stat

Na swoim. Agencja reklamy według przepisu Magdaleny Rudzińskiej-Młynarskiej

W marketingu internetowym efektywność jest policzalna niemal w stu procentach, to są liczby których nie da się oszukać. Nie ma tu miejsca na dywagacje, czy kampania jest dobra czy słaba - to po prostu widać na wykresach - mówi Magdalena Rudzińska-Młynarska.
W marketingu internetowym efektywność jest policzalna niemal w stu procentach, to są liczby których nie da się oszukać. Nie ma tu miejsca na dywagacje, czy kampania jest dobra czy słaba - to po prostu widać na wykresach - mówi Magdalena Rudzińska-Młynarska. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl

O tym, że reklama jest skuteczna, gdy jest poparta analizą, bo to praca na liczbach, a nie odczuciach i obrazkach, że "samotność na szczycie", nawet gdy jest to całkiem niewysoki szczyt, bywa męcząca, a także o tym, że dobra materialne nie są najważniejsze, bo... tak wychodzi z obliczeń rozmawiamy z Magdaleną Rudzińską-Młynarską, właścicielką firmy Avocado Grupa Reklamowa. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy ze Stefanią Stachowską i Michałem Stachowskim, producentami kremów naturalnych Zaspa. Kolejny wywiad już za miesiąc.



Dlaczego Avocado?
Nie miałam za bardzo pomysłu, jak zdobywać klientów. Pamiętam, że marzyłam o tym, żeby mój telefon stale dzwonił. Dziś trudno mi w to uwierzyć.

Magdalena Rudzińska-Młynarska: - Ponieważ jest na "A", a ja zakładałam firmę w czasach książek telefonicznych. Chodziło o to, żeby być na początku listy (wtedy wiele ogłoszeń zaczynało się od "Aaaaaby kupić..."). Wymyśliłam wówczas kilkanaście górnolotnych nazw, typu Arteria, Adagio i byłam bardzo rozczarowana, że nikomu oprócz mnie się te pomysły nie podobają. Któregoś dnia znajomy dał mi do spróbowania awokado i... polubiłam je. Ciekawy smak, wówczas bardzo egzotyczny i wdzięczne brzmienie. Ta nazwa intrygowała, zwłaszcza w czasach, w których królowały waldeksy i zbych-budy. Dobra nazwa powinna być prosta i łatwa do zapamiętania. Ta była również świeża. Nazwy przekombinowane lub powstające przez połączenie imion właścicieli są kuszące, ale wychodzą z tego najczęściej łamańce, które są kompletnie nie do zapamiętania.

Od kiedy jest pani "na swoim"?

- Prawie od zawsze, bo miałam zaledwie 23 lata jak założyłam działalność. To było ponad 17 lat temu. Na etacie byłam krótko. Jako bardzo młoda osoba przez dwa lata pracowałam w restauracji. Tam nauczyłam się angielskiego, ale nie tylko. Właścicielami byli obcokrajowcy, nie mówiący po polsku. Zatem - oprócz chodzenia z tacą - pomagałam im także załatwiać formalności: sprawy księgowe, urzędowe (najtrudniejsze były formularze GUS), wizy dla pracowników, rekrutacje, a przy okazji uczyłam się prowadzenia małego przedsiębiorstwa. Nie płacono mi za to dodatkowo, ale dla mnie oznaczało to pewien progres. Nadal wolę podejmować nowe wyzwania niż zarabiać w sposób rutynowy, niezależnie od profitów. Kilka osób które tam pracowały razem ze mną, jako kelnerzy czy kelnerki, po kolejnych 10 latach spokojnie robiło to samo z równą satysfakcją. Ja tak nie potrafię.

Kolejny krokiem była własna firma.
Stabilność udało mi się uzyskać po roku czy dwóch, gdy nawiązałam współpracę ze spółką, którą prowadził znajomy
.
- Odejście z restauracji to nie była łatwa decyzja, bo ta praca zapewniała mi finansową niezależność. Bardzo wcześnie zamieszkałam sama - już jako osiemnastolatka. W tamtych czasach było to jedno z niewielu zajęć, dzięki któremu w tym wieku i bez szczególnych kwalifikacji mogłam zarobić na wynajem mieszkania i życie na normalnym poziomie, bo razem z napiwkami zarabiałam około czterokrotność ówczesnego minimalnego wynagrodzenia. Jednak już po roku zaczęłam się tym zajęciem nudzić, a po dwóch miałam zupełnie dość. Z restauracji trafiłam na ponad pół roku do jednej z pierwszych w Trójmieście firm, zajmujących się tworzeniem stron internetowych - także prowadzonej przez obcokrajowca. Młody francuskojęzyczny szef brutalnie zderzył się z polskimi realiami i wkrótce zamknął działalność. Mnie jednak się spodobała ta branża i trudno mi się było pogodzić ze zmianą. Mój chłopak był grafikiem komputerowym. Jeszcze jak pracowałam w restauracji to robiliśmy razem wizytówki i ulotki reklamowe. Wybór branży był zatem naturalny. Odkupiłam od byłego szefa aparat cyfrowy - wówczas cud techniki, wyremontowaliśmy budynek gospodarczy i tak się to zaczęło. W wieku 23 lat miałam kilkuletni staż pracy, ale żadnego konkretnego wykształcenia, więc miałam dwa wyjścia: albo pójść gdzieś do pracy za niewielkie pieniądze na mało ciekawe stanowisko, albo zrobić coś swojego. Wybrałam to drugie rozwiązanie. Wykształcenie uzupełniałam później.

Jaki były te początki?

- Nie miałam za bardzo pomysłu, jak zdobywać klientów. Pamiętam, że marzyłam o tym, żeby mój telefon stale dzwonił. Dziś trudno mi w to uwierzyć. W urzędach było wtedy o wiele trudniej cokolwiek załatwić niż dziś. Teraz osoby pracujące w UM, ZUS czy US są zwykle miłe, pomocne i otwarte na kontakt. 17 lat temu przedsiębiorca często czuł się w urzędzie jak podejrzany element, nieudacznik i natręt. Nieumiejętność samodzielnego wypełnienia wielostronicowego formularza, z użyciem przeróżnych kodów i nieużywanych na co dzień sformułowań, była traktowana jak analfabetyzm. Najtrudniej jednak było znaleźć pieniądze na comiesięczne składki ZUS. Zwłaszcza pierwszy rok był trudny. Co miesiąc przed 10. ten sam problem. To był największy stres tamtego czasu i główny koszt.
Już nie pytaliśmy, czy klient woli stronę www zieloną czy różową, tylko pytaliśmy, do czego jej potrzebuje (...)

Wówczas nie było ulg dla początkujących czy unijnych programów.

- Niczego takiego nie było, młodzi przedsiębiorcy walczyli o przetrwanie samodzielnie. Stabilność udało mi się uzyskać po roku czy dwóch, gdy nawiązałam współpracę ze spółką, którą prowadził znajomy. Zajmowaliśmy się głównie przygotowywaniem i zlecaniem materiałów do druku: zbieraliśmy zamówienia, przygotowywaliśmy projekty i zlecaliśmy produkcję w zaprzyjaźnionych drukarniach w dobrej cenie. Taniej było wydrukować cztery ulotki razem niż każdy nakład osobno, więc tam mieliśmy miejsce na marżę. Moje Avocado stanowiło wtedy dział projektów indywidualnych. Ponieważ znajomy zaangażował się w biznes w innej branży, po kolejnych kilku latach współpracy doszliśmy do porozumienia i przejęłam tę firmę, nadając jej swoją nazwę. Wówczas była to już nieźle prosperująca agencja reklamowa. Głównie zajmowaliśmy się poligrafią (wizytówkami, ulotkami, kalendarzami), powoli zwiększała się liczba zamówień na strony internetowe, ale początkowo było tego niewiele. To były pierwsze lata internetu: Netscape Navigator, ICQ, Yahoo; Google dopiero się rozkręcało.

