stat

Na swoim. Agencja interaktywna w sieci i realu Łukasza Owerczuka

Dziś firmy oczekują kompleksowej obsługi. Nikt nie ma czasu koordynować pracy kilku agencji, jednej od katalogu, drugiej od strony internetowej i trzeciej od promocji - mówi Łukasz Owerczuk.
Dziś firmy oczekują kompleksowej obsługi. Nikt nie ma czasu koordynować pracy kilku agencji, jednej od katalogu, drugiej od strony internetowej i trzeciej od promocji - mówi Łukasz Owerczuk. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że z pasji tworzenia czasem powstają także firmy, że w relacjach z klientem najważniejszy jest dialog i spojrzenie na firmę jego oczami, a także o tym, że nie uciekniemy od... "reklam podążających" rozmawiamy z Łukaszem Owerczukiem, właścicielem Noveo Interactive. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z dr. n. med. Adamem Ziemlewskim z Impladent Medical&Dental Clinic, a już za trzy tygodnie rozmowa z Malwiną Markowską, właścicielką Kashmir Spa.


Pierwszą stronę zrobiłem, gdy jeszcze nie miałem stałego dostępu do internetu. To było bardzo dawno temu i dziś te czasy wspominam z sentymentem.

Dziś pana firma zajmuje się także tworzeniem logotypów, identyfikacją wizualną i marketingiem w internecie, ale zaczynał pan od projektowania i wykonywania stron internetowych. Wybrał pan tę branżę z powodu wykształcenia, czy...

Łukasz Owerczuk: - Z pasji. Z wykształcenia jestem ekonomistą. Grafiki i programowania uczyłem się sam. Od dziecka pasjonowało mnie tworzenie. Najpierw były klocki lego, gdy byłem starszy modelarstwo, a potem pojawił się internet, który wciągnął mnie bez reszty. Na początku projektowałem coś dla siebie, potem dla znajomych i... poszło. Któregoś dnia okazało się, że da się z tego żyć, że ludzie cenią moją pracę. Moja firma wzięła się więc z pasji tworzenia. Tym biznesem zajmuję się już od 1998 roku. Na początku pracowałem dla różnych firm na umowy zlecenia. Jednak ta działalność tak się rozwinęła, że w 2006 roku musiałem założyć firmę. Tego oczekiwali moi klienci, poza tym już nie dało się tego robić w pojedynkę. 

Jest pan w takim razie w tym biznesie - można powiedzieć - od początku.

- Tak. Pierwszą stronę zrobiłem, gdy jeszcze nie miałem stałego dostępu do internetu. To było bardzo dawno temu i dziś te czasy wspominam z sentymentem.

Kiedyś jeden z moich rozmówców stwierdził, że były to czasy, gdy wiedzę na temat internetu i komputerów czerpało się z... czasopism drukowanych.

- Dokładnie tak. Były głównie książki i czasopisma. Nie było kursów, tutoriali, szkoleń online. Można było jedynie podpatrywać realizacje innych firm, metodą prób i błędów starać się uzyskać podobny poziom. Zresztą strony spełniały wówczas zupełnie inne funkcje niż dziś. Wówczas głównie były to wizytówki firm. To były proste serwisy. Miała być animacja, ruch, żeby coś się na stronie działo.
Dziś przy projektowaniu stron internetowych stawia się na prostotę, elegancje i czytelność. Treść jest głównym aspektem, reszta jest dodatkiem, ramką.
Dziś przy projektowaniu stron internetowych stawia się na prostotę, elegancje i czytelność. Treść jest głównym aspektem, reszta jest dodatkiem, ramką. A ta ramka nie może się narzucać, nie może zakłócać odbioru treści, musi tworzyć pewną spójność z przekazem klienta. Dziesięć lat temu strona miała głównie dobrze wyglądać, dziś musi być również użyteczna i funkcjonalna. Zanim przystąpi się do projektowania serwisu trzeba określić, jaki ten serwis ma cel. Czy wizerunkowy, czy sprzedażowy, a może ma to być połączenie jednego i drugiego. Trzeba ustalić, jak pokierować internautą odwiedzającym stronę, żeby trafił tam, gdzie chce właściciel strony, właściciel firmy. Sklep internetowy na przykład musi być tak skonstruowany, aby szybko potencjalny klient mógł zamówić towar. Do tego musi być też tak przygotowany, żeby jego właściciel miał narzędzia do podtrzymania relacji ze swoim klientem. Tego kiedyś nie było, nie było tej świadomości. Teraz mamy też odpowiednie narzędzia internetowe, które są w stanie podtrzymać relację z klientem, bądź wpłynąć na jego decyzje zakupowe - np. remarketing czy marketing automation.
Na tym rynku - na szczęście - panują zasady zdrowej i uczciwej konkurencji - twierdzi Łukasz Owerczuk.
Na tym rynku - na szczęście - panują zasady zdrowej i uczciwej konkurencji - twierdzi Łukasz Owerczuk. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

Mówi pan o tych programach, które "śledzą" internautów i "podsyłają" im reklamy oraz treści zgodne z ich zainteresowaniami? 

- Tak. W wielkim skrócie tak to można określić. To są m.in. tzw. podążające reklamy. Do tego dochodzi tworzenie profili behawioralnych internauty i na podstawie ruchu w sieci wysyłanie personalizowanych reklam. To już standard. Sztuczna inteligencja, algorytmy, skrypty są w stanie podać nam taką treść, która jest zgodna z naszymi zainteresowaniami. A my wiemy, jak zrobić, aby te narzędzia działały na korzyść naszych klientów.

Śledzenie w sieci. Ludzie chyba tego nie lubią?
Szacuję, że ok. 30 proc. klientów, których mamy, to są klienci z polecenia. A takich zdobywa się bazując na długofalowych relacjach.

- W internecie każdy ruch jest śledzony. Jednak nie wszyscy użytkownicy internetu mają aż tak dużą świadomość, jak to działa, że większość reklam wyświetla im się nieprzypadkowo. Być może są tacy, którym to się nie podoba. Jednak my pracujemy na rzecz naszych klientów, a oni są zainteresowani tym, żeby skutecznie docierać z przekazem, promować i sprzedawać. My jesteśmy od tego, żeby im w tym pomóc. Zrealizować ich cele sprzedażowe. Od projektu strony internetowej, po wdrożenie i ostatecznie promocje. I chyba nam to wychodzi, bo przez te lata firma miała już ok. 800 klientów i przygotowała ok. 1200 realizacji. Są to firmy lokalne, ale są też marki działające na światowych rynkach. Udało nam się pozyskać i utrzymać klientów, którzy są z nami od lat. To jest dla mnie motor napędowy i dowód na to, że to co robimy, robimy dobrze.

Jak się zdobywa klientów?

- Trzeba dobrze wypozycjonować swoją firmę na rynku. Sami musimy mieć stronę, która przyciągnie klientów i zachęci do współpracy. Trzeba umieć przekonać do siebie. Bardzo ważny jest też dialog z klientem i wsłuchanie się w jego potrzeby oraz oczekiwania. Niezwykle ważną rzeczą jest też umiejętność spojrzenia na biznes klienta jego oczami. 

A system poleceń działa?

- Tak. Szacuję, że ok. 30 proc. klientów, których mamy, to są klienci z polecenia. A takich zdobywa się bazując na długofalowych relacjach. Jeżeli jest się uczciwym, jeżeli robi się swoją robotę z pasją, wkłada się w to serce, to nie ma możliwości, żeby biznes nie wypalił. Trzeba być przy tym pracowitym i konsekwentnym. Oczywiście dochodzi do tego masa innych czynników, bo nie jesteśmy na rynku monopolistycznym, jest konkurencja, która patrzy nam na ręce.

Bywa nieuczciwa?
(...)w tej pracy, na każdym poziomie czy kodowania, czy grafiki potrzebny jest duży dystans i zrozumienie ludzi. Staramy się przekonywać, argumentować. Czasem się nie udaje od razu.

- Nie. Nie spotkałem się z czymś takim. Raczej bardziej współpracujemy niż rywalizujemy. Czasem nawet podrzucamy sobie klientów. Na tym rynku - na szczęście - panują zasady zdrowej i uczciwej konkurencji.

Co pan woli: programowanie, grafikę czy zdobywanie klientów?

- Najbardziej lubię kontakt z klientami. Kontakty handlowe, spotkania i koordynację projektów po efekt finalny. To wymagająca część życia projektu. Najbardziej lubię, gdy klienci wracają, aby rozszerzyć to, co wspólnie wcześniej wypracowaliśmy. Nie każdy może się tym zajmować. Można być świetnym programistą, można być świetnym grafikiem, ale bez pewnych kompetencji miękkich, czyli bez umiejętności rozmawiania z ludźmi, nie można prowadzić takiej firmy. A ja lubię pracę z ludźmi. Oczywiście czasem trzeba pójść na kompromis, trzeba dostosować się do wymogów klienta, choć samemu zrobiłoby się coś inaczej. Trzeba jednak starać się zrobić tak, żeby klient był usatysfakcjonowany. A klienci bywają różni. Pierwszy typ to taki, który mówi o swoich potrzebach. To jest ten klient skory do dialogu i chętny do tego, byśmy pokierowali jego projektem tak, by przyniósł oczekiwane rezultaty. Kolejny to ten, który ma dużą wiedzę, wie czego chce, odrobił pracę domową, bądź ma już doświadczenia z innych projektów internetowych. Ma swój punkt widzenia, dużo wie, ale jest to rozmowa na poziomie profesjonalnym, bardzo merytorycznym. Kolejny typ, to ten, który wie, jak chce, słucha, ale i tak ostateczna decyzja należy do niego, a efekty później bywają różne. Dlatego w tej pracy, na każdym poziomie czy kodowania, czy grafiki potrzebny jest duży dystans i zrozumienie ludzi. Staramy się przekonywać, argumentować. Czasem się nie udaje od razu. Bardzo często jest jednak tak, że później ci klienci wracają i robimy tak, żeby było dobrze. 

Przez lata rozszerzył pan swoją działalność. Czym dziś zajmuje się firma?

- Jesteśmy agencją interaktywną. Zajmujemy się projektowaniem i wykonywaniem serwisów i sklepów internetowych, aplikacji dedykowanych oraz szeroko rozumianym marketingiem w internecie. Zajmujemy się też projektowaniem logotypów oraz identyfikacji wizualnej. Tworzymy wizerunek i tożsamość marek. Przygotowujemy wszelkiego rodzaju wizytówki, papiery firmowe, foldery czy katalogi.
Jednak bycie pracodawcą to też duża odpowiedzialność, bo głównie od mojej aktywności zależy, czy moi pracownicy będą mieli popłacone rachunki i raty kredytów.
Chodzi o całe spektrum wizerunku firmy - od logo po jego promocję w sieci i w realu. Dzięki temu ten przekaz jest spójny. Te wszystkie elementy dochodziły po drodze wraz z rozwojem firmy. Mogę powiedzieć, że rozwój w tym kierunku wymusili sami klienci. Dziś firmy oczekują kompleksowej obsługi. Nikt nie ma czasu koordynować pracy kilku agencji, jednej od katalogu, drugiej od strony internetowej i trzeciej od promocji. Całościowa obsługa wizerunku w ramach jednej agencji to też gwarancja spójnego i dopracowanego przekazu. Tu nic nie zgrzyta, bo wszystko od początku jest spójne i do siebie pasuje. 

Zaczynał pan sam, dziś jak duża jest firma?

- Na stałe zatrudniam pięć osób, do tego jest trzech stałych współpracowników. W razie potrzeby zlecamy też część zadań na zewnątrz.

Jak to jest być pracodawcą?

- Na pewno trudniej niż grafikiem komputerowym i programistą. Przez te lata różni ludzie przychodzili i odchodzili. Zawsze powtarzam, że sami wybierali, czy chcą pracować w naszym zespole. Dla mnie zawsze najważniejsze były kompetencje i przyjacielska atmosfera w pracy. Bycie pracodawcą to czasem duża satysfakcja, zwłaszcza jak ma się w zespole ludzi, którzy są od lat, razem z firmą się rozwijali. Teraz jak patrzymy wstecz na to co było, co jest teraz i jakie mamy plany, to się uśmiechamy z satysfakcją. Jednak bycie pracodawcą to też duża odpowiedzialność, bo głównie od mojej aktywności zależy, czy moi pracownicy będą mieli popłacone rachunki i raty kredytów. Koszty pracy, podatki, to duże obciążenia dla każdej działalności, a płynność finansowa to podstawa.

Skoro jesteśmy przy finansach. Czy korzystał pan z kredytów, unijnych dotacji?

- Skorzystałem z dotacji z urzędu pracy na rozpoczęcie działalności gospodarczej, nic więcej. Nie miałem innej potrzeby zewnętrznego finansowania. Być może dlatego, że wolę dochodzić do wszystkiego małymi krokami. Oczywiście mam czasami zapędy, żeby ostro ruszyć do przodu. Jednak duży biznes pochłania też dużo czasu i trzeba się wówczas poświęcić temu w całości. A wówczas zawsze jest to kosztem rodziny. Miałem taki moment w życiu, kiedy cała para szła na prowadzenie firmy, ale teraz wiem, że rodzina jest ważna, czas dla siebie również. Małymi krokami do przodu, zawsze można przyspieszyć, ale na razie jednak bardziej potrzebują mnie moi synowie. Większy biznes to też większa odpowiedzialność. Kto co lubi. Mam wyznaczony cel, ale jest on na miarę, którą da się ogarnąć, tak, żeby się nie pogubić. Przy dobrej organizacji pracy da się to zrobić i zostaje czas dla siebie i dla rodziny.
Miałem taki moment w życiu, kiedy cała para szła na prowadzenie firmy, ale teraz wiem, że rodzina jest ważna, czas dla siebie również. Małymi krokami do przodu (...)

Może w przyszłości synowie włączą się w budowanie firmy i wówczas będzie można przyspieszyć?

- Często o tym myślę. Nie chcę absolutnie im tego narzucać, ale gdyby chcieli, to byłbym szczęśliwy. Mam trzech synów, zawsze istnieje możliwość, że choć jeden pójdzie moją drogą.

Co pana zaskoczyło w byciu przedsiębiorcą?

- Nie było sytuacji, o których powiedziałbym, że mnie zaskoczyły. Czasem zdarzało się, że klient wycofywał się, choć wydawało się, że współpraca układa się dobrze. Na szczęście w takich momentach udaje się porozumieć i nikt nie ma do nikogo pretensji. Sytuacje są różne, czasem zmieni się kierownictwo firmy i trzeba zweryfikować plany, a innym razem zmienia się koncepcja lub brakuje środków na dokończenie projektu. Czasami klienci nie płacą, ale to też jest wpisane w naturę prowadzenia każdego biznesu. 

Wiele takich sytuacji się zdarzyło?

- Kilka razy tak. To są trudne chwile, zwłaszcza gdy praca jest już wykonana. Jednak tak, jak już mówiłem, dla mnie podstawą jest dialog. Z każdym można się dogadać. Jeżeli brakuje dobrej woli oczywiście są narzędzia, prawo do wyegzekwowania należności. Na szczęście nam do tej pory udaje się polubownie rozwiązywać takie sprawy i zdarza się to bardzo rzadko. 

Czy jest pan w stanie wejść na stronę internetową i nie zawiesić na niej oka jako fachowiec?
Jednak samo stworzenie serwisu to jest jedno, do tego dochodzi kwestia jego zabezpieczenia, obsługi, konsultacji, promocji, wszystkiego tego co sprawia, że ta usługa jest kompletna.

- Nie. Zawsze patrzę przez pryzmat mojej działalności, nawet gdy odwiedzam strony w internecie prywatnie. Tego nie da się się wyłączyć. Zawsze patrzę i analizuję. Podpatruję, jak coś jest wykonane, jak wygląda ścieżka zakupu, nawet gdy kupuję bilety do kina. Chodzę też bardzo często po stronach internetowych w poszukiwaniu inspiracji. Zapisuję dobre pomysły, ale również robię notatki, gdy coś jest nie tak. Potem konsultujemy w naszym zespole projektowym, jak coś można wykorzystać, albo jak nigdy czegoś nie robić. Dla mnie to jest pasja, ja to lubię. To jest część mojego świata.

Pan zaczynał, gdy internet raczkował, a czy dziś ktoś nowy miałby szansę zaistnieć na tym rynku?

- Nie analizuję tego, ale na pewno dziś jest niższa stopa wejścia w sam biznes z uwagi na to, że jest masa szkoleń w internecie, są środki na działalność, są bardziej dostępne narzędzia i warunki. Prawie każdy może usiąść i realizować serwisy internetowe. Jednak samo stworzenie serwisu to jest jedno, do tego dochodzi kwestia jego zabezpieczenia, obsługi, konsultacji, promocji, wszystkiego tego, co sprawia, że ta usługa jest kompletna. A tu liczy się już doświadczenie i wiedza, które nabywa się z czasem. Zdarzają się klienci, którzy decydują się na współpracę z początkującymi na rynku, bo może jest trochę taniej, bo przecież każdy to może zrobić, a potem dochodzi do ataku na stronę, coś przestaje działać, telefon wykonawcy milczy i trzeba szukać ratunku. Cóż, Polak mądry po szkodzie. Kiedy zaczynałem, brakowało tego całego wsparcia, Internet raczkował, więc było trudniej. Faktycznie była też mniejsza konkurencja. Jednak ja - jak już mówiłem - zanim założyłem firmę i zdecydowałem się zatrudnić ludzi, to najpierw sam pracowałem na siebie. Zbierałem doświadczenia, budowałem renomę u klientów. Z chwilą zarejestrowania firmy nie musiałem zaczynać od zera. 

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Opinie (29)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
12.12.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane