stat

Na swoim. Torby z pasji i od serca Anny Kaftańskiej

Na razie w moją firmę zaangażowana jest cała rodzina. Jak jadę na targi w weekend, to do dzieci przyjeżdża teściowa z Białegostoku, a mąż mnie wiezie. Też powinni wystawić mi rachunki - śmieje się Anna Kaftańska.
Na razie w moją firmę zaangażowana jest cała rodzina. Jak jadę na targi w weekend, to do dzieci przyjeżdża teściowa z Białegostoku, a mąż mnie wiezie. Też powinni wystawić mi rachunki - śmieje się Anna Kaftańska. fot. Edyta Steć/trojmiasto.pl

O tym, że bycie mamą może zmotywować do bycia "na swoim", że potrzeba chwili może podsunąć pomysł na biznes, zwłaszcza gdy jest to coś, co powstaje z pasji, a także o tym, że najlepszym motywatorem jest... uznanie klientów - rozmawiamy z Anną Kaftańską, właścicielką JuMiBag, firmy szyjącej i sprzedającej unikalne torby i plecaki. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy Grzegorzem Hawrotem, prezesem Sito Poland, a już za dwa tygodnie rozmowa z dr n. med. Adamem Ziemlewskim z Impladent Medical&Dental Clinic.


Pracuję kiedy dzieci są w przedszkolu, popołudnia są dla rodziny, ale jak tylko maluchy idą spać, to znów wracam do pracowni i spędzam tam długie wieczory.

Jak to się stało, że jest pani na swoim?

Anna Kaftańska: - Wszystko przez to, że zostałam... mamą. Poza tym, zawsze myślałam o czymś własnym. Namawiał mnie też mój mąż. Przed urodzeniem dzieci pracowałam jako fryzjerka. Naciskał na salon.

To dlaczego nie otworzyła pani salonu fryzjerskiego?

- Prowadzenie własnego zakładu wymaga pracy od 9:00 do 21:00. Zanim urodziły się dzieci tak pracowałam, choć nie na swoim. Wiedziałam, że jako matka nie dam rady tak się poświęcić. Salonu nie można zamknąć o 15:00, aby popołudnie spędzić z dziećmi, bo większość klientek właśnie popołudniu ma czas na wizytę u fryzjera.

Można kogoś zatrudnić?

- Tak od razu? Kto zaryzykowałby i zatrudnił się w nowym salonie? Poza tym na początku nie byłoby mnie stać na wynagrodzenie pracownika. To czym zajmuję się dziś, też zabiera mi dużo czasu, ale da się to jakoś pogodzić. Pracuję kiedy dzieci są w przedszkolu, popołudnia są dla rodziny, ale jak tylko maluchy idą spać, to znów wracam do pracowni i spędzam tam długie wieczory. Tak jak mówiłam, zawsze myślałam o czymś własnym, zawsze ciągnęło mnie do - nazwijmy to - zajęć twórczych. Skończyłam turystykę na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu i po studiach dostałam pracę w hotelarstwie, w dziale marketingu. To nie było dla mnie, bo zamiast tworzyć strategie i oferty, to ja chodziłam do restauracji i układałam serwetki, żeby ładnie wyglądało. Już na studiach skończyłam też kurs wizażu, potem było fryzjerstwo. To też było dość ryzykowne. Po ślubie wszystkie pieniądze jakie otrzymaliśmy z mężem z wesela wydałam na dwumiesięczny kurs fryzjerstwa w Katowicach.
Potrzebowałam jednej porządnej torby, która "ogranie" mi wszystko. I wtedy przyszedł pomysł, że sama ją uszyję.

To wystarczyło, aby zostać fryzjerką?

- To jest bardzo dobra i renomowana akademia. Jak potem komuś mówiłam, że jestem tylko po tym kursie, to nikt nie chciał wierzyć. Miałam więcej klientek niż fryzjerki po szkołach i z wieloletnim stażem. Do dzisiaj klienci pytają, czy nie chcę wrócić do fryzjerstwa. To jest bardzo miłe.

Kurs kursem, ale... pewnie ma pani po prostu talent. Hotelarstwo, wizaż, fryzjerstwo... to skąd te torby się wzięły?

