Na swoim. Firma Rewit, dla której świat finansów to fascynująca przygoda

Pani Lucyna Witek i syn Piotr Witek, czyli rodzinna firma Rewit.
Pani Lucyna Witek i syn Piotr Witek, czyli rodzinna firma Rewit. fot. Piotr Hukało/trojmiasto.pl

O tym, że pokonywanie trudności i zdobywanie wiedzy daje moc, że dla dobra firm rodzinnych dzieci właścicieli powinny zdobyć doświadczenia u innych pracodawców, bo jak wracają to można ich wycenić rynkowo, a także o tym, że sukces tak naprawdę jest... przeszkodą do rozwoju rozmawiamy z Lucyną Witek i Piotrem Witek, właścicielami spółki Rewit Księgowi i Biegli Rewidenci. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Mariuszem Bessmanem i Bartoszem Cieślińskim, właścicielami Jit Team.


Uznałam, że niczego nie zmieniam, że plan jaki ułożyliśmy z moim świętej pamięci mężem zrealizuję sama. Nie było łatwo (...)

Rewit to firma rodzinna, a jej 26-letnia historia zaczęła się od pani. Jak to się stało, że zdecydowała się pani "być na swoim"?

Lucyna Witek: Większość zawodowego życia pracowałam w księgowości, przechodząc przez różne szczeble. Zaczynałam od niższych stanowisk i doszłam do stanowiska głównej księgowej. Przez dwa lata pracowałam też w polskiej ambasadzie w Bagdadzie jako dyrektor finansowy. Jak wróciłam do kraju to właśnie odradzała się nasza gospodarka. To był ten czas przeobrażeń, więc pomyślałam, że to też dobry czas, aby pomyśleć o czymś swoim. Czułam, że taka działalność będzie potrzebna. Założyłam biuro, które prowadziłam w domu. Nie było łatwo. Mieliśmy trzypokojowe mieszkanie, dwoje uczących się dzieci, syn był na początku studiów, a tu w salonie biuro księgowe. Po drodze wchodziły nowinki, i te techniczne jak komputer, i te związane z przepisami jak podatek VAT. Właśnie z tym VAT-em było sporo przebojów. Po kilku latach mieliśmy już tylu klientów, że ta działalność w domu stała się kłopotliwa. Interesanci wpadali w różnych dziwnych porach z fakturami, do tego ta masa dokumentów, to było istne szaleństwo. Zdecydowaliśmy z mężem, że założymy spółkę. Od początku mieliśmy nadzieję, że będzie to spółka rodzinna. Syn już studiował ekonomię, córka była na medycynie. Firma wystartowała w lipcu, a we wrześniu... pochowałam męża. To był dla mnie duży cios.

Nie miała pani wówczas ochoty zrezygnować, czy przeciwnie, praca stała się sensem, dawała ukojenie?

LW: Rodzina ze strony męża namawiała mnie, że powinnam zrezygnować, że powinnam o czymś innym pomyśleć, bo przecież mam dwoje jeszcze studiujących dzieci, jak ja sobie poradzę. Firma to nie wszystko. Właśnie rozpoczęliśmy budowę tzw. bliźniaka. Sytuacja naprawdę nie była łatwa. To wszystko się skumulowało.

Nowy dom, firma, to był plan dla dwojga. A pani została z tym sama.
Jak się robi biegłego to człowiek ma największą wiedzę, bo musi naprawdę znać wszystkie przepisy. Zdobycie tych uprawnień pchnęło mnie do przodu (...) poczułam się mocna.

LW: Tak. Musiałam to udźwignąć. Nie lubię się poddawać. Na szczęście jestem twardą kobietą i lubię pokonywać przeszkody, których w życiu miałam bardzo dużo. Uznałam, że niczego nie zmieniam, że plan jaki ułożyliśmy z moim świętej pamięci mężem zrealizuję sama. Nie było łatwo, pracowałam po nocach, jeździłam do klientów nawet do Świnoujścia. Te podróże autobusami, to spanie w hotelach robotniczych. Wcale nie było łatwo, ale firma się rozwijała.

Mówiła pani o wchodzącym podatku VAT. To nie były czasu internetu, czasy łatwego dostępu do informacji, do źródeł. Jak się zdobywało wiedzę?

LW: Nie było też komórek. A jak się pojawiły, to ledwo się mieściły w torbie. A informacje, przepisy? Były przecież Dzienniki Ustaw. Muszę przyznać, że od zawsze byłam specjalistką od czytania dzienników i monitorów. Jak jeszcze pracowałam na etacie to pierwsza rzucałam się na te publikacje jak tylko przychodziły. Koleżanki czasem patrzyły nieprzychylnie, że jestem "taka do przodu", ale ja potrzebowałam tej wiedzy. Mnie to po prostu interesowało. Kiedyś moja przełożona w jednej z firm, główna księgowa powiedziała mi piękne słowa: Lucynka ty daleko dojdziesz, bo jesteś bardzo ambitna i lubisz patrzeć z perspektywą i szukasz rozwiązań. Tymi słowami się kierowałam. Jak zrobiłam tytuł biegłego rewidenta, to wtedy już wiedziałam, że mam oręż w ręku.

Biegły rewident to już, przepraszam za określenie, najwyższa półka.

LW: Tak. Jak się robi biegłego to człowiek ma największą wiedzę, bo musi naprawdę znać wszystkie przepisy. Zdobycie tych uprawnień pchnęło mnie do przodu, dostałam wiatru w żagle. Pomogły mi w rozwoju, poczułam się... mocna. Wiedziałam, że pokonam trudności i mogę iść do przodu. Jednak jak patrzę wstecz, to muszę przyznać, że te początki, to były dobre lata. Mieliśmy dobrych klientów, prawo wbrew pozorom było stabilniejsze niż dziś. Nie było luksusów, nie było wygodnej siedziby, tylko jeden mały pokój, ale to nikomu nie przeszkadzało. Pamiętam jak dałam ogłoszenie o pracę, to na korytarzu zebrał się stuosobowy tłum. Niestety, wielu z nich nie było przygotowanych do pracy. To był moment, gdy padały stocznie. Pamiętam jak przyszła na rozmowę pani, która przez lata w płacach prowadziła listę tylko na literę L i... tylko tyle umiała. Takich ludzi niestety było więcej. Dlatego postawiłam na studentów, których sama uczyłam. Syn też zaczynał pod moim nadzorem.

Student bez doświadczenie lepiej rokował niż... pani do litery L?
A mi zawsze marzyła się praca w dużym koncernie. Chciałem zobaczyć jak działa międzynarodowa korporacja. Chciałem zobaczyć jak to jest poukładane.

LW: Zdecydowanie tak. Postawiłam na młodzież. W swoim zespole miałam tylko jedną główną księgową z doświadczeniem. Był też zespół biegłych na umowach zlecenie. Oni jeździli na badania, przywozili mi segregatory, a ja - już miałam wówczas komputer - siedziałam i pisałam protokoły, robiłam analizy. Choć z tymi komputerami też bywało różnie. Pamiętam jak kiedyś przygotowałam dla klienta sprawozdanie na Radę Nadzorczą. Siedzieliśmy do późna z dyrektorem finansowym firmy wprowadzając jakieś poprawki, już miałam mu to zgrać i nagle wszystko siadło. Nic tylko usiąść i płakać. Klient pół nocy siedział ze swoim informatykiem, aby coś odzyskać, a ja zostałam w biurze i zaczęłam od początku. Rano dzwoni i mówi, że się nie udało, a Rada już o 11. A ja na to: a mi się udało. Siedziałam całą noc i uratowałam sytuację. Tak się kiedyś pracowało.

Człowiek jest jednak niezastąpiony.

LW: Jak człowiek ma w sobie tę odpowiedzialność, podchodzi do pracy z pełnym zaangażowaniem, to jest w stanie dużo zrobić. Być może dzięki temu nigdy nie mieliśmy kłopotów z pozyskiwaniem klientów. Ludzie sobie nas polecali. Do tego Świnoujścia jeździłam przez pięć lat. Najpierw tymi autobusami, potem już samochodem. Firma się rozwijała, dochodziły nowe kompetencje, zwiększaliśmy zakres usług. Przestaliśmy się mieścić w wynajmowanej siedzibie przy Arkońskiej. Trzeba było poszukać czegoś większego, ale tym razem już własnego. I znalazłam ten dom z działką przy ul. Starodworskiej w Gdańsku. Kupiłam i z 200 metrów kwadratowych, dzięki rozbudowie zrobiłam 700 metrów kwadratowych. Niestety, znów zostałam z tym sama, bo syn postanowił odejść z firmy. Przez 11 lat walczyłam sama. Nie mam jednak o to żalu, każdy młody człowiek powinien podążać swoją drogą. Miałam jednak nadzieję, że wróci.

Dlaczego pan odszedł?
Pracowałem dla największej francuskiej korporacji, czyli Grupy Total (...) Miałem okazję w swojej pracy spotykać się z tym pierwszym garniturem menadżerów i poznać najlepsze metody zarządzania.

Piotr Witek: Praca w firmie rodzinnej jest na pewno bardzo ciekawym wyzwaniem, można się wiele nauczyć, ale większość z wyzwań to firmy małe, a nawet mikro. Dopiero dziś po 30 latach przeobrażeń mamy już w Polsce trochę średnich czy dużych firm rodzinnych, ale wcale nie ma ich za dużo. A mi zawsze marzyła się praca w dużym koncernie. Chciałem zobaczyć jak działa międzynarodowa korporacja. Chciałem zobaczyć jak to jest poukładane. 20 lat temu ten taki bardzo negatywny obraz korporacji jeszcze nie był obecny w przestrzeni publicznej. Zresztą nawet dziś się z nim nie do końca zgadzam. Uważam, że każda firma ma swoje mocne i słabe strony. Firma rodzinna ma swoje mocne strony, ale ma też słabe. Tak też jest w korporacji, w której jesteśmy trybikiem. Trafiłem do korporacji francuskiej. A oni akurat są bardzo rodzinni, lubią środowisko relacyjne i oczywiście jak to Francuzi uważają, że wszystko co francuskie jest najlepsze. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to nie powinien z nimi pracować. To jest częścią ich kultury i trzeba to zaakceptować. To nie jest przeciwko komuś. W Ameryce pierwszą rzeczą jaką się słyszy to to, że u nich wszystko jest najlepsze, największe i jakoś to nikogo nie razi. Francuzów cenię za ich rodzinność, otwartość i profesjonalizm. Oczywiście mógłbym wiele opowiadać też na temat wad, ale tego nie robię, bo wiele się nauczyłem dzięki nim.

My działamy w zgodzie z dewizą Gdańska: "Nec temere, nec timide", czyli "Ani tchórzliwie, ani zuchwale" - taka jest dewiza firmy Rewit.
My działamy w zgodzie z dewizą Gdańska: "Nec temere, nec timide", czyli "Ani tchórzliwie, ani zuchwale" - taka jest dewiza firmy Rewit. fot. Piotr Hukało/trojmiasto.pl

Co to była za firma?
Zbudowaliśmy z mamą wspólny plan rozwoju i go realizujemy. W ciągu siedmiu lat trzykrotnie urośliśmy. Teraz to już nie jest jedna firma, a grupa firm.

PW: Pracowałem dla największej francuskiej korporacji, czyli Grupy Total. Jest to koncern petrochemiczny, który jest potęgą na świecie. Pieniądze, którymi obraca są większe niż budżety niektórych państw. Miałem okazję w swojej pracy spotykać się z tym pierwszym garniturem menadżerów i poznać najlepsze metody zarządzania. Kiedyś byłem na dwutygodniowym szkoleniu dla menadżerów pod Paryżem, na którym profesorowie z najlepszych uczelni świata uczyli nas jak zarządzać, jak wprowadzać zmiany. Takie doświadczenia są bezcenne. Korporacja ma jednak też swoje słabości. Nie zawsze widzi, że ludzie są zmęczeni, że jest efekt wypalenia. Przychodzi też zwykle taki moment, gdy kończą się możliwości rozwoju. Przyszedł taki czas, gdy stwierdziłem, że już wiem tyle o korporacji, ile chciałem. Chcieli, żebym został, pootwierali przede mną "pewne drzwi". Jednak wiedziałam już jak działa korporacja i wiedziałem co mnie czeka. Mogłem być bogatym człowiekiem, jeździć po świecie, ale mi na pieniądzach, aż tak mocno nie zależało. Tutaj, czyli w Rewicie, widziałem wyzwanie. A ja jestem człowiekiem wyzwań, lubię to. Po 11 latach zdecydowałem się wrócić, po to, żeby kontynuować dzieło mamy. Myślę, że udało nam się wybudować największą firmę audytorską na Pomorzu.

I wrócił pan z bagażem własnych doświadczeń.

PW: Fundacja Firm Rodzinnych, uświadomiła mi, że bardzo dobrze jeśli dzieci właścicieli firm idą zdobyć doświadczenie u innych pracodawców, bo jak wracają to można ich wycenić rynkowo. Nie mają wówczas poczucia, że się im płaci tylko za to, że są członkiem rodziny, tylko za to co umieją. A ja się z tym zgadzam. Tych 11 lat upewniło mnie, że mam wiedzę. Jak wracałem do Rewitu spotkałem się z wyzwaniami. To nie było wcale takie proste, bo rodziło wiele napięć i emocji. To już była inna organizacja, w której wiele osób osiągnęło swoje szczyty, nie bardzo wiedziało co dalej robić. Byli też tacy, którzy uważali, że skoro jest dobrze to po co to zmieniać. Często mówię, że sukces jest przeszkodą do rozwoju. Korporacje nauczyły się tego. Rotują menedżerów, zmieniają pewne struktury organizacyjne. Wszystkich to męczy, drażni, ale bez tego byłby zastój. Zbudowaliśmy z mamą wspólny plan rozwoju i go realizujemy. W ciągu siedmiu lat trzykrotnie urośliśmy. Teraz to już nie jest jedna firma, a grupa firm. Dzisiaj działamy w ośmiu biurach w Polsce - dwa znajdują się w Gdańsku, pozostałe są w Gdyni, Warszawie, Łodzi, Katowicach, Bielsko-Białej i Żywcu.
Kiedy w 2013 roku przekazywałam synowi firmę, to pracowało z nami 40 osób. Dziś jest ponad 130 osób.

A co pani powiedziała na powrót syna do firmy?

LW: Byłam szczęśliwa. Mój syn jest bardzo mądrym człowiekiem, ma olbrzymią wiedzę, umie ją przekazać. Ma duży dar patrzenia na przyszłość, przewidywania tego co będzie za rok, za pięć lat, on dziś to prognozuje. Stawia zadania i je realizuje. Jest wymagający, ale także w stosunku do siebie. Czasem za bardzo. Niektórzy uciekli z firmy, gdy przyszedł, bo wiedzieli, że łatwo nie będzie. Nie ma stabilizacji, jest rozwój. To jest ten wiek. Mam nadzieję, że kiedyś moje wnuki zasiądą w zarządzie Rewitu. Wtedy syn będzie przechodził ten okres co ja. To jest trudny czas, kiedy się oddaje pałeczkę dowodzenia. To trzeba umieć jakoś przeżyć, przejść i przygotować się do tego. Przyznam, że nie byłam do tego przygotowana, ale jakoś się udało. W firmie pracuje z nami też moja synowa, która jest dyrektorem biura. Ona też ma duże kompetencje i niełatwe zadanie, bo musi to wszystko ogarnąć organizacyjnie, spojrzeć okiem gospodarczym, a taka rola jest czasami niewdzięczna. Kiedy w 2013 roku przekazywałam synowi firmę, to pracowało z nami 40 osób. Dziś jest ponad 130 osób.

Jak widać pana wiedza i doświadczenia były bardzo potrzebne.

PW: Znacznie poszerzyliśmy obszar naszej działalności. Prowadzimy księgowość, doradztwo podatkowe, audyt, konsulting biznesowy, ale także oferujemy usługę wirtualnego biura i prowadzimy szkolenia. Naszymi klientami są głównie małe i średnie firmy, ale prowadzimy też badania spółek giełdowych. Nie obsługujemy największych, bo nie mamy aż takiego zaplecza kadrowego. Badamy banki, ale przede wszystkim spółdzielcze. Jesteśmy trochę jak lekarz, trochę jak saper. Pomagamy w rozpoznaniu ryzyk, wskazujemy drogę rozwoju.
Dzisiaj w tym bardzo skomplikowanym świecie, w którym żyjemy brak konsultantów, brak doradców, brak omówienia sprawy nawet tylko po to, żeby poznać pewien rodzaj spojrzenia, pewien rodzaj obserwacji, to błąd.
To czym różnimy się od pozostałych firm na rynku, to doświadczenie. Przez te lata nie raz byliśmy na halach produkcyjnych, nie siedzieliśmy tylko za biurkiem. Nie jesteśmy biegłymi, którzy badają z daleka. Byłem dyrektorem finansowym w jednostce, która zatrudniała 5 tys. ludzi. Nie zajmowałem się tylko dokumentami, niejednokrotnie byłem też na produkcji, aby wiedzieć więcej, aby zobaczyć z bliska. Dziś audytorzy muszą sprostać wielu wyzwaniom dokumentacyjnym. To wymaga zmiany sposobu pracy, zmiany sposobu myślenia i pracy zespołowej. Kiedyś biegli księgowi często chodzili na badania sami. Dzisiaj jedzie zespół nawet siedmio- czy 10-osobowy. To jest zupełnie inna praca, zupełnie inne wymogi. My się szybko rozwijamy. W rankingach branżowych awansowaliśmy z 30 pozycji na 14, a w niektórych nawet na 11 pozycję. Jak na firmę z Gdańska, a nie z Warszawy to jest duże osiągniecie i przyznam, że bez większej pomocy środowiska lokalnego. Mamy więcej klientów z Polski, Pomorza niż z samego Trójmiasta. Wykonujemy dobrą i profesjonalną pracę, dając klientowi poczucie bezpieczeństwa. Jeżeli coś jest nie tak, to nie ukrywamy, aby klient był zadowolony, tylko mówimy jak jest i podajemy rozwiązania, które poprawią sytuację.

Czy przedsiębiorcy są gotowi na rady, słuchają?

PW: Różnie bywa. My doradzamy konkretnie. Mamy w zwyczaju wskazywać ryzyka z gotowym rozwiązaniem. Mówimy co sami byśmy zrobili. Wielokrotnie przedsiębiorcy, którzy skorzystali z naszych rad byli nam wdzięczni. Były osoby, które nie skorzystały i potem po roku czy dwóch przychodziły i mówiły, że żałują. A doradców warto słuchać. Sam staram się słuchać wielu doradców i konsultować wiele spraw. Dzisiaj w tym bardzo skomplikowanym świecie, w którym żyjemy brak konsultantów, brak doradców, brak omówienia sprawy nawet tylko po to, żeby poznać pewien rodzaj spojrzenia, pewien rodzaj obserwacji, to błąd. Pracując w korporacji nie raz doświadczałem tego jak ważne są konsultacje. Tam przyjeżdżali menadżerowie z najdalszych stron świata i mówili jak to czy tamto by zrobili. I wcale nie musiano tego robić, ale poznając inne zdanie można zmienić swój sposób myślenia i wprowadzić jakąś innowację. To jest coś, czego my w Polsce musimy się jeszcze uczyć, bo wciąż jesteśmy zamknięci. Dziś nasz zawód jest multidyscyplinarny. Niestety, czasem klienci nie rozumieją, że moja porada udzielona w ciągu dwóch minut jest warta np. 10 tys. zł. Nie rozumieją, że mnie, żeby dojść do tego sposobu doradzenia zajęło wiele lat pracy, wiele kosztów szkoleń, błędów, ale też słuchania doradców. To nie chodzi o to, że my chcemy koniecznie obciążyć tego klienta, ale żeby to docenił. Docenił to, że w ciągu tych dwóch minut uzyskał odpowiedź, która daje mu bezpieczeństwo i czasami pozwoli uniknąć problemów na miliony złotych. A przecież jak jedziemy do warsztatu samochodowego, żeby wymienić żarówkę i przy okazji okaże się, że druga też jest do wymiany, to płacimy za wymianę dwóch. Ta druga nie jest wymieniana przy okazji za darmo. A u nas często klient coś dorzuca i oczekuje, że w ramach jednej usługi zrobimy pięć.
My jesteśmy taką kuźnią kadr. Przez te lata wyszkoliłam 50 biegłych rewidentów. To daje ogromną satysfakcję

LW: Widać jednak, że rynek się profesjonalizuje. To jest inne pokolenie. Dziś ludzie się uczą, zanim założą firmę. Kiedyś zaczynało się od firmy. Pamiętam jak lata temu na jednym ze spotkań powiedziałam, że przeczytam bilans. Jak to, przecież to same liczby - usłyszałam. To się rodziło razem z biznesem. Dziś przedsiębiorcy znają podstawowe pojęcia ekonomiczne.

PW: My działamy w zgodzie z dewizą Gdańska: "Nec temere, nec timide", czyli "Ani tchórzliwie, ani zuchwale". Jesteśmy bardzo elastyczni i znani z tego, że jak nikt nie może to my możemy. Wycena 10 firm w dwa tygodnie? Damy radę. Szkolimy ludzi, dzielimy się wiedzą. To też nas odróżnia od korporacji audytorskich. Moim zdaniem w przyszłości sukces będą odnosiły firmy oparte na współpracy. A ludzi motywuje, gdy są zaangażowani. Jeżeli mamy partnera, wspólnika czy pracownika, który ma duże pole autonomii to zupełnie inaczej pracuje. Mają wsparcie, ale też poczucie odpowiedzialności, co nie jest oczywiste na dzisiejszym rynku, wiele osób od tego ucieka. Nie chcą ponosić odpowiedzialności. Jesteśmy też firmą, w której jest przepływ pracowników, bo nie jesteśmy w stanie wszystkim zaproponować stanowiska głównej księgowej, czy dyrektora finansowego. A po pięciu latach u nas ludzie są na tyle dobrze wykształceni, że mogą piastować takie stanowiska. Dlatego idą dalej i dziś są dyrektorami w dużych firmach.

LW: To jest to o czym mówiłam, czyli uczenie młodych, zdolnych ludzi. My jesteśmy taką kuźnią kadr. Przez te lata wyszkoliłam 50 biegłych rewidentów. To daje ogromną satysfakcję.

Czy księgowość może być pasją czy jest interesująca? Dla wielu to do żmudne zliczanie cyferek.

PW: To jest fascynująca przygoda, my się pasjonujemy finansami. Jesteśmy też biegłymi sądowymi. Rozpatrujemy dla prokuratorów czy sądów naprawdę skomplikowane przypadki. To jest jak bardziej skomplikowana łamigłówka. A gdy człowiek dochodzi do finału to ma olbrzymią satysfakcję, że pomógł, że wykazał ryzyka czasami nieoczywiste.
Jak w psalmie: Kto we łzach sieje, żąć będzie w radości. Ja siałam we łzach (...) To wszystko zaowocowało, z tego jestem dumna.

A plany na przyszłość? Miejsce w pierwszej trójce w rankingu?

PW: Chcemy się jeszcze rozwinąć, ale bez pośpiechu. Naszą ambicją jest być w pierwszej dziesiątce firm w Polsce. Niby niewiele, ale z naszego punktu widzenia jest to solidny krok, bo firmę znów trzeba byłoby powiększyć trzykrotnie. Mamy też inny plan. Dzisiaj biznesy naszych polskich przedsiębiorców się internacjonalizują, więc my też nie możemy zostać sami. Sposobem na to w naszej branży jest współpraca z sieciami z zagranicy. To nie zmienia struktury własnościowej, czyli zostaniemy właścicielami, ale powoduje, że rozszerzają się możliwości obsługi na świecie. Wielu klientów nas pyta czy możemy im pomóc we Włoszech, na Węgrzech, czy w Wielkiej Brytanii. Będąc w takiej sieci możemy klientom powiedzieć, oczywiście, że nasz partner pomoże. To jest kierunek, który obierzemy.

Chyba czuje pani satysfakcję, jak dziś patrzy pani na Rewit?

LW: Tak. Ogromną. Jak w psalmie: Kto we łzach sieje, żąć będzie w radości. Ja siałam we łzach. Musiałam pokonać wiele trudności. Moją ambicją było to, żeby moje dzieci nie miały gorzej po śmierci męża. Tym bardziej przechodziłam siebie. To wszystko zaowocowało, z tego jestem dumna.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady, mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Opinie (45)

Dodaj opinię
Walczymy z przemocą słownąKasujemy opinie obraźliwe i nie na temat

Dodaj opinię

Odpowiedz

Dodając opinię akceptujesz regulamin dodawania opinii.
Administratorem Twoich danych osobowych jest Trojmiasto.pl Sp. z o.o.. Szczegóły przetwarzania danych znajdują się w polityce prywatności.

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Jan Zarębski

Działalność gospodarczą rozpoczął już na początku lat 80. Stworzył firmy takie jak Lonzę i Natę,...