stat

Na swoim. Duchowa położna, gabinet terapii według Marzeny Szareckiej

Psychoterapia to jest absolutnie zawód dla mnie. To jest to coś, co będę robiła do bardzo późnej starości - mówi Marzena Szarecka.
Psychoterapia to jest absolutnie zawód dla mnie. To jest to coś, co będę robiła do bardzo późnej starości - mówi Marzena Szarecka. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że czasem droga do wymarzonej pracy bywa długa, ale warto ją przejść, zwłaszcza gdy na końcu trafiamy do celu, że warto zadać sobie czasem pytanie "co ja mam robić, do czego się nadaję?" i poczekać na odpowiedź, a także o tym, że w czasach mediów społecznościowych i komunikatorów ludzie rozpaczliwie potrzebują relacji z drugim człowiekiem, rozmawiamy z Marzeną Szarecką, prowadzącą Ośrodek Psychoterapii Integratywnej. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Anną Brodecką, prezesem firmy Sineo. Kolejny wywiad już za miesiąc.


Człowieka nie można traktować ogólnie, jego trzeba traktować absolutnie indywidualnie. Już wtedy wiedziałam też, że człowieka trzeba traktować jako całość.

Jedni zostają psychoterapeutami, bo taką drogę edukacji i zawód wybrali. Innych do tej profesji prowadzi życie. Jak było w pani przypadku?

Marzena Szarecka: - Jestem tym drugim przypadkiem. Moja droga była długa i kręta. Głównym czynnikiem sprawczym moich poszukiwań była taka głęboka chęć i potrzeba pracowania do bardzo późnej starości. Wiem, że to może dziwnie brzmi, ale od zawsze miałam założenie, że nie chcę pracować tylko do 60 czy 70, że chcę pracować, ile się da. Czasem mówię, że mogłabym wyjść z pracy i umrzeć, czyli pracować do końca. Wiedziałam więc, że nie mogę być np. pielęgniarką, bo to ciężka fizyczna praca, chociaż miałam epizod medyczny w swoich poszukiwaniach, bo mało co nie zostałam położną. Życie jednak pchnęło mnie do biznesu. Przez ładnych parę lat pracowałam jako handlowiec. Za biurkiem i w terenie negocjowałam kontrakty i kierowałam zespołem. Były to różne etapy i szczeble. Ta praca wiele mnie nauczyła w kontakcie z człowiekiem. Trzeba było odgadnąć, jakie ten człowiek, klient ma potrzeby, czego pragnie, co jest jego priorytetem.

Mówi się, że dobry handlowiec musi być choć trochę psychologiem.

- Myślę, że tak jest. Jest oczywiście szkoła handlowania, która mówi, że sprzedamy wszystko, bo ludzie mają takie potrzeby. Jest też taka, z której ja się wywodzę, mówiąca, że człowiek kupi tylko u danego człowieka. On ma potrzebę, ale wybierze człowieka, u którego chce kupić, bo ma to dla niego znaczenie. To był ten stary handel i ja pamiętam te czasy. Teraz jest już inaczej, jest to bardziej bezosobowe. Kiedy zawierałam umowy z klientami, kiedy negocjowałam kontrakty, przekonałam się, że nie jest ważne co, ważne z kim. Dzięki temu zrozumiałam, że człowieka nie można traktować ogólnie, jego trzeba traktować absolutnie indywidualnie. Już wtedy wiedziałam też, że człowieka trzeba traktować jako całość. Gdy szłam coś sprzedać czy zawrzeć z kimś umowę, chciałam wiedzieć, czy on ma dzieci, jakie ma pasje, co go interesuje i tak też się odbywały te wszystkie moje negocjacje. Budowałam relacje. To nazywam tym starym, dobrym handlem, gdzie człowiek miał znaczenie.
Wierzę, że jesteśmy absolutnie podłączeni pod coś, co nas prowadzi, i jeżeli tylko uważnie wsłuchamy się w to, co się dzieje wokół nas, to rzeczywiście wybierzemy te najwłaściwsze dla siebie drogi.

A co z tym epizodem jako położna?

- To było jeszcze zanim zostałam handlowcem. Stwierdziłam, że mam łatwość obcowania ze wszystkim, co jest związane z człowiekiem i jego fizjologią, z jego odruchami, ciałem. Fascynował mnie też sam poród, ten akt przejścia z łona matki do samodzielnego życia, więc zapisałam się do szkoły na Klinicznej. Studiowałam dwa lata, niestety musiałam zrezygnować z przyczyn zdrowotnych. Dość często wspominam tę uczelnię i praktyki w szpitalu. Dzisiaj te doświadczenia wykorzystuję, bo też pracuję z ciałem, bo u mnie w gabinecie ludzie po traumach też się czasem rodzą, ale duchowo. Ludzie muszą mi się powierzyć. Jestem więc trochę taką duchową położną. Jest też taka dyscyplina, która zajmuje się przeprowadzaniem człowieka powtórnie przez poród. Gdybym została położną, pod pewnymi względami byłoby pewnie prościej, bo ludzkie dusze bywają bardziej skomplikowane niż ciało. Chociaż przyszedł taki czas, gdy tego kompletnie nie żałowałam. Kiedyś wpadły mi w ręce badania, z których wynika, że z różnych względów wzrosła liczba tzw. martwych urodzeń. Wówczas stwierdziłam, że może dobrze się stało, że nie zostałam położną. Nie wiem, czy poradziłabym sobie z takimi doświadczeniami. Każdy robi to, do czego nadaje się najbardziej. Wierzę, że jesteśmy absolutnie podłączeni pod coś, co nas prowadzi i jeżeli tylko uważnie wsłuchamy się w to, co się dzieje wokół nas, to rzeczywiście wybierzemy te najwłaściwsze dla siebie drogi, podejmiemy najlepsze decyzje. Psychoterapia to jest absolutnie zawód dla mnie. To jest to coś, co będę robiła do bardzo późnej starości.

Jak z handlowca stała się pani psychoterapeutą?

- Po drodze zostałam teologiem. Skończyłam pięcioletnie studia magisterskie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wybrałam te studia, ponieważ byłam ciekawa. Jestem osobą, która dopiero mając 19 lat, odkryła, że Bóg istnieje. Wcześniej religia była dla mnie oddalona. A jak coś odkrywam i coś mnie interesuje, to próbuję to zgłębić. Trochę to trwało, zanim zdecydowałam się pójść na teologię, bo miałam już wówczas 30 lat. Już miałam dom, rodzinę, pracę, ale szukałam. Po ukończeniu studiów chciałam iść dalej i wymyśliłam sobie studia doktoranckie z etyki. A ponieważ pracowałam w firmach jako handlowiec, wymyśliłam sobie, że być może będę pracowała jako etyk biznesu.
Niestety w Polsce nie ma ściśle uregulowanej sytuacji prawnej w tym zakresie. Z reguły weryfikuje się szkoły na podstawie liczby wykładowców i certyfikowanych umiejętności.
Nawet złożyłam papiery na wydział etyki w Olsztynie. Niestety w ostatniej chwili okazało się, że uczelnia zamknęła się dla osób świeckich. Wtedy stanęłam przed pytaniem, to co ja mam robić, do czego się nadaję. Odpowiedź przyszła. Zdecydowała o tym... rozmowa przez telefon. To było w czasach, gdy telefony były jeszcze na kabel, komórki być może już były, ale ja jeszcze nie miałam. Zadzwoniła do mnie dawno niewidziana koleżanka, jeszcze z czasów liceum, która w pierwszych słowach stwierdziła, że ma problem, że bardzo chce pogadać, a ja jestem pierwszą osobą, o której pomyślała. I gadałyśmy przez ten telefon ponad godzinę, a może i ze dwie. Później stwierdziła, że rzeczywiście wcieliła w życie to, do czego dochodziłyśmy razem w trakcie tej długiej rozmowy. Kiedy się pożegnałyśmy, zapytałam mojego męża, który był mimowolnym świadkiem, właśnie ze względu na ten kabel, który trzymał człowieka w jednym miejscu, co ja musiałabym zrobić, żeby wykorzystywać to, że tak mam. On mi wtedy powiedział, że ja skądś wiem, znam odpowiedzi, muszę jednak szukać i pytać ludzi. I zaczęłam pytać.

I co pani usłyszała?

- Usłyszałam podpowiedź. Kiedyś brałam udział w takiej grupie terapeutyczno-rozwojowej. W tej grupie ludzie dzielili się różnymi spostrzeżeniami, także na swój temat. Jeden z kolegów powiedział, że sama byłabym dobrym terapeutą. Na początku uznałam, że już jest za późno, że przecież mam już 36 lat, że zanim skończę kolejne studia... Jednak im dłużej o tym myślałam, tym bardziej nabierałam przekonania, że to jest to, czego szukałam. To jest to, co dałoby mi podstawę do pracy: po pierwsze - długo, a po drugie - cały czas w relacji z człowiekiem.

Szkół terapii, liczących się ośrodków jest kilka. Jak pani wybrała uczelnię?

- To są szkoły prywatne, ale oczywiście działające w oparciu o przepisy dotyczące szkolnictwa wyższego. One mają swoje wymogi, mają swoje statuty, są ściśle związane z liczbą dyplomów, certyfikatów, wykładowców, superwizorów, którzy posiadają odpowiednie tytuły naukowe. Niestety w Polsce nie ma ściśle uregulowanej sytuacji prawnej w tym zakresie. Z reguły weryfikuje się szkoły na podstawie liczby wykładowców i certyfikowanych umiejętności.
Nieraz zdarzało mi się poświęcić swój prywatny czas, poza kontraktem, aby nie zostawić kogoś bez pomocy. Za 10 jajek, siatkę ogórków czy słoik miodu. Ludzie czują się godni, kiedy mogą "zapłacić", wówczas ta terapia też idzie lepiej - mówi Marzena Szarecka.
Nieraz zdarzało mi się poświęcić swój prywatny czas, poza kontraktem, aby nie zostawić kogoś bez pomocy. Za 10 jajek, siatkę ogórków czy słoik miodu. Ludzie czują się godni, kiedy mogą "zapłacić", wówczas ta terapia też idzie lepiej - mówi Marzena Szarecka. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

Czyli najważniejsza jest kadra?
Trzeba czasem mówić o pieniądzach. Jeżeli człowiek sam nie umie mówić o pieniądzach, o relacjach seksualnych, o trudnych sprawach, to tak naprawdę nie sprawdzi się w tym zawodzie.

- Tak. To na początku było dla mnie wymiernikiem, dlatego brałam pod uwagę szkołę w Warszawie i w Krakowie. Ostatecznie wybrałam Kraków, ponieważ ta szkoła miała bardzo ciekawy profil, poza tym w tej szkole nie odbierano możliwości studiowania osobom, które nie były wykształcone w charakterze psychologów czy pedagogów. To był instytut, który wymagał dyplomu ukończonych studiów wyższych humanistycznych. Przechodziliśmy dosyć wnikliwą rekrutację, a potem trzeba się było utrzymać, co nie było takie oczywiste. Na poprzednich studiach psychologii miałam niewiele, więc od początku wiedziałam, że przede mną jest dużo nauki, że mam sporo do zrobienia, na co przystałam. Były egzaminy, które zdawałam po trzy razy. To że była to prywatna uczelnia, za którą się płaci, w ogóle nie miało znaczenia. Trzeba było się przykładać. Przez to cenię to swoje kształcenie i ten instytut.

A właśnie, skoro wspomniała pani o płatności. Jest pani psychoterapeutą, to bardzo odpowiedzialna praca, ale też jest pani przedsiębiorcą, który musi opłacić rachunki, ubezpieczenie, podatki. Musi myśleć o rozwoju firmy, bo przecież prywatny gabinet to też firma. Czy można pogodzić bycie terapeutą z byciem przedsiębiorcą?

- Na początku nie było łatwo, to prawda. Dzisiaj już nie mam tego problemu, już "mam to przepracowane". Trzeba czasem mówić o pieniądzach. Jeżeli człowiek sam nie umie mówić o pieniądzach, o relacjach seksualnych, o trudnych sprawach, to tak naprawdę nie sprawdzi się w tym zawodzie. Poza tym dobrze zawarty kontrakt to jest najważniejszy punkt w dobrze przeprowadzonej terapii. Kontrakt, w którym ustala się warunki pracy, zobowiązania, które ma człowiek wobec terapii czy wobec terapeuty, są fundamentalne do tego, aby rzeczywiście później już nie zajmować się tym, co jest fundamentalne do utrzymania firmy, czyli pieniądze, a co za tym idzie - rachunki, czynsz czy ciepło w gabinecie.
Okazało się, że nie założyłam gabinetu indywidualnego, tylko ośrodek. To się stało przez przypadek, w końcu po raz pierwszy zakładałam działalność gospodarczą. Teraz widzę, że tak pewnie miało być.
To się zawiera w pierwszych spotkaniach. Ja ten kontrakt zawieram ustny, są terapeuci którzy wybierają formę pisemną. Poza tym z doświadczenia wiem, że gdy sprawy finansowe są uregulowane, to relacja jest zdrowsza. Taka osoba nie czuje się zależna ode mnie, czuje się godna. A to jest kluczowe. Czasem bywa różnie, mówimy w końcu o sytuacjach często bardzo dramatycznych, ale... Nieraz zdarzało mi się poświęcić swój prywatny czas, poza kontraktem, aby nie zostawić kogoś bez pomocy. Za 10 jajek, siatkę ogórków czy słoik miodu. Ludzie czują się godni, kiedy mogą "zapłacić", wówczas ta terapia też idzie lepiej. Oni czują się jak strona umowy, a nie jak petent. Bardziej się starają. Trudno mi o sobie mówić jak o przedsiębiorcy, bo przede wszystkim jestem terapeutą. Jednak też muszę myśleć o rozwoju - nazwijmy to - firmy. I o tym coraz poważniej myślę, wychodząc z założenia, że w zespole jest potężna siła.

Myśli pani o sieci gabinetów?

- Nie do końca. Zakładając firmę, wzorowałam się na wniosku mojej koleżanki, która ubiegała się o jakieś dofinansowanie. Okazało się, że nie założyłam gabinetu indywidualnego, tylko ośrodek. To się stało przez przypadek, w końcu po raz pierwszy zakładałam działalność gospodarczą. Teraz widzę, że tak pewnie miało być. To jak z tymi studiami doktoranckimi na etyce. Wtedy byłam zła, że zmieniono zasady, dziś widzę w tym palec Boży. Miał być gabinet, jest ośrodek i może dobrze. Zdarzało mi się pracować w zespole. Jednak bardzo długo miałam silne pragnienie pracy indywidualnej. Potrzebowałam dojrzeć, poczuć swoją sprawczość, którą terapeuta musi posiadać. Teraz jestem na kolejnym etapie, jestem gotowa na rozszerzanie działalności, być może właśnie na prowadzenie ośrodka, nie tylko na pracę terapeutyczną, ale również na pracę szkoleniową. Myślę też o kolejnej szkole, jestem ciągle ciekawa tego zawodu, jestem ciągle otwarta na naukę. W tym zawodzie trzeba się uczyć zawsze.

A co z zespołem, o którym pani wspomniała?
W moim zespole nie muszą być terapeuci wykształceni w moim podejściu czy jakimś innym konkretnym. Jestem otwarta. Sama - jak już wspomniałam - staram się wciąż rozwijać.

- Jeżeli chodzi o psychoterapeutów, to jest to bardzo ścisłe i zamknięte grono. Już wcześniej miałam propozycje od kilku osób, żeby coś stworzyć razem, ale wówczas nie byłam gotowa. Doszłam do tego, że człowiek musi absolutnie poczuć w sobie taki domknięty proces swojej niezależności, swojego rozumienia siebie, swojej wiedzy, swoich słabości. Oczywiście w moim rozumieniu proces terapeutyczny u człowieka, zwłaszcza u terapeuty, zawsze trwa. To jest najbardziej ciekawe w moim zawodzie, że tu nigdy człowiek nie może powiedzieć ostatecznie, że zakończył ten cały proces samopoznania, bo on się później przemienia w taki proces nauczania, rozumienia, umiejętności składania w całość. Dziś jednak mam poczucie, że robię się na to gotowa, otwarta, sięgam po swoje zasoby i doświadczenia.

Do kogo skierowany byłby taki ośrodek?

- Moglibyśmy zajmować się dalej terapią indywidualną, ale sięgnęlibyśmy też po terapię grupową. Już wcześniej, aby móc prowadzić grupy, zapraszałam do współpracy swoich przyjaciół terapeutów. Głównie dlatego, że prowadzenie grupy w pojedynkę jest nierozsądne. Teraz mogłabym rozbudować tę działalność. Muszę jednak stworzyć zaplecze w postaci kadry, psychoterapeutów, najlepiej integratywnych. Sama też pracuję według takiego podejścia. Choć jestem otwarta na pracę w tzw. różnych podejściach. W moim zespole nie muszą być terapeuci wykształceni w moim podejściu czy jakimś innym konkretnym. Jestem otwarta. Sama - jak już wspomniałam - staram się wciąż rozwijać. Obecnie kształcę się w szkole psychoanalizy bioenergetycznej. Chodzi o związki istniejące między ciałem i umysłem, czyli - dokładniej mówiąc - pomiędzy psychiką i zdrowiem fizycznym.
Prędkość przekazywania wiadomości dzięki nowym technologiom jest zatrważająca, wręcz nie do wytrzymania. Dlatego nie nadążamy przeżywać emocjonalnie tego, co się dzieje.

A ze zdrowiem psychicznym społeczeństwa chyba jest coraz gorzej. Takich gabinetów potrzeba będzie więcej, więc z pracą do późnej starości chyba nie będzie miała pani problemu.

- Jesteśmy zdominowani przez media społecznościowe, przez anonimowe komunikatory, przez przymus kreowania rzeczywistości zgodnie z trendami, które wciskają się w nasze życie. Prędkość przekazywania wiadomości dzięki nowym technologiom jest zatrważająca, wręcz nie do wytrzymania. Dlatego nie nadążamy przeżywać emocjonalnie tego, co się dzieje. Ludzie nie mają czasu czekać na odpowiedź, nie mają w związku z tym czasu na analizowanie tego, co czują, co przeżywają, do czego to ich prowadzi. Skrócenie czasu komunikacyjnego jest zabójstwem dla naszej duchowości, dla naszych relacji. Moi nauczyciele mówili mi: w psychoterapii nie leczy technika, w psychoterapii drugiego człowieka leczy twoja z nim relacja. Jak w sobie masz tę część, którą on ma chorą, a ty ją kiedyś być może miałaś chorą albo otarłaś się o tę chorobę, to jest to, co utrzymuje człowieka w psychoterapii w tej relacji i pozwala mu uwierzyć, że można wyjść z depresji, z zaburzeń lekowych, uzależnień. Tych gabinetów powinno powstawać coraz więcej. Uważam, że rynek utrzyma i sam wyłoni dobre gabinety terapeutyczne, dobrych terapeutów, bo potrzeba jest ogromna. Każdy terapeuta znajdzie swojego odbiorcę i każdy odbiorca musi znaleźć dla siebie odpowiedniego terapeutę. Warto skorzystać z tych trzech czy czterech konsultacji, żeby zobaczyć, czy terapeuta może pomóc, czy chcemy przed nim wywalić to wszystko, co mamy w trzewiach, co boli, co jest ukryte, czy chcemy, aby towarzyszył nam w tej drodze do wyjścia na prostą.
Tym też mógłby zająć się mój ośrodek. Gdy jest problem, konflikt, wykluczenie, trauma utraty, to jest dokładnie to, o czym myślę jako... przedsiębiorca, ale przede wszystkim jako terapeuta.

Ludzie mają problem z emocjami, ale coraz częściej są tego świadomi. Szukają pomocy. Widzą, że jako społeczeństwo idziemy w ślepą uliczkę, i chcą zawrócić z tej drogi. Coraz więcej osób trafia do terapeutów. Co więcej, coraz więcej firm prosi o pomoc specjalistów.

- Tak. To jest czas, w którym ludzie rozpaczliwie potrzebują relacji z drugim człowiekiem. To widać szczególnie w miejscu pracy, gdzie te relacje są niezbędne. Współczesne firmy coraz bardziej widzą to, że zamykamy się w komunikatorach, zamykamy się w tym swoim hermetycznym świecie. Dostrzegają, że tak naprawdę bycie robotem wcale nie wpływa na rozwój, że kończy się destrukcją jednostki, zespołu. Dlatego firmy otwierają się na współpracę z terapeutami. Sama byłam zapraszana do kilku firm. Proszono mnie o pomoc po traumach, np. w sytuacji, gdy ktoś z zespołu popełnił samobójstwo, a pracownicy myśleli, że to z powodu pracy. Często jest tak, że dzieje się coś złego, ale zwierzchnicy tego nie widzą i to się ujawnia dopiero podczas pracy z taką grupą. Na szczęście coraz mądrzejsi prezesi czy zarządzający firmami rzeczywiście widzą taką potrzebę i są firmy, które są w stałym kontakcie z terapeutami. To jest już bardzo powszechne. Tym też mógłby zająć się mój ośrodek. Gdy jest problem, konflikt, wykluczenie, trauma utraty. To jest dokładnie to, o czym myślę jako... przedsiębiorca, ale przede wszystkim jako terapeuta.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady, mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Opinie (72) ponad 10 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Piotr Witek

MBA, ACCA, biegły rewident, Partner Spółki Rewit Księgowi i Biegli Rewidenci, od listopada 2013...