- Jak już powiedziałam wszystko dlatego, że zostałam mamą. Różnica wieku między moimi maluchami jest niewielka, bo jak starszy syn miał 10 miesięcy zaszłam w drugą ciążę. Kiedy urodził się Julek, to Mikołaj miał zaledwie półtora roku i nie mógł zrozumieć dlaczego miejsce na moich rękach zajął jego brat. To nosiłam obu. A do tego pampersy, butelki i wszystko w kilku torebkach. Potrzebowałam dużej torby, a nie mogłam żadnej znaleźć, która spełniała moje oczekiwania. Jak już coś znalazłam ciekawego, to albo kosztowała dużo, albo mi było szkoda używać jej do pieluch i butelek z mlekiem więc odpuszczałam. Potrzebowałam jednej porządnej torby, która "ogranie" mi wszystko. I wtedy przyszedł pomysł, że sama ją uszyję. Mam ją do dziś. Taka w czarno-białe paski z materiału kupionego w Ikei. Dziś wiem, że nie wyglądała najlepiej - krzywe szwy, brak podszewki. Jednak wówczas byłam z niej bardzo dumna. Kiedyś przyszła do mnie sąsiadka, zobaczyła tę torbę i poprosiła o uszycie takiej samej. I tak się zaczęło, od znajomej do znajomej. Na początku były to torby letnie, bawełniane. Potem zaczęłam szukać lepszych, ciekawszych materiałów.
Niezależnie od wszystkiego poświęcam na to bardzo wiele czasu i potem jak słyszę, że handmade jest drogi, to buzują we mnie emocje - mówi Anna Kaftańska.
Niezależnie od wszystkiego poświęcam na to bardzo wiele czasu i potem jak słyszę, że handmade jest drogi, to buzują we mnie emocje - mówi Anna Kaftańska. fot. Edyta Steć/trojmiasto.pl

A kto nauczył panią szyć?
Jestem świadoma, że większy zysk wynika z większej sprzedaży, a sprzedaje się wyprodukowany towar. Dlatego powoli myślę o zatrudnieniu i stworzeniu zespołu(...)

- Teść, choć trudno nazwać to nauką szycia. On udzielił mi kilku wskazówek, dosłownie w pół godziny, jak uruchomić maszynę. Tę pierwszą zresztą właśnie dostałam od niego. Jak się dowiedział o moich planach, to wyjął z piwnicy starego Łucznika w walizce. Najlepiej się uczyć metodą prób i błędów.

Fryzjerstwo w dwa miesiące, szycie w pół godziny... to musi być talent. Gdzie dziś można kupić pani torby?

- Torby są głównie dostępne w moim sklepie internetowym. Klientki zgłaszają się również dzięki portalom społecznościowym. Jeździmy też na targi mody i handmadu oraz na imprezy takie jak np. Grand Bazar w Warszawie, Jarmark Dominikański, czy Malzwiese w Berlinie. Rok temu z mężem znów postawiliśmy wszystko na jedną kartę, tak jak wcześniej z tym kursem na który wydaliśmy wszystkie pieniądze. Tym razem wszystkie oszczędności wydaliśmy na udział właśnie w  gdańskim Jarmarku. Zapłaciliśmy za ostatnie dostępne miejsce, taki parasol na bocznej ulicy i... udało się, wypaliło. Klienci kupowali, wracali, chwalili. Mówili, że fajne wykonanie, ciekawe kolory i wzory To dało mi tzw. kopa. Uznałam, że trzeba w to iść, działać

A myślała pani o współpracy z butikami?

- Jeszcze nie teraz. Przed nami Jarmark. Jednak już teraz mam kilka kontaktów z targów i propozycje, aby moje produkty wstawić do butików stacjonarnych. To na pewno kolejny krok - współpraca i większy zespół. Dodatkowo na razie, nie mam możliwości, bo szyję głównie sama. Sama to robię. Sama szyję, sama sprzedaję, mam więc ograniczone moce przerobowe, a doba ma tylko 24h. Jestem świadoma, że większy zysk wynika z większej sprzedaży, a sprzedaje się wyprodukowany towar. Dlatego powoli myślę o zatrudnieniu i stworzeniu zespołu, ponieważ tylko wtedy JuMiBag ma szansę na rozwój i ekspansję na nowe rynki.

Ile czasu zajmuje pani praca nad jedną torebką?

- Na wycinanie poświęcam około 20 minut, do tego szycie od półtorej godziny do dwóch i jeszcze wykończenie, czyli kolejne pół godziny. To jednak wszystko zależy wielu czynników. Oczywiście praca nad prototypem, nowym modelem zabiera dużo więcej czasu. Zresztą każdy dopracowany model poprzedza kilka tych mniej udanych, tzw. do testów. Niezależnie od wszystkiego poświęcam na to bardzo wiele czasu i potem jak słyszę, że handmade jest drogi, to buzują we mnie emocje. Kosztuje, bo to produkty unikatowe tworzone przez pasjonatów.
Bardzo lubię prostotę, zwykły kwadrat albo prostokąt. Prosta forma, ale gram kolorem, detalem. Nad wykończeniem każdej rzeczy spędzam wiele czasu.

Praca ręczna, rękodzieło musi kosztować.

- Tak, ale nie wszyscy tak uważają. Moje torby kosztują od 100 do 240 zł. Czy to dużo? Możliwe. Są ludzie, którzy kupują w sieciówkach, nie liczą się z tym, czy to chińszczyzna, czy wyprodukowane przez ludzi pracujących ponad swoje siły za kilka dolarów w Indiach. Są też klienci, którym zależy, aby produkt był polski, unikalny, wykonany z dobrej jakości materiałów i stworzony przez pasjonatów. Czasem słyszę, że szkoda, że ze skóry nie szyję. Myślę też o tym. Skóra kojarzy się z produktem bardziej ekskluzywnym, bardziej wartościowym i trwałym. Przymierzam się do zakupu specjalnej maszyny, ale z drugiej strony taka torba będzie droższa niż ze skóry sztucznej. Jednak rynek jest szeroki i każdy może znaleźć coś dla siebie i to jest fajne.


Wszystko przed panią. A w związku z marką. Skąd nazwa i logo?

- To skrót od imion moich synów, czyli od Julka i Mikołaja. JuMi i do tego Bag, czyli torba. Logo, czyli nazwę i  kółeczka nawiązujące do rysunków dzieci i splotu nici przygotował mąż. Kiedyś moja bratowa opowiedziała mi swój sen, a w nim moi synowie ubrani w garnitury stali na scenie i odbierali jakąś nagrodę i dziękowali mamie, która stworzyła firmę. Może to jakiś sen proroczy. Byłoby fajnie, gdyby w przyszłości to pociągnęli. Julek nie, ale Mikołaj zawsze musi dotknąć każdej torby, zawsze się śmiałam, że jest testerem jakości. Może kiedyś...

Może to początek wielopokoleniowej firmy rodzinnej. Tego życzę. A skąd czerpie pani pomysły?

- Bardzo lubię prostotę, zwykły kwadrat albo prostokąt. Prosta forma, ale gram kolorem, detalem. Nad wykończeniem każdej rzeczy spędzam wiele czasu. Słucham też moich klientek. Czasem do mnie piszą, sugerują jakąś kieszonkę czy zamek. Kilka toreb stworzyłyśmy wspólnie. Jest też taka funkcjonalność na stronie - zaprojektuj własną torbę lub plecak. Wiele osób z tego skorzystało, a wyprodukowane torby wchodzą do portfolio. Dzięki klientkom powstały np. modele mniejsze. Na początku miałam założenie, że JuMiBagi muszą być duże, ale cóż...klient nasz Pan.. Co ciekawe, ostatnio pokazałam na profilu nową torbę lniano - skórzaną i pod postem pojawiło się sporo komentarzy.
(...)jedna z klientek uświadomiła mi, że wiele kobiet wcale nie chce nosić tych samych toreb latami. A jak im się nic nie zniszczy, to jak wytłumaczą mężom, że musiały kupić nowe.
Okazało się, że klientki pytały się czy tonerki, czyli takie torebki na pasku zapinane w pasie. Jak widać klientki pomagają mi rozwijać firmę. Chciałabym, aby tak jak teraz JuMiBag była firmą rodzinną. Zobaczymy czy tak się stanie. Zastanawia mnie tylko, czy moi chłopcy będą mieli tyle cierpliwości. Chyba nie każdy wie, albo się nie spodziewa, że zanim opracuję finalny model produktu powstaje sporo egzemplarzy próbnych (prototypów), które testuję i sprawdzam ich wytrzymałość lub atrakcyjność. Wiele prototypów ląduje w koszu, a materiału wykorzystanego do projektowania nikt nie zwróci. Jest przy tym dużo emocji, potrzeba czasu i cierpliwości. Kiedyś założyłam sobie, że moje torby mają być wieczne. Klientka kupi i będzie ją używać przez lata. Czasem schowa, potem znów wyciągnie, a ona będzie cała i do tego wciąż moda, bo przecież połączenie bieli z czernią czy szarego z różem zawsze będzie noszone. Potem jedna z klientek uświadomiła mi, że wiele kobiet wcale nie chce nosić tych samych toreb latami. A jak im się nic nie zniszczy, to jak wytłumaczą mężom, że musiały kupić nowe. One często wcale nie chcą toreb niezniszczalnych. Tak czy inaczej staram się dobierać dobre i trwałe materiały. Z materiałami, zamkami i nitami nie jest aż tak trudno. Gorzej z tzw. karabińczykami, bo albo coś odpada, albo się otwierają, gdy nie trzeba. Testuję już trzecią firmę.

Co pani czuje, gdy widzi pani swoje torby na ulicy?

- Widzę je rzadko, ponieważ większość dnia spędzam w pracowni, później z dziećmi więc ... ale fakt coraz częściej dostaję fotki od znajomych z moimi torbami, które widzą na ulicach. Ostatnio byłam nawet na imprezie plenerowej na Dolnym Mieście - "Podwórko" i  widziałam kilka osób z plecakiem czy torbą z logo JuMiBag. To bardzo motywuje i cieszy. A jeszcze bardziej gdy dostaje się zdjęcia od klientek, które robią je sobie z moją torbą podczas własnych podróży czy codziennych obowiązków: wycieczka do NASA, czy na tle kamieni Stoneheng, we Wrocławiu na spacerze z dzieckiem, w górach czy we Włoszech. I wówczas myślę, że przecież ta torba jest gdzieś na świecie i jest jedyna swoim rodzaju. Nie ma takiej drugiej i to jest fajne. Cieszy.
Na kursie usłyszałam też, że jak chcę prowadzić biznes to mam zapomnieć o szyciu toreb. A ja to najbardziej lubię. Powinnam dobierać materiały, tworzyć wzory, organizować sprzedaż i pokazywać się na targach.

Dziś spotykamy się w budynku tzw. hubu kreatywnego na Dolnym Mieście. Jak pani tu trafiła?

- Dzięki udziałowi w programie "GoCreative Biznes na Start". Mąż znalazł informację na temat tego programu i przekonał mnie do wysłania wniosku. Udało się, zakwalifikowałam się. To były takie weekendowe spotkania dla osób początkujących w biznesie. Uczestnicy otrzymują wsparcie merytoryczne np. z zakresu księgowości czy marketingu, a najlepsi także wsparcie finansowe. W mojej grupie było 30 uczestników. W tym gronie zajęłam 3 miejsce. Później dowiedziałam się, że zgłoszeń do konkursu było ponad 140. To bardzo mnie zmotywowało. Na początku zakładałam, że będę sobie szyła torby i od czasu do czasu jakąś sprzedam. Gdy przychodzi koleżanka i mówi, że super, to może tak mówi, bo mnie lubi. Tutaj przyszłam i oceniło mnie grono obcych ludzi. Wśród tylu pomysłów moje torby się podobały i ludzie w to uwierzyli. Uznałam, że coś w tym jest. Człowiek po czymś takim czuje się trochę pewniejszy. Trafiłam też na bardzo fajnych i pomocnych ludzi w mojej grupie. Był np. człowiek, który pracuje w dziale sprzedaży firmy, która też szyje torby, tylko że ze skóry. On pomógł mi zrobić wycenę mojego produktu. Uświadomił mi, że materiał to nie wszystko, że powinnam uwzględnić też koszt opakowania, bo przecież to też kosztuje, czy koszt własnej pracy, prądu itp. Na kursie usłyszałam też, że jak chcę prowadzić biznes to mam zapomnieć o szyciu toreb. A ja to najbardziej lubię. Powinnam dobierać materiały, tworzyć wzory, organizować sprzedaż i pokazywać się na targach. Szyciem powinien zająć się ktoś inny. Na razie w moją firmę zaangażowana jest cała rodzina. Jak jadę na targi w weekend, to do dzieci przyjeżdża teściowa z Białegostoku, a mąż mnie wiezie. Też powinni wystawić mi rachunki. Niestety, wówczas już w piątek pracownia jest pusta, nikt nie szyje, a to jest dzień stracony.

Czas pomyśleć o pracowniku.

- Zdecydowanie! Powoli nawiązuję współpracę z osobami, które wspierają mnie w produkcji toreb - wykrajanie, wykończanie, itp. Czasami jednak przemawia przeze mnie myśl, że "nikt nie zrobi tego tak jak ja".
Dzięki programowi "GoCreative" organizowanemu przez Inkubator Przedsiębiorczości Starter dostałam na początek 15 tys. zł, za które jestem bardzo wdzięczna.
I rzeczywiście coś w tym jest. Jeden z członków jury zapytał mnie, czym ta firma będzie się wyróżniać od innych, które szyją torebki i stwierdził, że on też może zacząć szyć i może będzie lepszy. A ja mu na to, że "nie", bo nie będzie miał mnie w zespole. Jak coś robię, to poświęcam się temu w pełni i z sercem. Zespół to kolejny etap i powoli zaczynam to robić. Jednak aby na dobre się rozkręcić i przejść z jednoosobowej działalności do... firmy, potrzebny jest zastrzyk finansowy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że pierwszy rok prowadzenia firmy to budowanie sieci klientów, dokładanie do interesu, dużo nauki i pokory. Rok prawie za mną. Czas postawić kolejny krok. Jestem na to gotowa.

To może jakieś dotacje czy kredyty?

- Dzięki programowi "GoCreative" organizowanemu przez Inkubator Przedsiębiorczości Starter dostałam na początek 15 tys. zł, za które jestem bardzo wdzięczna. Proszę mi jednak wierzyć, że rozeszły się w one w mgnieniu oka. Kupiłam kilka rodzajów materiałów, dwie maszyny, drukarkę i zainwestowałam w sklep internetowy. Oprócz wsparcia start wymagał również zainwestowania własnych środków. A kredyty? Jako osoba prywatna, chyba jak każdy młody człowiek kredytów się obawiam. Szczególnie tych na okres 30 - 35 lat. Jednak jako początkujący przedsiębiorca mam świadomość tego, że rozwój wymaga finansowania. Dużą ulgą jest dla mnie własna pracownia. Wcześniej szyłam w domu. A tam są małe dzieci. To nie było łatwe. Jak rano wychodzili rozkładałam maszynę, nity, praski, a potem wszystko musiałam chować. Codziennie traciłam dużo czasu na rozpakowywanie i pakowanie swojego miejsca pracy. Teraz mam wygodniej, a takie warunki są motorem do pracy i poszerzania horyzontów. Przede mną kolejny Jarmark Dominikański, później będzie czas na następny krok - zespół i nowych partnerów biznesowych.

A co panią zaskoczyło w byciu na swoim, w byciu przedsiębiorcą?

- Zaskoczyło mnie to, że doba ma tylko 24 godziny. To jest dla mnie wielkie zaskoczenie, bo myślałam, że jak tylko będę się zajmować swoim biznesem - torbami, to będę miała dużo czasu. Będę sama sobie sterem i okrętem. A życie pokazuje, że tyle się dzieje, tyle pojawia się nowych pomysłów, że czasu dalej brak.


Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (38)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane