Dobre rozmowy o porażkach są potrzebne - zapewnia Jarek Łojewski

- W tych opowieściach nie musi być ogromnych liczb, to nie musi być utrata 10 mln, czasem jest to po prostu utrata zaufania do współpracownika. To wystarczy - mówi Jarek Łojewski.
- W tych opowieściach nie musi być ogromnych liczb, to nie musi być utrata 10 mln, czasem jest to po prostu utrata zaufania do współpracownika. To wystarczy - mówi Jarek Łojewski. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, dlaczego warto uczyć się na cudzych błędach, o tym, dlaczego dzielenie się swoimi porażkami pomoże nam w dalszej drodze i dlaczego nie należy oburzać się na... Fuckup Nights Trójmiasto rozmawiamy z Jarkiem Łojewskim, właścicielem Kreatyw.pro, który namawia ludzi do publicznego przyznania się do błędów w słusznym celu.



Rok temu pod hasłem "Każdy człowiek uczy się na błędach. Mądry na cudzych" odbyło się pierwsze w Trójmieście spotkanie w ramach ogólnoświatowej akcji Fuckup Nights. Inicjatywa narodziła się w Meksyku. Zaczęło się, kiedy piątka przyjaciół "po przejściach" związanych z niepowodzeniami w biznesie postanowiła zacząć o nich... głośno mówić. Wyszli oni z założenia, że porażki to nieodłączny element każdej działalności, a dzielenie się wiedzą na ich temat to nic innego jak zdobywanie cennego doświadczenia. Pierwszy Fuckup Nights odbył się w Mexico City we wrześniu 2012 roku. Od tego czasu w 140 miastach na całym świecie cyklicznie organizowane są podobne spotkania. Swoimi niepowodzeniami dzielą się przedsiębiorcy, menedżerowie projektów, artyści czy działacze społeczni. Najbliższe spotkanie w Trójmieście już w piątek 18 marca.

Rok temu relacjonowałam pierwsze spotkanie. Użyłam w tytule nazwy, czyli Fuckup Nights. Strasznie dostało mi się od niektórych czytelników. Jeden z oburzonych nawet interweniował u redaktora prowadzącego.


(...)ideą Fuckup Nights nie jest samo celebrowanie błędów. Nie da się ich uniknąć, ale wyciągajmy z nich wnioski, uczmy się i wykorzystujmy tę naukę.

Jarek Łojewski: - Niestety, nazwa jeszcze u niektórych budzi kontrowersje. Nie wymyśliliśmy jej, tak nazywa się ta inicjatywa na świecie. Też została zapożyczona, bo w pewnych środowiskach - wśród przedsiębiorców czy informatyków - tak nazywa się porażki. Jest to bardzo popularne sformułowanie i nie odbiera się go jako wulgaryzmu. Z drugiej strony nazwa jest bardzo przyciągająca i pozwala szybko nawiązać kontakt z rozmówcą. Żeby znaleźć prelegentów, bywam na różnych spotkaniach networkingowych. Kiedy podawałem swoją prywatną wizytówkę i starałem się wyjaśnić, o co chodzi, to chwilę trwało, zanim wzbudziłem zainteresowanie. Teraz mam specjalne, z nazwą spotkania. Kiedy je wręczam reakcja jest szybka. Każdy z zainteresowaniem pyta, co to jest.



Jednak w parafii na tablicy ogłoszeń informacji o spotkaniu nie wywiesi pan.



- Przy okazji konferencji InnoBaltica organizowaliśmy specjalne wydanie Fuckup Nights, na które zaprosiliśmy gości tej konferencji, a wśród nich był ksiądz Jacek Stryczek, ten od akcji "Szlachetnej paczki". Wysyłając do niego zaproszenie zastanawiałem się, co odpowie. Nie każdemu musi się to podobać. Ksiądz przyjął zaproszenie i wystąpił.



Na pierwszym spotkaniu było ok. 50 osób. Jak teraz bywa z frekwencją?



- Na styczniowym spotkaniu, które odbyło się w Gdyni było 190 osób. Przeciętnie przychodzi ok. 110 osób. Sam nie chciałem w to wierzyć, że aż tylu mamy gości, ale rozdajemy nalepki, na których uczestnicy wpisują swoje imię, więc liczymy potem, ile zeszło. Drugi wskaźnik to wyliczenia właścicieli lokali, w których organizujemy spotkania. A krążymy po całym Trójmieście. Nie chcemy wiązać się z jednym miejscem. 



To są stali bywalcy, rozpoznaje pan już twarze?


Większość spotkań jest raczej na wesoło, bo większość prelegentów już w jakiś sposób przebolała te swoje porażki i mają dystans do tego.

- Przychodzą ludzie z różnych światów. Zawsze zaskakuje nas to, że co najmniej połowa osób jest nowa. Jest też pewna grupa ludzi, którzy przychodzą dosyć regularnie. Nawet jest kilka, które może ominęły jedno czy dwa spotkania z tych 11 dotychczas, nie licząc specjalnych z okazji konferencji InnoBaltica czy InfoShare. Część postrzega nas jako kolejną imprezę startupową, a wcale tak nie jest. Owszem, zapraszamy jako prelegentów ludzi ze starupów, ale stanowią oni tylko ok. 20 proc., pozostali są po prostu przedsiębiorcami. Podobnie jest z uczestnikami. Są ludzie w różnym wieku. Sporo osób, które mają swoje doświadczenia, ale też są młodzi, którzy chcą posłuchać, jak to jest w biznesie. Być może jeszcze nie zaczęli, ale chcą wiedzieć jak jest, i jak może być. Przechowuję maila od chłopaka, który był na jednym z pierwszych spotkań. Napisał, że był wówczas tuż po swojej porażce związanej z biznesem i uważał, że chyba się do tego nie nadaje. Przyszedł na spotkanie, posłuchał, jak ludzie mówili o swoich porażkach, i że one nie muszą oznaczać końca, tylko są elementem przedsiębiorczości. Dziś działa dalej, założył kolejną firmę. 



Dla prelegentów taka spowiedź jest niczym sesja terapeutyczna.



- Część osób mówi, że chce się pokazać przed innymi, a cześć, że jest to okazja to tego, aby podzielić się swoją historią i zamknąć ją. Może określenie "sesja terapeutyczna" jest za mocne. Szukamy ciekawych historii, które wzbudzą emocje wśród słuchaczy, ale ideą Fuckup Nights nie jest samo celebrowanie błędów. Nie da się ich uniknąć, ale wyciągajmy z nich wnioski, uczmy się i wykorzystujmy tę naukę. Na spotkaniach występują przedsiębiorcy. Były też dwie osoby ze sportu i kilku przedstawicieli organizacji pozarządowych. W najbliższym czasie chciałbym zaprosić ludzi, którzy działają na pograniczu nauki i biznesu. Niestety ludzie nauki bardzo niechętnie przyznają się do porażek. Jesteśmy ciekawi, czy uda nam się to środowisko otworzyć na Fuckup Nights. 



Na spotkaniu, na którym byłam, było bardzo wesoło. A jak bywa zazwyczaj?
Jak ktoś zalicza porażkę, to zazwyczaj przez dłuższą chwilę zawiesza swoje działania. I to jest ten czas kiedy ma szansę na analizę i wnioski.



- Większość spotkań jest raczej na wesoło, bo większość prelegentów już w jakiś sposób przebolała te swoje porażki i mają dystans do tego. Choć niektórzy swoje historie opowiadali publicznie pierwszy raz. Czasem bywa poważnie i widać, że historia wciąż budzi ogromne emocje. W tych opowieściach nie musi być ogromnych liczb, to nie musi być utrata 10 mln, czasem jest to po prostu utrata zaufania do współpracownika. To wystarczy. 



Być może wasze spotkania powinny pojawić się w grafiku uczelnianych zajęć czy szkoleń dla menedżerów?



- Temat radzenia sobie z porażkami pojawia się coraz częściej. W grudniu byłem zaproszony do Ministerstwa Rozwoju jako prowadzący panel dyskusyjny na konferencji na temat porażek w biznesie. Chodziło o  międzyresortowy program skierowanym do przedsiębiorców, którzy mają kłopoty. To bardzo rozsądne podejście, przecież państwu powinno zależeć na tym, aby przedsiębiorcy wychodzili z tych problemów i aby dalej płacili podatki. Nasze spotkania pozwalają uczyć się przez doświadczenie. Uczyć się przez pracę. Tylko jeżeli nie potrafimy tego podsumować, dojść do jakiejś konkluzji, jakichś wniosków, to niczego się nie nauczymy. Zrobiłeś coś, zakończyłeś sukcesem czy porażką, nieważne. Daj sobie chwilę, przemyśl to, co się wydarzyło. Jak ktoś zalicza porażkę, to zazwyczaj przez dłuższą chwilę zawiesza swoje działania. I to jest ten czas, kiedy ma szansę na analizę i wnioski. Natomiast jak coś skończy się sukcesem to idziemy dalej, nie dajemy sobie tego czasu na refleksję. A szkoda! Niewykluczone, że po wakacjach odpalimy nową formułę, czyli spotkania, na których będziemy rozmawiali o doświadczeniach wyniesionych z udanych projektów. O tym też warto rozmawiać. 



Inicjatywa Fuckup Nights zrodziła się w Meksyku. Jak przyjęła się na polskim gruncie?



- W styczniu ub. roku odbyło się pierwsze spotkanie w Warszawie. W Trójmieście wystartowaliśmy w marcu. Przez chwilę spotykano się w Poznaniu i Łodzi. Co dwa miesiące odbywają się spotkania w Lublinie. Wciąż jestem pytany, jak to zorganizować, więc pewnie jeszcze gdzieś Fuckup Nights zagości. Spotkania są bezpłatne, organizowane są przez wolontariuszy, korzystamy z uprzejmości właścicieli sal, gdzie się spotykamy. Dzięki sponsorom mamy np. materiały promocyjne. I liczymy na kolejnych. W przygotowaniu i realizacji spotkań pracujemy we wspaniałym zespole, bez którego niemożliwe było organizowanie tak atrakcyjnych spotkań co miesiąc. Korzystając z okazji bardzo im dziękuję! 



W takim razie życzymy kolejnego rekordu frekwencyjnego i kolejnych jubileuszy.

- Dziękuję w imieniu całego zespołu i zapraszam na comiesięczne spotkania.

Opinie (13) 3 zablokowane

Dodaj opinię
Walczymy z przemocą słownąKasujemy opinie obraźliwe i nie na temat

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ważne adresy

Ludzie biznesu

Sławomir Kądziela

Od 2008 roku związany z rozwojem usług inżynierskich, serwisowych i informatycznych SESCOM SA...