stat

Na swoim. Na dobry dzień w pracy owocowy serwis Grzegorza Zielińskiego

Zacząłem od jednego klienta, dziś mam dość pokaźną listę odbiorców. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Były ciężkie momenty, ale przydały się determinacja i pracowitość - mówi Grzegorz Zieliński.
Zacząłem od jednego klienta, dziś mam dość pokaźną listę odbiorców. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Były ciężkie momenty, ale przydały się determinacja i pracowitość - mówi Grzegorz Zieliński. fot. archiwum

O tym, że czasem warto popracować u innych, zanim pójdziemy na swoje, że może się udać nawet, jeśli mamy obawy, ale gdy nie brakuje nam konsekwencji i pracowitości, a także o tym, że jakość kosztuje, ale miła atmosfera w pracy jest bezcenna rozmawiamy z Grzegorzem Zielińskim, właścicielem firmy Owoce Do Biura. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Agatą Szczerkowską - Malinowską i Michałem Malinowskim właścicielami Centrum Dietetyki Żywienia i Zdrowia w Sopocie, a już za dwa tygodnie rozmowa z Pawłem Skawińskim, właścicielem firmy Svoboda multimedia for events.



Od zawsze był pan na swoim?
Założenie firmy było dla mnie trochę czarną magią. Nie mówię o samych procedurach, ale o funkcjonowaniu.

Grzegorz Zieliński:- Nie. Przez 14 lat pracowałem na etacie, w tym przez osiem lat w jednej firmie. Byłem przedstawicielem handlowym, potem specjalistą do spraw kluczowych klientów. To były różne firmy, o różnej kulturze organizacyjnej i dzięki temu wiele się nauczyłem. To doświadczenie było bardzo pomocne przy założeniu i prowadzeniu działalności gospodarczej. Pracowałem np. w firmie, która dostarczała do biur i przedsiębiorstw wodę w dystrybutorach. To podobna działalność do tej, którą prowadzę teraz. Nauczyłem się rozmawiać z klientami, poznałem mechanizmy na tym rynku, zdobyłem kontakty, wiedziałem z kim rozmawiać w firmach. To było bardzo pomocne. Jako młody człowiek tuż po studiach bez tego doświadczenia, chyba nigdy nie zdecydowałbym się na założenie takiej firmy. Nie miałbym tej wiedzy i spostrzeżeń. Praca u kogoś, praca na etacie dużo mi dała.

Wybrał pan wariant - uczymy się u kogoś, a potem na swoje?

- Tak wyszło. Choć podziwiam tych, którzy potrafią już po studiach czy nawet w czasie studiów rzucić się na głęboka wodę i otworzyć własny biznes. Nie potrafiłbym tak. Być może wynika to z mojego charakteru. Może jestem zbyt ostrożny?

A może po prostu rozważny?
Dla mnie wzorem zawsze były firmy rodzinne, które powstają w dobrym klimacie. Nie zrobi się biznesu w pojedynkę.

- Może. Założenie firmy było dla mnie trochę czarną magią. Nie mówię o samych procedurach, ale o funkcjonowaniu. Zdobycie klientów, dostawców, rozpoznanie rynku, działalność logistyczna, planowanie. Przez pierwsze lata większość rzeczy robiłem sam - od księgowości po sortowanie i rozwiezienie towaru. Zacząłem od jednego klienta, dziś mam dość pokaźną listę odbiorców. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Były ciężkie momenty, ale przydały się inne z moich cech, czyli determinacja i pracowitość. Jestem mocno zaangażowany w pracę, ale już dziś staram się to równoważyć i jak najwięcej czasu spędzać z rodziną. Zresztą jeżeli się nie ma wsparcia w rodzinie, to się nie uda. Moja żona była i jest dla mnie takim wsparciem. Dla mnie wzorem zawsze były firmy rodzinne, które powstają w dobrym klimacie. Nie zrobi się biznesu w pojedynkę.

Skoro jest pan rozważny, to raczej nie podjął pan decyzji o pójściu na swoje z dnia na dzień?

- Ta myśl dojrzewała, ale zmotywowały mnie zmiany w firmie, w której wówczas pracowałem. W firmach bywa różnie, czasem lepiej, czasem gorzej. To był ten moment, atmosfera sprzyjała podjęciu takiej decyzji. Zresztą nic więcej już bym tam nie osiągnął.
Na początku sam zajmowałem się wszystkim, segregowałem towar, dostarczałem go do klientów i jeszcze szukałem nowych odbiorców. To nie wzięło się znikąd, to nie przyszło, nie spadło z nieba - mówi Grzegorz Zieliński.
Na początku sam zajmowałem się wszystkim, segregowałem towar, dostarczałem go do klientów i jeszcze szukałem nowych odbiorców. To nie wzięło się znikąd, to nie przyszło, nie spadło z nieba - mówi Grzegorz Zieliński. fot. archiwum

A skąd sam pomysł?

- Wyszedł od klienta z którym miałem kontakt. Sam pomysł dostarczania owoców do firm może wydawać się absurdalny. To taka fanaberia. Po co dostarczać produkt, który można kupić tak naprawdę wszędzie. Przecież można wysłać panią z sekretariatu na ryneczek po jabłka czy mandarynki. Pójdzie raz, drugi, a trzeciego dnia się zbuntuje. Dziś kupi takie jabłka, jutro inne, może już nie takie smaczne.
Kiedy zaczynałem wcale nie było łatwo. To było 7 lat temu, wówczas sytuacja firm była dużo gorsza. To było tuż po kryzysie, więc firmy były wciąż na etapie cięcia kosztów.
Oddajmy takie sprawy specjalistom. Drzwi i okien też sami nie obsadzamy, robią to specjaliści. Tak samo jest z owocami. Żeby dostać dobry produkt, powtarzalny, trzeba mieć źródła. My wiemy kiedy jakie produkty wchodzą na rynek i gdzie je kupić. Widziałem w tym potencjał, że będzie na to popyt, tylko nie wiedziałem jaka to będzie skala, czy będę z tego mógł utrzymać rodzinę. Trzeba było zaryzykować, pomimo, że zawsze postrzegałem siebie jako człowieka mało skorego do ryzyka. Zresztą chyba nikt z mojego otoczenia w to nie wierzył. Zacząłem szukać informacji na ten temat. W wielu krajach, zwłaszcza w Skandynawii czy Stanach Zjednoczonych takie usługi świadczy się od lat. Związane jest to z całą ideologią podejścia do pracownika. Tam dawno zauważono, że samopoczucie pracownika ma wpływ na jego pracę, na wydajność. Ten owoc od firmy jest takim dodatkiem, który może poprawić humor. Jest okazją, aby przez chwilę spotkać się z kolegami z pracy przy skrzynce z owocami, żeby było miło i sympatycznie. Już sam zapach obieranej pomarańczy poprawia nastrój. A ludzie lubią pracować w miłej atmosferze. Wówczas mają wyniki, a to jest zysk. O dobrego pracownika nie jest łatwo, dlatego warto o niego dbać.

Jak reagowały firmy na pana ofertę?

- Różnie. Część podchwyciła pomysł, inni znali takie rozwiązania z central swoich korporacji, więc byli na "tak". Byli i są też tacy, którzy uważają, że pracowników nie ma co rozpieszczać, że pensja na czas wystarczy. Kiedy zaczynałem, wcale nie było łatwo. To było siedem lat temu, wówczas sytuacja firm była dużo gorsza. To było tuż po kryzysie, więc firmy były wciąż na etapie cięcia kosztów.

Dziś podobno mamy rynek pracownika, a w wielu branżach pracodawcy muszą wręcz walczyć o ludzi. Czy pan odczuł to w swojej firmie?
Wcale tak nie jest. Trzeba zbudować bazę klientów, ale też trzeba zbudować bazę dostawców. Jabłko jabłku nie równe.

- Jest dobrze, nie narzekam na liczbę klientów, ale trudno mi ocenić, czy wprost korzystam na zmianach na rynku pracy. Na pewno zmieniło się podejście firm, które coraz bardziej zwracają uwagę na swój wizerunek, nawet kosztem wydatku, choćby na ten kosz owoców raz w tygodniu. Pracownicy też to doceniają, widzę że czekają aż przyjedziemy z owocami.

Pomysł wydaje się dość prosty - kupujemy owoce, pakujemy i wozimy do klienta. Czy na pewno?

- Nic bardziej mylnego. To jest naprawdę bardzo ciężka praca. Na początku sam zajmowałem się wszystkim, segregowałem towar, dostarczałem go do klientów i jeszcze szukałem nowych odbiorców. To nie wzięło się znikąd, to nie przyszło, nie spadło z nieba. Jesteśmy firmą usługową, a wcale nie tak łatwo przekonać klienta do usług. To nie tak, że firmy nagle same zaczęły zamawiać owoce, bo ich konkurencja to zrobiła. Wcale tak nie jest. Trzeba zbudować bazę klientów, ale też trzeba zbudować bazę dostawców. Jabłko jabłku nie równe. Uczyłem się, czasem na własnych błędach. Rozróżnienie klasy owocu nie jest łatwe. Teraz mamy jednego dostawcę jabłek, to jest człowiek, który dostaje medale za swoje osiągnięcia w sadownictwie. Ma w swojej ofercie od 25 do 27 odmian.
A dla mnie ważny jest każdy klient, i ten co odbiera trzy skrzynki owoców, jak i ten, który zamawia 30.
Pięć lat go szukałem. Niestety, jest bardzo niska wiedza konsumencka na temat owoców. Jeżeli ktoś widzi banany za 2,40 za kilogram w markecie, to twierdzi, że banany muszą tyle kosztować, koniec i kropka. Ja z tym nie dyskutuję, bo taka jest polityka sieci handlowych. Jednak za dobry produkt trzeba zapłacić. To jest tak samo jak z samochodami czy kosmetykami, zresztą z każdym towarem. Są tańsze produkty średniej klasy, jaki i te drogie. Na przykład mandarynki klasy ekstra platinum najlepszej jakości muszę ściągać aż z Warszawy. Pomimo, że mam dziesiątki gatunków dostępnych pod ręką, to wybieram te, bo są najlepsze, najsmaczniejsze.

Czy konsument to doceni?

Myślę, że tak. Wracają do nas informacje z rynku, że dostarczamy naprawdę dobre owoce. Popełniamy błędy, jak każdy, nie jesteśmy nieomylni, ale staramy się wyciągać z tego wnioski. A sortowanie? Nie robimy tego w byle gdzie, w garażu czy komórce. Najpierw wynajmowaliśmy specjalny magazyn, a od jakiegoś czasu mamy własny. To jest profesjonalna 100 metrowa sortownia, ze wszystkimi certyfikatami Sanepidu. Zresztą takie certyfikaty mają też nasze samochody, którymi wozimy owoce. Badania i szkolenia przechodzą też pracownicy. Jakość, ale i bezpieczeństwo, także zdrowotne.
Są firmy, które kombinują kosztem pracowników. Brzydzę się takimi rzeczami.
Do tego sama dystrybucja i logistyka jest trudnym elementem. Nie da się być wszędzie o godzinie 9 rano. Trudne jest ustawienie siatki dostaw. Każdy nowy kontakt analizujemy, czy się opłaca, czy damy radę dowieźć. A dla mnie ważny jest każdy klient - i ten co odbiera trzy skrzynki owoców, jak i ten, który zamawia 30. Znaleźliśmy jednak swoje miejsce na rynku i czerpiemy z tego satysfakcję. Udało się, zacząłem spłacać pierwszy samochód dostawczy, potem drugi i dziś już się nie boję.

Dziś już też nie jest pan sam, stał się pan pracodawcą.

- To wciąż nie jest wielka firma, bo nasz zespół to osiem osób. Są magazynierzy, którzy całe noc segregują owoce, które już od rana są rozwożone. Wcale nie jest łatwo znaleźć pracownika, który zgodzi się na pracę o takiej porze. Nasi pracownicy magazynu mają kompletną widzę na temat oczekiwań każdego klienta. A każdy klient ma swoje oczekiwania co do produktów. Podziwiam ich za pracę, ja już czasami się gubię. Od samego początku wiedziałem, że ludzi trzeba traktować porządnie, żadnych umów śmieciowych. Traktuj kogoś tak, jakbyś chciał sam być traktowany. Są firmy, które kombinują kosztem pracowników. Brzydzę się takimi rzeczami. Jeśli firma się rozwija, przynosi coraz więcej profitów, to wynagrodzenia też powinny rosnąć.

Oferta też pewnie się zmieniała?

- Tak. Ciągle ją poszerzaliśmy. Są pakiety standardowe, ale też te premium z droższymi owocami czy takie z owocami sezonowymi jak maliny czy truskawki. Do owoców dodaliśmy warzywa, takie do pochrupania, czyli seler naciowy, pomidorki koktajlowe czy kalarepka. Ważna jest też forma podania produktu. Zaczynaliśmy od koszy wiklinowych, teraz mamy ładne skrzynki drewniane.
Trzymamy się Trójmiasta, ale też obsługujemy klientów z Pomorza. Najdalej docieramy do Tczewa i Starogardu Gdańskiego.

A konkurencja się pojawiła na rynku?

- Tak, przeżyłem podkradanie klientów, ale to nie jest jakiś duży problem. Duża rywalizacja jest na rynku warszawskim. Postawiłem na jakość i klienci to doceniają, pomimo tego, że jakość kosztuje.

Gdzie pan dostarcza owoce?

- Do biur, ale też do firm produkcyjnych. Trzymamy się Trójmiasta, ale też obsługujemy klientów z Pomorza. Najdalej docieramy do Tczewa i Starogardu Gdańskiego.

Nie myślał pan o stworzeniu sieci ogólnopolskiej?

- Nie. To wymagałoby dużych nakładów finansowy, pracy i zaangażowania. Podziwiam ludzi, którzy idą w tym kierunku i odnoszą sukcesy. Jednak mnie zadowala to, co mam. Wystarczająco dużo pracuję, bo cały czas większość spraw kierowana jest do mnie. Jestem bardzo związany z rodziną, chcę mieć dla nich czas. Poza tym uważam, że Trójmiasto i okolice to kapitale miejsce do życia.
Z tego jestem dumny, że do wszystkiego dochodzimy sami, ale nie jesteśmy wyjątkiem, wiele firm tak pracuje.

A owoce jeszcze czasem sam pan sortuje?

- Już nie. Choć przez dłuższy czas sam wykonywałem te pracę. Znam każdy aspekt tej pracy, a nie tylko w teorii i wiem jak jest ciężka. Dziś głównie zajmuję się pozyskiwaniem nowych klientów i dostawców.

A czego najbardziej się pan bał na początku bycia na swoim?

- Ryzyka finansowego. Bałem się, że jak stracę klienta, to automatycznie pożegnam się z biznesem. A prowadzenie firmy kosztuje. Trzeba płacić zobowiązania - czy ma się dochody, czy nie.

A o dotacjach dla firm pan myślał?

- Nigdy nie miałem czasu żeby się temu przyjrzeć. To wbrew pozorom skomplikowana sprawa. Nie po to powstają firmy doradcze. Gdyby to było proste, to nie byłyby potrzebne. To jest dobre dla dużych firm, które mogą do tego oddelegować pracownika.
Nie skaczemy z pomysłu na pomysł. Od samego początku wiedzieliśmy, że trzeba się skupić na jednym.
Jak miałem znaleźć czas na znalezienie dotacji, skoro pracowałem przez kilkanaście godzin dziennie. Z tego jestem dumny, że do wszystkiego dochodzimy sami, ale nie jesteśmy wyjątkiem, wiele firm tak pracuje. Poza tym zawsze wychodziłem z założenia, że nikt nikomu jeszcze niczego nie dał za darmo.

O sieci pan nie myśli, ale może jakieś inne plany na przyszłość?

- Oczywiście. Na wiosnę wystartujemy z nowym projektem, będą to sałatki owocowe oraz będziemy dostarczać bakalie. Byłem kiedyś w Barcelonie na ulicy La Rambla i tam jest ten słynny rynek z  owocami ze wszystkich zakątków świata. Zakochałem się. Tam właśnie smakowałem rewelacyjne sałatki owocowe z kubeczków. Spróbujemy zrobić coś podobnego i dystrybuować je nie tylko do naszych klientów, ale zdobyć rynek konsumencki. Każdy pracownik będzie mógł sam sobie zamówić nasz produkt.

Dalej owoce?

- Tak. Nie skaczemy z pomysłu na pomysł. Od samego początku wiedzieliśmy, że trzeba się skupić na jednym. Dostawa owoców do biur, firm i zakładów. Trzeba się skupić na tym, na czym się znamy. Możemy poszerzyć ofertę, dlatego sałatki, ale dalej będą to owoce.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (67)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane