.
(...)W pewnym momencie musiałem założyć firmę, ponieważ udało mi się wygrać spory przetarg na obsługę eventową dużej firmy z branży napojów.
Tworzymy i projektujemy scenografię na tych wydarzeniach, zajmujemy się oprawą graficzną. W swojej ofercie mamy też projektory wielkoformatowe, które mogą wyświetlać animacje na budynkach w dużej skali, tzw. video mapping. Można dzięki niej realizować bardzo duże widowiska "światło dźwięk", które zawsze robią wrażenie, a w Trójmieście jest ich dalej trochę za mało. Oprócz tego wchodzimy też w oświetlenie, instalujemy i sprzedajemy sprzęt innym. To uzupełnia naszą ofertę. Teraz zaczynamy koncentrować się na technologiach interaktywnych, czyli dotykowych, działających bezprzewodowo. To jest raczkująca technologia, ale to przyszłość eventów.
Zaczynałem od rzutnika kupionego za pieniądze pożyczone od kolegi. Bardzo się bałem, że go nigdy nie spłacę, a kosztował parę tysięcy złotych - mówi Paweł Skawiński.
Zaczynałem od rzutnika kupionego za pieniądze pożyczone od kolegi. Bardzo się bałem, że go nigdy nie spłacę, a kosztował parę tysięcy złotych - mówi Paweł Skawiński. fot. Łukasz Głowala/trojmiasto.pl
Stworzyłem i prowadziłem serwis kultury klubowej - Svoboda. To też zaczęło się jeszcze w czasach licealnych.

Skąd pan czerpał i czerpie wiedzę na ten temat?

- Bardzo się tym interesuję, w Polsce nie ma za dużo szkół, które poruszałyby te zagadnienia, może filmówki mają coś z tym wspólnego, ale cała moja wiedza i umiejętności to tak naprawdę moje obserwacje i przede wszystkim analiza dokumentacji sprzętowej, porównywanie i wyciąganie wniosków, targi branżowe i prezentacje. Jak się czymś interesujemy, to zgłębiamy wiedzę z przyjemnością. W tej branży trzeba być kreatywnym, łączyć technologie z pomysłem, ale też ograniczeniami konstrukcyjnymi.

Powiedział pan, że na początku zajmował się pan organizacją imprez dla przyjemności, nie zawsze dla pieniędzy. Kiedy uznał pan, że da się z tego żyć i założyć firmę?

- Tak jak wspomniałem, pierwsze imprezy robiłem, bo chciałem, nie myślałem o tym, że będę kiedyś z tego żył. To się rozwijało i w pewnym momencie musiałem założyć firmę, ponieważ udało mi się wygrać spory przetarg na obsługę eventową dużej firmy z branży napojów. Spodobały im się moje pomysły związane z promocyjnymi eventami. Zaproponowano mi stałą współpracę, ale musiałem założyć firmę. To był ten moment. Zresztą był to też pierwszy poważny sukces prestiżowy, ale też związany z komercyjną działalnością. Czułem się bardzo doceniony, bo wygrałem z dużymi agencjami i do tego zaproponowano stałą współpracę i realizację moich pomysłów. Po drodze miałem też przygodę z... nazwijmy to mediami.

Był pan dziennikarzem?
Stopniowo realizowałem coraz większe imprezy, robiąc małe kroczki. To nie było raptowne.

- W pewnym sensie. Stworzyłem i prowadziłem serwis kultury klubowej - Svoboda. To też zaczęło się jeszcze w czasach licealnych. Interesowałem się tą branżą, sam organizowałem imprezy, więc wydawało się to dobrym uzupełnieniem. To był taki wortal informacji o wszystkich imprezach, które działy się w Trójmieście, potem nawet w całej Polsce.

I co z tym serwisem?

- Przyszedł czas, gdy musiałem z czegoś zrezygnować, nie dało się wszystkiego ogarnąć. Nie byłem w stanie prowadzić serwisu i zajmować się tym, czym wiedziałem, że chcę się zajmować bardziej. Wolałem skoncentrować się na tym, co teraz robię...

Największa impreza, jaką pan robił, jakiś moment przełomowy?

- Chyba nie było takiego kluczowego momentu. Stopniowo realizowałem coraz większe imprezy, robiąc małe kroczki. To nie było raptowne. Co rok coś większego.

A co na przykład?

- Niedawno multimedialnie obsługiwaliśmy obchody 35. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, które odbyły się na placu Solidarności dla Karola Pawłowskiego. Wcześniej otwarcie nowego nabrzeża DCT dla agencji Art-Kowalik, czy premierę nowego modelu Porsche w Starym Maneżu w Gdańsku, nasz sprzęt pracował na otwarciu Galerii Metropolia. Realizowaliśmy wraz z Mirą Art oprawę "Skrzydeł Trójmiasta", czyli imprezy waszego portalu.
Staram się jednak dobrze wydatkować pieniądze. Inwestycje związane ze sprzętem są zawsze dobrze przemyślane.


Pamiętam, pięknie wyszło. A coś dużego plenerowego?

- Festiwal Energa Wolności przy stadionie Energa w Gdańsku, Sylwester w Gdyni 2015.... sporo tego było, w tym roku przygotowujemy się do kolejnego mappingu w Gdańsku.

Dziś rozmawiamy w - nazwijmy to - budynku instytucji kultury wyższej. Użyłam takiego określenia bo wiem, że to jeszcze tajemnica. Co pan tu robi?

- Czynimy wstępne przygotowania do dużej produkcji. To będzie duże widowisko ze sporą ilością multimediów. Nie mogę zdradzić szczegółów, ale nie jest to jednorazowe wydarzenie.

Wydaje mi się, że pana działalność wiąże się też z dużymi wydatkami na sprzęt. Nie bał się pan wyzwań finansowych?
To nie jest biznes dla ludzi, którzy tylko i wyłącznie chcą na tym zarobić pieniądze. Tym po prostu trzeba żyć.

- Zawsze się boję, każda kolejna inwestycja jest obarczona ryzykiem. Ten sprzęt bardzo mocno traci na wartości. Trzeba się z tym liczyć, ale nie wolno dopuszczać do siebie informacji, że będzie źle. Zaczynałem od rzutnika kupionego za pieniądze pożyczone od kolegi. Bardzo się bałem, że go nigdy nie spłacę, a kosztował parę tysięcy złotych. Wówczas były to dla mnie ogromne pieniądze. Dziś wiem, że była to inwestycja życia. Staram się jednak dobrze wydatkować pieniądze. Inwestycje związane ze sprzętem są zawsze dobrze przemyślane. Kupując sprzęt już wiem, do czego będzie mi służył i jak można go wykorzystać, a nie że kupuję, a potem czytam instrukcję. Zawsze chciałem robić oprawę na najlepszym poziomie, tak jak to robią najwięksi na świecie. Większość przychodów wydatkuję na dalsze inwestycje sprzętowe, można powiedzieć, że to skarbonka bez dna, ale jak się chce być dobrym w tej branży, to trzeba się ciągle rozwijać.

Trzeba być też na bieżąco z nowinkami.

- Ta branża bardzo idzie do przodu. Ciągle pojawiają się nowe, wyższe rozdzielczości i lepsza jakość. Wciąż trzeba śledzić rynek. Dlatego m.in. jeździmy na targi branżowe, aby szukać nowych, ciekawych rozwiązań. Dlatego jeśli ktoś się tym nie interesuje, to nie będzie w stanie tego biznesu prowadzić. To nie jest biznes dla ludzi, którzy tylko i wyłącznie chcą na tym zarobić pieniądze. Tym po prostu trzeba żyć. Dlatego też budujemy zespół podwykonawców i współpracowników, którzy też są pasjonatami.
Na Pomorzu, jeżeli chodzi o multimedia, to jesteśmy liderem, ale w Polsce są dużo więksi.

Jak duży to jest zespół?

Od 5 do 13 osób. Trzeba też pamiętać, że to nie jest łatwa praca. To nie jest praca biurowa od do. Słabym punktem jest czas pracy. Zdarza się, że trzeba pracować non stop kilkanaście godzin i do tego w ciężkich warunkach. Przy imprezie plenerowej w zimie na przykład. Oczywiście nie jest tak cały czas. Po intensywnej pracy przychodzi np. tydzień wolnego i regeneracja. Trzeba się jednak liczyć z tym, że jest to ciężka praca fizyczna, profesjonalne urządzenia w dużej ilości ważą tony. A do tego kwestie bezpieczeństwa. Czasem widowisko projektuje ktoś, kto nie musi znać wszystkich parametrów sprzętowych. Klient chce mieć piękną scenografię, piękny obrazek. Od tego jak to zrobić, żeby tak było, ale żeby też nikomu nic na głowę nie spadło, jesteśmy my.

Jak duży to jest rynek, ile takich firm jak pana działa w Polsce?

- Myślę, że blisko tysiąc. Na Pomorzu jeżeli chodzi o multimedia to jesteśmy liderem, ale w Polsce są dużo więksi. Jednak moja polityka nie polega na tym, żeby konkurować ze wszystkimi, tylko iść w wyznaczonym kierunku i stawiać na jakość. Rynek trójmiejski jest dość mały, istnieje mała świadomość tego, iż dobry jakościowo np. event firmowy przekłada się bardzo mocno na wizerunek firmy, markę, czyli dalej na sprzedaż. A to często oprawa imprezy powoduje te słynne "wow" wśród klientów i to dzięki temu pamiętają firmę i jej produkty. Rynek trójmiejski jest dość mały, jeżeli ktoś chce iść do przodu i się rozwijać, musi działać szerzej.
Nasza firma skończyła 10 lat, co w tej branży daje nam już chyba rangę starszaków z dużym doświadczeniem.

A nieuczciwa konkurencja zdarza się?

- Tak. Jak wszędzie. Głównie jest to dumping cen. Robienie imprezy po kosztach, żeby tylko "zdobyć portfolio", są firmy, które obrały bardzo agresywną politykę sprzedażową, często zazdrość i zawiść przysłania im jakiekolwiek relacje, a tak naprawdę, globalnie, walczą z wiatrakami. To bywa zgubne. Wiadomo, że realizowanie imprezy to niemałe koszty. Gdzieś trzeba je wówczas ograniczyć, a to się prędzej czy później odbije na jakości. To często obraca się przeciwko zleceniodawcy, który organizuje imprezę. Wiadomo, że zawsze będzie ktoś tańszy i ktoś droższy. Tak jest w każdej branży. Tylko nie zawsze najlepiej to najtaniej, my zwracamy też uwagę na budowanie pozytywnego wizerunku dookoła produkcji, przecież ważnym elementem jest praca z uśmiechem na twarzy, a nie dlatego, że muszę. Klienci nas wybierają, bo my się po prostu na tym znamy i często wygrywamy pomysłami i technologią, czyli jakością. Doradzamy zleceniodawcom i staramy się być ich partnerem. Nasza firma skończyła 10 lat, co w tej branży daje nam już chyba rangę starszaków z dużym doświadczeniem.

Jak ważne jest portfolio, kontakty i opinie klientów?
Telefon zawsze trzeba mieć przy sobie, a proszę pamiętać, że w tej branży potrafią dzwonić w bardzo dziwnych godzinach.

- Wręcz kluczowe. Relacje z klientami w głównej mierze buduje się na zaufaniu. A to przychodzi z czasem. Nie prowadzimy polityki ofensywnej. Ci, którzy chcą z nami pracować, prędzej czy później do nas trafią. I tak zazwyczaj się dzieje. Nie nękam ich ofertami, nie wydzwaniam. Opinie o Svobodzie, muszę się pochwalić, są bardzo dobre, cieszy mnie, że klienci doceniają naszą pracę.

Co jest najtrudniejsze w byciu przedsiębiorcą?

- To, że pracuje się 24 godziny na dobę. To jest czasami przygnębiające. Kładę się spać z myślą o firmie i z tą myślą budzę się rano. Natłok pracy jest ogromny. Oczywiście fajna jest świadomość, że pracuje się dla siebie. Nie zamieniłbym tego na etat. Satysfakcja jest dużo większa, ale jest też dużo większa odpowiedzialność. Pracuje się nawet na urlopie. Telefon zawsze trzeba mieć przy sobie, a proszę pamiętać, że w tej branży potrafią dzwonić w bardzo dziwnych godzinach. Nie jestem jednak szefem, który zarządza zza biurka, tylko czynnie w tym uczestniczę. Głównie rozmawiam z klientami, ale jak trzeba, to też zwijam i rozwijam kable czy instaluję sprzęty.
Jak jest dobrze, to za jakiś czas pewnie będzie gorzej. Jak jest źle, to musi być dobrze. I tym trzeba się kierować.

W takim razie życzę, by mógł pan zarządzać leżąc na leżaku na pięknej plaży.

- To chyba nie dla mnie. Nie jestem urodzonym prezesem, lubię aktywnie brać w tym udział. Każdy ma to, co chce mieć. Czasem słyszymy, jak ludzie narzekają, że muszą iść do pracy. To chyba nie jest tak, nikt nic nie musi, mamy to, co chcemy mieć, bo chcieć to móc. Nie ma niewolnictwa. Zwłaszcza na dzisiejszym rynku pracy. Większość jednak nic nie zmienia z wygody albo ze strachu. Czasem trzeba wybrać, czy chcemy dalej siedzieć w tym, co mamy, czy zaryzykować i wygrać.

Warto być na swoim?

- Tak. Mało tego, jak jeden biznes nie wyjdzie, to trzeba wchodzić w drugi. Nie poddawać się chwilowym porażkom. Życie byłoby nudne, gdyby było tylko dobrze. Jak jest dobrze, to za jakiś czas pewnie będzie gorzej. Jak jest źle, to musi być dobrze. I tym trzeba się kierować.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (20)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane