stat

Stworzyli firmę, bo lubią grać. Są liderem wśród wydawców planszówek

Lubią "Gwiezdne Wojny" i spędzać wspólnie czas. Ponad wszystko lubią jednak grać w gry planszowe i to wszelkiego rodzaju. Z pasji do tego typu gier stworzyli biznes i obecnie są jednym z największych dystrybutorów i wydawców gier planszowych w Polsce. Pomimo tego firma Rebel to bardziej grupa znajomych połączona wspólnymi zainteresowaniami niż przedsiębiorstwo. O popularności planszówek w naszym kraju, rozwoju branży i o tym jakie cechy powinna posiadać dobra gra rozmawiamy z Magdaleną Jedlińską, jedną z założycielek firmy i kierownikiem działu marketingu i PR w spółce Rebel.



Według licznych badań gry planszowe w Polsce zyskują coraz liczniejsze rzesze sympatyków? Skąd taka fascynacja grami planszowymi w naszym kraju?

Magdalena Jedlińska: - Trzeba się trochę cofnąć w czasie do początku firmy, aby opisać to zjawisko. Firma powstała w 2003 roku, kiedy gier planszowych na naszym rynku nie było zbyt dużo. Na samym początku Rebel sprzedawał nie tylko gry planszowe, ale także komputerowe - właściwe wszystko co nazywane było grą. Gry planszowe sprowadzaliśmy głównie z zagranicy, co było niesłychanie trudne i drogie, bo nie byliśmy wówczas członkiem Unii Europejskiej.
Pierwszy pracownik został zatrudniony w firmie, bo jej prezes stwierdził, że trzeba mu zacząć płacić za to co robi, skoro i tak całe dnie u nas przesiaduje. Wielu entuzjastów gier czy nawet naszych klientów zaczęło w końcu z nami pracować.

Pierwsze gry, które sprowadziliśmy, były bardzo drogie, głównie z powodu wysokich ceł. Ich ceny wynosiły ok. 300 zł za sztukę. Sprowadziliśmy sześć sztuk gry strategicznej "Warcraft", zrobionej na licencji bardzo popularnej wówczas gry komputerowej. Gra była oczywiście po angielsku. Sami w nią zagraliśmy i byliśmy zaskoczeni tym, jak dobra jest to gra i jak różni się od produktów dostępnych na naszym rynku. Początkowo wszystkie gry jakie sprowadzaliśmy schodziły natychmiastowo, pomimo tego, że były bardzo drogie. Jako że byliśmy wtedy jedyną firmą, która oferowała takie produkty to grupa naszych klientów dosyć szybko rosła.

Twórcy firmy Rebel są grupą przyjaciół, graczami i jednocześnie miłośnikami fantastyki. Wielu z nas wychowało się na grach typu "Magia i Miecz", które były kopiami zagranicznych gier. Od wielu też lat uczestniczyliśmy i uczestniczymy nadal w różnego rodzaju konwentach fantasy. Dlatego normalne było, że na początku zaprezentowaliśmy sprowadzone przez nas gry właśnie temu środowisku. Tak zaczęliśmy pokazywanie Polakom gier planszowych. Od samego początku rynek gier planszowych rozwijaliśmy po prostu jeżdżąc na różnego rodzaju imprezy i pokazując je publiczności.

Czyli nie chodziło jedynie o biznes ale także edukacje graczy?

Oczywiście, my przecież do teraz żyjemy tym wszystkim. Dla nas jest to pasja i sposób na życie. Na początku jeździliśmy na konwenty w cztery osoby samochodem zapakowanym grami planszowymi. Część z nich przeznaczona była na sprzedaż, część do grania. Dwóch kolegów stało na stoisku próbując sprzedać choć kilka gier natomiast ja z mężem otwieraliśmy games room. Wtedy gry planszowe kojarzyły się z rozrywką głównie dla dzieci. Jednak jako że na konwencie byli głównie nasi rówieśnicy, to udawało nam się zawsze namówić kilka osób do wypróbowania gier. Po godzinie wracali oni z grupą kolegów. To była ciężka praca u podstaw.

Początkowo były to gry tylko w języku angielskim?

- Wyłącznie. Dopiero później zaczęliśmy sami robić tłumaczenia gier. Nasz początku instrukcje pojawiały się wyłącznie w formie plików do ściągnięcia ze strony internetowej. Nie było nas po prostu stać na wydrukowanie dużej ilości kopii. Wyjazd na imprezę, jak wyszedł na zero, to było dobrze. Ważna była dla nas misja zapoznania Polaków ze światem gier planszowych. Ta pasja towarzyszy nam zresztą do dzisiaj. Na szczęście kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej dostęp do gier stał się łatwiejszy i zaczęły one napływać do nas dużym strumieniem.

Wtedy już mieliście okres uświadamiania środowiska za sobą. Zaczął się boom na gry planszowe?

- Od kilku lat, corocznie, odzywa się do nas jakaś gazeta, radio, czy telewizja z pytaniem, czy notujemy boom na gry planszowe. Rynek cały czas rośnie. Na początku gry pojawiały się na niszowych konwentach fantastyki, a ok. 10 lat temu zaczęły wychodzić poza granice miłośników fantastyki, do ludzi z nią zupełnie nie związanych. Po prostu zainteresowanych ciekawym spędzeniem czasu. Rodzicom chodzi o to, aby poprzez gry planszowe odciągnąć dzieci od komputerów. Później okazuje się, że dzięki wspólnej grze spędzamy ze sobą więcej czasu, więcej rozmawiamy, lepiej się poznajemy. Współczesne, dobre gry planszowe mają to do siebie, że pomimo różnicy wieku, rodzic grający z dzieckiem może się świetnie bawić. Gry mają ogromną rolę rozwojową i edukacyjną.
Na początku gry pojawiały się na niszowych konwentach fantastyki, a ok. 10 lat temu zaczęły wychodzić poza granice miłośników fantastyki, do ludzi z nią zupełnie nie związanych. Po prostu zainteresowanych ciekawym spędzeniem czasu.

Tak jak kiedyś głównie organizowano konwenty fantastyki, tak teraz, od ok. 7 lat, zaczynają się się pojawiać festiwale gier planszowych. Przykładem może być festiwal Gramy odbywający się w Trójmieście. I takich wydarzeń jest coraz więcej.

Czy ma to związek z większą dostępnością gier planszowych na rynku i tym, że pojawiło się więcej gier nie związanych z fantastyką? Może ta tematyka odstraszała innych klientów?

- Większość gier planszowych w ogóle nie jest związanych z fantastyką. Twórcy przecież dobrze wiedzą, że fantasy i fantastyka gorzej się sprzedają, bo nie wszyscy się tym interesują. Kanon, gra która ma już ok. 30 lat - "Osadnicy z Catanu" - polega na zasiedlaniu wyspy. Zero fantastyki. Tak samo jest z grą "Wsiąść do pociągu" czy "Carcassonne".

Kiedy zaczęliście być nie tylko dystrybutorem gier, ale także ich wydawcą?

- Kiedy zaczęliśmy sprowadzać gry na większą skalę, to nawiązaliśmy ściślejszą współpracę z jednym z wydawców - firmą Days of Wonder. Sprzedaż nam stale rosła i byliśmy największym sklepem z grami planszowymi. Przedstawiciele Days of Wonder zasugerowali nam, że skoro sprzedajemy rocznie tyle gier, to powinniśmy zrobić ich polskie wersje. Wtedy to wydaliśmy "Ticket to ride", czyli "Wsiąść do pociągu". Gra jest właściwie całkowicie niezależna językowo, ale okazało się, że ludzie dużo chętniej sięgają po grę z polskim tytułem. Jej sprzedaż drastycznie wzrosła. Powolutku zabraliśmy się więc do wydawania gier w języku polskim.

W pewnym momencie kolega jednego z naszych pracowników zgłosił się do nas z gotową grą planszową, którą chciałby wydać. Nie był jednak jej pewien. Zagraliśmy w tę grę w firmie i okazało się, że jest bardzo ciekawa. Zdecydowaliśmy się ją wydać. Była to gra "K2", która na targach w Essen, w 2012 roku dostała nominację do prestiżowej nagrody Spiel des Jahres 2012 (Gra Roku) w kategorii gra zaawansowana. Gra była pierwszą polską grą planszową nominowaną do tego prestiżowego tytułu w całej historii nagrody Spiel des Jahres.

Cały zysk jaki mieliśmy z tych gier inwestowaliśmy w kolejne tytuły po polsku. Jako że było ich mało na rynku, to bardzo łatwo schodziły. Teraz już tak nie jest. Mamy bardzo wielu wydawców i duże zainteresowanie tym rynkiem. Nie ma takiej sytuacji, że każda wydana gra sprzedaje się w dużej ilości.
Mamy kilku autorów, którzy próbują wydawać tworzone przez siebie gry. Jednak w chwili obecnej, w Polsce, nie sposób się z tego utrzymać. Nasz rynek jest zbyt świeży. Udaje nam się wydać średnio jedną grę polskiego autora rocznie.

Mamy już do czynienia na naszym rynku z profesjonalnymi twórcami gier?

- Niestety nie. Poszczególne wydawnictwa mają w swoich strukturach pracowników odpowiedzialnych za tworzenie gier. Taki pracownik musi przygotować i wydać pewną ilość gier każdego roku. Jakie to są gry to widać w sklepach. Z grami robionymi na siłę jest tak jak pisaniem książek na siłę. Gdzieś tego światełka geniuszu w nich brakuje. Mamy kilku autorów, którzy próbują wydawać tworzone przez siebie gry. Jednak w chwili obecnej, w Polsce, nie sposób się z tego utrzymać. Nasz rynek jest zbyt świeży. Udaje nam się wydać średnio jedną grę polskiego autora rocznie. W tym samym czasie wydajemy ok. 100 innych tytułów.

Nakład pracy dotyczący wydania takiej gry jest bardzo duży. Pierwsze jej wydanie nie przynosi zysku, trzeba zrobić drugie i trzecie wydanie. Nie opłaca się więc wydawać gier, które nie będą się sprzedawały dłużej niż rok. To jest bardzo ciekawa cecha gier planszowych, która odróżnia je od gier komputerowych. Dobre gry planszowe żyją latami. Są tak dobre mechanicznie, że się nie starzeją. Dużą ich zaletą jest też regrywalność, są one tak zmienne, że każda rozgrywka jest inna i przynosi dużą satysfakcję.

Jakie cechy musi posiadać dobra gra planszowa, która sprzedaje się w milionach sztuk?

- Chcielibyśmy to wiedzieć. Wiemy natomiast czego nie może mieć gra, aby dobrze się sprzedać. Nie może mieć złamanej mechaniki, tzn. nie może mieć jednego sposobu na wygranie. Nie może się też dłużyć i musi mieć w sobie coś interesującego. Mamy gry imprezowe, w których bardzo ważna jest losowość wprowadzająca zamieszanie i są gry ekonomiczne i strategiczne, w których ważne jest planowanie. W takich grach, jeśli nasze plany przez zwykły traf losu zostają zniweczone, to taka gra nie ma sensu. Można przecież równie dobrze rzucić kostką i zobaczyć kto wygra. Ten balans i wyczucie są bardzo trudne do uzyskania.

Oczywiście gra musi mieć bardzo dobrą oprawę graficzną. Przecież to oczy "kupują" grę. Są jednak i gry, które nawet bez przyciągającej oko oprawy graficznej dobrze się sprzedają. Przykładem są "Tajniacy". Pudełko gry nie powala, a jak się ją otworzy to jest jeszcze gorzej. Gra jednak jest genialna. Z drugiej strony gry z przepiękną grafiką, np. "Lewis i Clark" nie chwyciła tak jak się tego spodziewaliśmy. I nie wiemy do końca dlaczego.

Przy wyborze gier jakie wydajecie opieracie się na własnym doświadczeniu jako graczy czy przeprowadzacie jakieś dodatkowe badania?

- Kiedyś, jak było mniej wydawnictw na rynku i głównie my sprowadzaliśmy je na rynek polski, to prawie nigdy nie braliśmy gry zaraz po jej premierze. Patrzyliśmy jaką ona popularność zdobywa zagranicą i dopiero wtedy decydowaliśmy się na jej wydanie. Teraz to się zmieniło. Na targach gier w Essen wszyscy ustawiają się w kolejkach po nowości. Mamy jednak wieloletnich partnerów, których darzymy zaufaniem i jeśli oni decydują się na wydanie danej gry to oznacza, że jest ona dobra. Przez lata nabyliśmy też doświadczenia i przy pierwszym kontakcie z grą jesteśmy w stanie dostrzec jej zalety. Oczywiście nie zawsze się nam udaje i czasami, choć rzadko, jakaś perełka przejdzie nam koło nosa. Jest też tak, że część gier, które świetnie sprzedają się zagranicą, u nas nie chwyta. Rożnie to bywa.
Mówi się, że Polska jest w pierwszej trójce jeśli chodzi o ilość sprzedaży tego typu gier planszowych. Co jest trochę zaskakujące ze względu na to, że te gry są u nas dopiero od kilkunastu lat.

Który kraj przoduje w sprzedaży gier planszowych?

- Mówi się, że Polska jest w pierwszej trójce jeśli chodzi o ilość sprzedaży tego typu gier. Co jest trochę zaskakujące ze względu na to, że te gry są u nas dopiero od kilkunastu lat. Widać jednak jak rośnie świadomość Polaków i mam nadzieję, że nasi wydawcy wybierają dobre gry, które trafiają w gusta Polaków. Liczne festiwale gier i oddolna promocja też robią swoje. Niemcy są w na pierwszym miejscu jeśli chodzi o sprzedaż gier planszowych. Największe targi gier planszowych odbywają się w Essen, a w każdym niemieckim domu jest gra "Osadnicy z Catanu".

Pewne gry nie znajdują dużego zainteresowania w Polsce. Na pewno zaliczyć do nich można gry mocno osadzone w zagranicznej kulturze. Innym przykładem może być gra "Black fleat", która się świetnie sprzedawała zagranicą. Myśmy się na nią nie zdecydowali, bo miała zbyt dziecinną grafikę. Gier z taką oprawą Polacy niechętnie kupują.

Co było dotychczas waszym największym przebojem?

- "Dobble". Tej gry sprzedaliśmy najwięcej sztuk i jest to absolutny przebój. Związana jest z nią ciekawa historia. Jej francuski wydawca bardzo zachęcał nas do wydania tej gry. W firmie zagraliśmy w nią raz, bez przekonania. Po licznych namowach wydaliśmy ją w Polsce i okazała się hitem. Do teraz mamy ogromną sprzedaż "Dobble", a dopiero długo później innych tytułów.

Czy gry planszowe przetrwają ciągły postęp technologiczny i coraz to nowsze sposoby na rozrywkę?

- Cały czas zastanawiamy się, czy gdzieś tam, niepostrzeżenie nie rozwija się jakaś technologia, która nagle wycofa z rynku gry planszowe. Tak jak komputery zniszczyły maszyny do pisania. Z drugiej strony, aby do tego doszło ludzie musieliby przestać chcieć się spotykać, a jesteśmy w końcu zwierzętami społecznymi. Choć łączność przez internet zmniejsza potrzebę bezpośrednich spotkań, to nadal lubimy widywać się ze znajomymi czy rodziną.

Na początku wspomniała pani, że Rebel stworzyła grupa przyjaciół. Teraz firma jest najważniejszym graczem na rynku i ta grupa musiała się znacznie zwiększyć?

- Siłą Rebela są ludzie, a zatrudniamy ich już 50. Firma został założona przez grupę przyjaciół, a w jej rozwoju pomagali nam kolejni znajomi. Pierwszy pracownik został zatrudniony w firmie, bo jej prezes stwierdził, że trzeba mu zacząć płacić za to co robi, skoro i tak całe dnie u nas przesiaduje. Wielu entuzjastów gier czy nawet naszych klientów zaczęło w końcu z nami pracować i do dzisiaj tworzą firmę. To jest nasza siła, ponieważ zupełnie inaczej słucha się sprzedawcy, który opowiada o produkcie z pasją.

Mamy to szczęście, że zajmujemy się grami planszowymi, a nie jakąś wyspecjalizowaną usługą czy produktem. Dla nas dużo ważniejsze jest to aby pracownik pasował do zespołu i rozumiał filozofię firmy, niż miał bardzo szerokie umiejętności. Wszystkiego przecież można się nauczyć. Jeśli ktoś pasuje do kultury naszej organizacji i lubi "Gwiezdne Wojny" oraz rozumie, o co chodzi w byciu graczem, to na 99 proc. do nas pasuje. Uczciwie traktujemy pracowników, bo to są nasi znajomi i nie mielibyśmy sumienia inaczej ich traktować. Tak samo jeśli chodzi o klientów. Wyjeżdżamy na różnego rodzaju imprezy i mamy z nimi bezpośredni kontakt. Nie moglibyśmy ich przecież oszukiwać, bo to tacy sami pasjonaci jak my.

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 94)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Ważne adresy

Strefa start-up

Najczęściej czytane