O stronach internetowych myślały wówczas tylko duże firmy i pasjonaci innowacji?
Okazuje się, że nie jesteśmy agencją dla każdej firmy. Jesteśmy dla tych, którym bardziej zależy na efektywności niż efektowności działań reklamowych.

- Tak. Rozwój internetu stworzył w branży reklamowej nowe możliwości. Jak wspomniałam, nie lubię długo robić tego samego. Dosyć szybko przestało mi dawać satysfakcję wykonywanie zleceń dla klienta według wytycznych, zanotowanych przez handlowca: "chcę czerwoną ulotkę, tu zdjęcia, tam tekst, a tu ramka". Zaczęłam pytać klientów, jakie cele chcą zrealizować za pomocą reklamy. Okazało się, że często zamawiane projekty nie były adekwatne do oczekiwań, jakie miały spełniać. Wykorzystując rosnące doświadczenie i wiedzę z gdańskiego Studium Reklamy, które skończyłam w trakcie prowadzenia agencji, starałam się doradzać, jakie formy reklamy najlepiej sprawdzą się w danej branży. W ten sposób powoli zaczęliśmy przenosić ten ciężar naszej działalności z poligraficznej na strategiczną. Już nie pytaliśmy, czy klient woli stronę www zieloną czy różową, tylko pytaliśmy, do czego jej potrzebuje, jaki cel chce realizować i staraliśmy się mu doradzać, w jaki sposób to zrobić. Oczywiście non-profit. To okazało się znacznie ciekawsze i nadal mi się nie nudzi, bo każda firma jest inna i o każdej warto pomyśleć indywidualnie. Ponadto specyfiką agencji reklamowej jest to, że można dotykać wielu branż, wchodzić w wiele przedsiębiorstw, a to jest szalenie ciekawe. Przez te lata pracowaliśmy dla branży telekomunikacyjnej, turystycznej, kosmetycznej, medycznej, spożywczej, logistycznej, a w tej chwili pracujemy głównie dla branży deweloperskiej. Każdą z tych gałęzi trzeba było poznać, żeby świadczyć dla nich profesjonalne usługi, stanowiące inwestycję a nie koszt. Okazuje się, że nie jesteśmy agencją dla każdej firmy. Jesteśmy dla tych, którym bardziej zależy na efektywności niż efektowności działań reklamowych. Stawiamy skuteczność ponad widzimisię i wyniki analiz ponad domniemania.
Obserwowałam w swoim życiu zawodowym sporo startupów i obecnie jestem przekonana, że wiara w to, że dane przedsięwzięcie nam się powiedzie jest bardzo pomocna i wręcz niezbędna, ale nie może być jedyną składową nowego biznesu - mówi Magdalena Rudzińska-Młynarska.
Obserwowałam w swoim życiu zawodowym sporo startupów i obecnie jestem przekonana, że wiara w to, że dane przedsięwzięcie nam się powiedzie jest bardzo pomocna i wręcz niezbędna, ale nie może być jedyną składową nowego biznesu - mówi Magdalena Rudzińska-Młynarska. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl

Taka agencja od sytuacji kryzysowych?
Jeżeli proces wnioskowania przebiega sprawnie, można zyskać bezcenną wiedzę na temat rezultatów realizacji strategii marketingowych w praktyce.

- Także. To może nie zabrzmi dobrze, ale najbardziej lubię, gdy klient przyjdzie z realnym problemem, bo jego rozwiązanie z reguły przynosi policzalne skutki i daje niezwłoczną satysfakcję. Wobec konkretnego zadania biznesowego, np. odpowiedzi na aktywność konkurencji, wprowadzenia nowego produktu czy potrzeby wzrostu sprzedaży, nasza skuteczność jest najbardziej potrzebna. Trudniej jest, gdy klient przychodzi i mówi, że coś by zmienił, bo mu się znudziło (logo, folder, strona www), ale nie wie właściwie co. Wiele agencji reklamowych pracuje głównie, jak to nazywam, na "obrazkach", na kryteriach: ładne - brzydkie; my wolimy pracować na liczbach - na wynikach. Większość kampanii reklamowych można oprzeć na konkretnych, sprawdzonych algorytmach, począwszy od procesów percepcyjnych odbiorców, poprzez odpowiednie proporcje w budżetach, a skończywszy na śledzeniu wskaźników skuteczności.

Właśnie, algorytmy. Zaczęło się od poligrafii, potem doszedł Internet, dziś mamy urządzenia mobilne. Ciągle trzeba być na bieżąco.

- Reklama musi nadążać za technologią. W dużej mierze jestem samoukiem i to co umiem, co wiem, jest wynikiem tego, co sama wywnioskowałam, mając przyjemność długookresowego towarzyszenia moim klientom. Zwykle rozpoczynamy pracę z marką od strategii komunikacji, nazwy, podstawowych elementów identyfikacji wizualnej, jak logo, wizytówki, akcydensy; potem robimy stronę internetową, materiały drukowane (foldery, ulotki), planujemy i wdrażamy kampanię reklamową w internecie, przestrzeni publicznej (tablice reklamowe, banery) itd., a następnie obserwujemy jak te rozwiązania funkcjonują na rynku, pozostając w stałym kontakcie z klientem. Jeżeli proces wnioskowania przebiega sprawnie, można zyskać bezcenną wiedzę na temat rezultatów realizacji strategii marketingowych w praktyce. Żeby lepiej zrozumieć, jak działa komercyjna komunikacja, poszłam na studia psychologiczne, zaliczając także moduły psychologii organizacji i twórczości. Potem jeszcze przez dwa lata studiowałam podyplomową seksuologię.
W szkole byłam dobra z dwóch przedmiotów: z polskiego i matematyki. Obecnie najczęściej mówię, piszę i liczę.

Seksuologię?

- Przeczuwałam, że po psychologii nie zostanę prawdopodobnie typowym psychologiem klinicznym, tym bardziej psychoanalitykiem, bo to się wiąże z wieloletnimi terapiami, a ja lubię szybkie efekty. Jestem osobą typowo zadaniową. Lubię, gdy ktoś przychodzi z konkretnym problemem, a mnie udaje się ten problem rozwiązać. Seksuologia wydała mi się dziedziną, do której pasuje model terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach (tzw. TSR), który mi odpowiada. TSR polega na osiąganiu celu poprzez koncentrację na możliwościach i mocnych stronach klienta. Większość uwagi kieruje się nie na przeszłość, a na teraźniejszość i przyszłość. Puszczając oko - to prawie to samo co marketing. Nie wiem, czy kiedyś faktycznie zajmę się seksuologią, ale zawsze mam taką możliwość. Tak czy owak, psychologia bardzo się przydaje w mojej pracy. Łatwiej mi zrozumieć procesy poznawcze i emocjonalne, związane z przekazem reklamowym, łatwiej też odczytać potrzeby mojego klienta i klienta mojego klienta, czyli grupy docelowej. Ostatecznie najważniejsza w mojej pracy jest czysta analiza, czyli twarde liczby, ale trzeba mieć pojęcie, z czego one wynikają. W szkole byłam dobra z dwóch przedmiotów: z polskiego i matematyki. Obecnie najczęściej mówię, piszę i liczę. Moim zadaniem na tym etapie prowadzenia firmy jest, poza koordynacją działań zespołu, przede wszystkim doradztwo, tworzenie strategii oraz analityka, czyli badanie skuteczności reklam i wykorzystywanie efektów tej wiedzy do ewaluacji planu marketingowego. W marketingu internetowym efektywność jest policzalna niemal w stu procentach, to są liczby których nie da się oszukać. Nie ma tu miejsca na dywagacje, czy kampania jest dobra czy słaba - to po prostu widać na wykresach. Domyślać można się tylko przyczyn danego wyniku - i tu przydaje się doświadczenie.
Najgorzej, gdy decyzja opiera się na stwierdzeniu typu: "bo żona powiedziała, że to nie w jej guście".

Jednak zanim tabele zapełniły się liczbami, trzeba było zaryzykować, czasem zrobić coś na wyczucie, czasem kosztem błędów.

- Błędy to podstawowe narzędzie nauki. Zwłaszcza, gdy człowiek przeciera biznesowe szlaki i w dużej mierze uczy się sam. Teraz, pomimo że nie mam typowego wykształcenia marketingowego, gdy sięgam po fachowe opracowania z tej dziedziny, z reguły okazuje się, że dzięki praktyce doszłam do tych samych wniosków. Nawet jeżeli nie wiedziałam, że jakaś metoda została wcześniej opracowana, często okazywało się, że stosowałam ją w praktyce; po prostu tak wynikało z logicznego wnioskowania. Jednak nie myli się ten, co nic nie robi, zatem zawsze trzeba się liczyć z marginesem błędu - statystycznego, ale i zwykłego, ludzkiego. Jako agencja reklamowo-marketingowa towarzyszymy naszym klientom zarówno w sukcesach, jak i konsekwencjach błędnych decyzji, które zdarzają się każdemu przedsiębiorstwu - od jednoosobowej działalności aż po wielkie spółki akcyjne.

Jak zatem łączyć teorię z praktyką?

- Od 7 lat prowadzę zajęcia na Uniwersytecie Gdańskim ze strategii marki i komunikacji. Zostałam zaproszona jako praktyk, by uzupełniać (wraz z innymi specjalistami w dziedzinie marketingu) pozyskiwaną tam przez studentów podyplomowych wiedzę teoretyczną. Okazuje się, że jest to niezbędne, by dobrze przygotować się do pracy w branży reklamowej. Praktyka czyni mistrza. Gdy wykonuję analizę np. porównawczą skuteczności różnych kampanii, potrafię zniknąć z eteru na trzy dni. Im głębiej wchodzę, tym jest ciekawiej. Można bardzo wiele dowiedzieć się o potrzebach i zachowaniach ludzkich z samych statystyk, z danych liczbowych. To jest sterylne dotknięcie rezultatów praktyki marketingowej, pozbawione zbędnych dywagacji.
Takim trudnym momentem był kryzys w 2008 roku, kiedy padło mnóstwo firm. Praktycznie z dnia na dzień potraciliśmy większość klientów.

Wiedza o kliencie naszego klienta to jedno, a wiedza o kliencie? Czy trudno czasem wytłumaczyć, że może jednak nie ta... "czerwona ulotka, tu zdjęcie, tam tekst, a tu ramka"?

- To jest ciężki temat. Chciałabym, żeby moi klienci, zwłaszcza osoby zarządzające firmami, były skłonne spojrzeć na reklamę oczami swoich klientów. Nie można decydować o projekcie na zasadzie: jest dobry, bo mi się podoba. Jeżeli prezes ma lat 50, a produkt jest skierowany do osoby 30-letniej, to tak naprawdę nie ma większego znaczenia, czy jemu projekt się podoba. Ważne jest, żeby precyzyjnie trafił do odbiorcy produktu. Ryzykowne jest też także poddawanie koncepcji ocenie pracowników czy znajomych, ponieważ oni także często patrzą na projekt subiektywnie, a nie zawsze są tożsami z grupą docelową. Najgorzej, gdy decyzja opiera się na stwierdzeniu typu: "bo żona powiedziała, że to nie w jej guście".

Z tym trudno dyskutować, choć pewnie trzeba.

- Trzeba. Szefowie firm nie mają większego problemu, żeby kwestiami finansowymi zajął się dyrektor finansowy, a personalnymi specjalista od HR. Gorzej z reklamą. Wielu wydaje się, że się na tym zna, jak na polityce i medycynie. Ludzie mają do projektów reklamowych stosunek częściej emocjonalny niż racjonalny, a szkoda, bo marketing to część biznesu, pochodna ekonomii a nie fajerwerki.

Pani firma działa prawie od 18 lat. Po drodze wyrosła silna konkurencja, zwłaszcza warszawska. Pewnie niełatwo rywalizować?

- Jesteśmy, wg mojej wiedzy, jedną z trzech agencji reklamowych, która tak długo funkcjonuje w Trójmieście. Z doświadczenia wiem, że prowadząc biznes lokalny, warto zatrudnić lokalną agencję. Tak jest np. z branżą deweloperską, w której się specjalizujemy. Inaczej sprzedaje się nieruchomości w Warszawie, inaczej w Trójmieście i tę specyfikę trzeba znać. Tam decyzje o zakupie mieszkania podejmuje się szybciej, u nas klienci rozważają nabycie lokalu ostrożniej. Te i inne różnice deweloper spoza Trójmiasta powinien uwzględnić, by uniknąć zbędnych kosztów. Agencji funkcjonującej w środowisku grupy docelowej łatwiej do takiego klienta dotrzeć. Jednak, mówiąc o rywalizacji na rynku, przez tych prawie 20 lat nie obyło się bez mielizn. Takim trudnym momentem był kryzys w 2008 roku, kiedy padło mnóstwo firm. Praktycznie z dnia na dzień potraciliśmy większość klientów.
Łatwiej byłoby mi to zamknąć i zacząć robić coś innego w momencie prosperity niż zrezygnować w trudnym momencie i dać się pokonać.

Jak się tnie koszty, to zaczyna się od reklamy.

- Niestety tak, choć jest to ślepa uliczka. W tamtym momencie wiele podopinanych już kontraktów zostało wycofanych, wiele umów - wstrzymanych lub ograniczonych. Nie wiadomo było, co będzie dalej i jak długo to potrwa. Dla mnie to był paskudny czas, natomiast bardzo fajnie, solidarnie zachowali się wówczas ludzie z którymi pracowałam. Musiałam im powiedzieć, że nie mamy środków, by płacić tyle, ile do tej pory, więc albo się wszyscy godzimy, że przez jakiś czas będzie mniej pieniędzy, albo znikamy z rynku. Pozostanie w firmie wymagało wtedy sporo wzajemnego zaufania. Z drugiej strony wszędzie były redukcje etatów i nie bardzo było dokąd pójść. Trzy miesiące były naprawdę ciężkie. Pożyczałam na wynagrodzenia i wypatrywałam światełka w tunelu. Odbijaliśmy się od dna przez ponad rok, ale przetrwaliśmy. Wtedy postanowiłam, że trzeba starannie przyjrzeć się najlepiej funkcjonującym podmiotom gospodarczym, aby znaleźć dla siebie miejsce na rynku. Przeszukałam internet, żeby sprawdzić jakie branże są najbardziej dochodowe w województwie pomorskim i wyczytałam, że pierwsze trzy miejsca zajmują: logistyka, budowlanka i deweloperka. Padło na deweloperkę, bo z tych trzech to była jedyna gałąź, zmuszona do kierowania komunikatu reklamowego do klienta detalicznego, zatem z najwyższymi budżetami reklamowymi. Skupiliśmy się na tym i to był dobry strzał. Sprawdziła się strategia, oparta na kilku cyfrach.

Czy w tym 2008 roku nie chciała pani zrezygnować? Jak reagować na kryzysy będąc przedsiębiorcą?

- Przyznaję, że wówczas trochę nie miałam wyjścia, bo gdy cały rynek chwieje się w posadach to trudno o alternatywę. U mnie w tym 2008 zadziałała chyba też przekora. Łatwiej byłoby mi to zamknąć i zacząć robić coś innego w momencie prosperity niż zrezygnować w trudnym momencie i dać się pokonać. Myślę, że odcisnęłoby to na mnie na paskudne piętno porażki następne lata. Natomiast jest jeszcze inna kwestia. Nie jest łatwo, szczególnie w takich okresach, prowadzić firmę bez współodpowiedzialności np. zarządu czy chociażby wspólnika. Mam szczęście pracować z fantastycznymi, lojalnymi i zaangażowanymi we wspólny sukces ludźmi, którzy współtworzą Avocado, którzy chętnie pomagają zarówno sobie wzajemnie jak i mnie, ale ostatecznie te najtrudniejsze decyzje trzeba podjąć samej. Ta "samotność na szczycie", nawet gdy jest to całkiem niewysoki szczyt, to jest coś, co na dłuższą metę znacząco wpływa na sposób myślenia, reagowania i odczuwania otaczającej nas rzeczywistości.

A ma pani jakieś rady dla początkujących przedsiębiorców?

- Obserwowałam w swoim życiu zawodowym sporo startupów i obecnie jestem przekonana, że wiara w to, że dane przedsięwzięcie nam się powiedzie jest bardzo pomocna i wręcz niezbędna, ale nie może być jedyną składową nowego biznesu. Jeśli mam doradzić w tym obszarze, to oprę się na tym, w czym jestem dobra i powiem, że oprócz epatowania entuzjazmem, warto umieć liczyć.
Jestem żywym przykładem, że da się wychowywać dzieci, studiować i prowadzić firmę, a nawet "po drodze" wybudować dom - to jest możliwe.
Projekt musi być dostosowany do rzeczywistości, nawet jeśli w założeniu ma ją zmieniać. Ekscytując się nagłośnionymi historiami sukcesu, należy pamiętać, że o tych firmach, którym się nie powiodło, nie pisze się w gazetach. Warto też spojrzeć w statystyki - nie po to, żeby się zniechęcić, tylko po to, żeby właściwie ocenić ryzyko i realnie oszacować wszystkie koszty. Nie warto też fiksować się na swoim wyobrażeniu, jak klient powinien być obsłużony; to klient ma nam powiedzieć w jaki sposób chce być obsługiwany, a my możemy w to wejść lub nie. Kolejna sprawa to rodzina. Myślę, że nie wolno z niej rezygnować tylko na rzecz kariery zawodowej.

Pani coś o tym wie, bo oprócz agencji ma pani też troje dzieci.

- Niełatwo, ale da się to pogodzić. Ważne jest znalezienie równowagi, żeby nie przegiąć w żadną stronę. Czasem żartuję, że moje dzieci były powciskane w harmonogram: środa w pracy, czwartek na porodówce, piątek pod telefonem, w sobotę odrabianie zaległości w skrzynce odbiorczej na laptopie - bo noworodek dużo śpi, to czemu nie. Jestem żywym przykładem, że da się wychowywać dzieci, studiować i prowadzić firmę, a nawet "po drodze" wybudować dom - to jest możliwe. W 2001 roku założyłam firmę, w 2003 roku urodziłam pierwsze dziecko, w 2004 zaczęłam studiować, w 2005 urodziłam kolejne, zgodnie z planem, tuż przed sesją egzaminacyjną. Nie było mowy o urlopie dziekańskim, macierzyńskim czy nawet kilkutygodniowej przerwie w pracy. Na sali wykładowej musiałam siedzieć bokiem, bo brzuch mi się nie mieścił między oparciem krzesła a pulpitem, a dwa tygodnie później mąż dowoził mi niemowlaka do karmienia na zajęcia. W pracy ćwiczyłam synchronizację ruchów: bujania fotelika stopą, przytrzymywania telefonu ramieniem i klikania w klawiaturę. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie byłam zmęczona. Dziś jednak mam wspaniałe dzieci i jestem spełniona zawodowo, znajduję też chwile na konie, basen i książkę. I jestem pewna, że dobra materialne nie są najważniejsze. Tak mi wyszło z obliczeń.
Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (61)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najczęściej czytane