stat

Na swoim. Grafika użytkowa w artystycznej odsłonie Dariusza Bazaczka

Życie pokazało jednak, że rysowanie, grafika, projektowanie jest mi pisane. Jakoś mnie to wciągnęło, choć nawet specjalnie nie dążyłem do tego - mówi Dariusz Bazaczek.
Życie pokazało jednak, że rysowanie, grafika, projektowanie jest mi pisane. Jakoś mnie to wciągnęło, choć nawet specjalnie nie dążyłem do tego - mówi Dariusz Bazaczek. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl

O tym, że artystą się bywa, a przedsiębiorcą się jest, na szczęście klienci szanują tę artystyczną wrażliwość nawet, gdy mowa o grafice użytkowej, a także o tym, że bycie na swoim ma zdecydowanie więcej blasku niż cieni rozmawiamy z Dariuszem Bazaczkiem, właścicielem Studia Bazaczek, grafikiem, autorem form prozatorskich, scenicznych i tekstów piosenek oraz muzykiem. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Anną Przybyłowską właścicielką MYtinyHOBBY. Kolejny wywiad już w sierpniu.



Jest pan artystą, ale jest też pan przedsiębiorcą. Czy da się to pogodzić? Czy artystyczna wrażliwość czasem nie przeszkadza w biznesie?
Jeżeli trafia do mnie nowy klient, to staram się, żeby został na dłużej. I mam takie grono, z którym współpracuję już od wielu lat.

Dariusz Bazaczek: - Artystą to ja bywam, nie wiem, czy jestem, bywam. Wiesław Myśliwski, jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy, kiedyś powiedział, że bywa pisarzem. Wydaje mi się, że to jest dobry wzór. Bywam więc artystą, jednak na co dzień jestem przedsiębiorcą. Nie nazwałbym siebie biznesmenem, ponieważ do biznesu też trzeba mieć talent. Nie wiem, czy taki akurat mam.

Czy taka wrażliwość przeszkadza czy pomaga?

- Wydaje mi się, że ludzie życzliwie traktują osoby, które mają do czynienia ze sztuką. Moi klienci na ogół o tym wiedzą albo szybko się dowiadują i wówczas nawet zauważam taki rodzaj zmiany ich podejścia. Starają się być jeszcze bardziej uprzejmi i mili, zainteresowani moją pracą. Więc chyba pomaga, zwłaszcza w relacjach z klientami. Klient to szanuje, dla niego to jest wartość dodana, bo wie, że jego projekt może na tym zyskać. Muszę przyznać, że mam szczęście i mam bardzo - nazwałbym to krótko - fajnych klientów. Jeżeli trafia do mnie nowy klient, to staram się, żeby został na dłużej. I mam takie grono, z którym współpracuję już od wielu lat. Doskonale się znamy, prawie na stopie przyjacielskiej. Negocjacje cenowe, handlowe przebiegają więc bardzo szybko, bo wszyscy starają się, żeby korzyści były maksymalne dla obu stron.

Negocjacje cenowe, handlowe? Zwykle uważa się, że artyści nie potrafią rozmawiać o pieniądzach.

- Coś w tym jest, ale muszę sobie radzić. Wielu rzeczy można się nauczyć. Pomaga mi troszkę to, że mam dwóch przyjaciół, z którymi studiowałem, którzy są naprawdę biznesmenami na wysokim poziomie. Jeden z nich jest menadżerem na poziomie międzynarodowym. Czasem go podpytuję, choć oczywiście jest to zupełnie inny poziom biznesu, on operuje milionami dolarów czy euro, ale jego uwagi są bardzo cenne nawet dla drobnego przedsiębiorcy. Jest jedna rzecz, nad którą faktycznie muszę popracować, a są to kontakty interpersonalne. Jestem człowiekiem trochę zamkniętym w swojej twórczości, a biznes wymaga otwartości i dbania o klienta. To jest ta sfera, nad która pracuję. Nie mam z tym jakichś specjalnych problemów, ale muszę na to uważać i nad tym pracować. Dla mnie trudniejsza jest ta sfera niż ta związana z finansami. Radzę sobie i z jednym, i z drugim, bo na swoim jestem już od bardzo wielu lat, więc miałem czas, żeby się tego nauczyć. Na tym etapie, na którym jestem, to już daję sobie radę. Włącznie z rozliczeniami księgowymi, które też sam robię. Kiedyś zlecałem to firmie zewnętrznej, ale potem stwierdziłem, że warto się tego nauczyć. Oczywiście nie jest to proste i cały czas zastanawiam się, czy jednak nie przekazać tego komuś.
Oczywiście były takie momenty, że ktoś upierał przy tym"różowym", ale to były pojedyncze przypadki. Zwykle gdy nie zadziałał ten mój - nazwijmy to - edukacyjny model współpracy (...)

A jak pan, jako artysta radzi sobie z zasadą "klient nasz pan". Czy czasem trzeba zrobić coś wbrew swojej wrażliwości i... zmienić niebieski na różowy, bo żona klienta powiedziała, że tak będzie ładniej?

- Jest to grafika użytkowa, więc nie zaliczam tego do sztuki. Miałem tego typu doświadczenia w swojej karierze. W czasach, kiedy pracowałem na etacie - a pracowałem tylko w trzech firmach - nauczyłem się reagować na takie sytuacje. Byłem związany z firmami, które na moich oczach z małych stawały się duże. Był więc też taki moment, kiedy prezes próbował wszystkim zarządzać. Przychodził do mnie na przykład i razem robiliśmy projekt, czyli on mi mówił, co by chciał. Mnie to strasznie bawiło i... pozwalałem mu na wszystko, co chciał. Potem robiłem swoją wersję i prosiłem, żeby wybrał, którą chce. Wybierał moją.

I to działa do dziś, choć teraz w relacjach z klientami?

- Tak. Najczęściej klient widzi sam, że lepiej zostawić te sprawy mi i wówczas będzie szybciej oraz lepiej. Oczywiście były takie momenty, że ktoś upierał się przy tym "różowym", ale to były pojedyncze przypadki. Zwykle gdy nie zadziałał ten mój - nazwijmy to - edukacyjny model współpracy, to z czasem rozluźniały się kontakty i współpraca się urywała.

Trzeba zaufać wiedzy i doświadczeniu osoby, której powierzamy projekt.

- Tak. Dziś na szczęście mamy już taki dorobek, że mam co pokazać i to zwykle działa na klientów. Lista firm, z którymi współpracowałem, portfolio pracy, zakres usług - to zwykle wystarcza. To daje mi przewagę.

Ale jeszcze trzeba uzbierać taki dorobek. Jakie były te pana początki?

- Już w przedszkolu rysowałem obrazki na zamówienie, potem była szkoła podstawowa i tam nie tylko rysowałem na zamówienie kolegów, ale rysowałem też na prośbę ciała pedagogicznego. Cykl rysunków, który promował zajęcia sportowe, plakaty, różnego rodzaju informacje o imprezach. Robiłem to z przyjemnością, bo po pierwsze lubiłem to robić, a po drugie zyskiwałem sławę w szkole. Wszyscy wiedzieli, że to ja rysowałem i to było bardzo miłe. Tak się potem to ciągnęło. Jak podjąłem swoją pierwszą pracę, a nie jestem z wykształcenia plastykiem, bo skończyłem filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim, to zaczynałem od jakichś stanowisk biurowych. Jednak szybko orientowano się, że rysuję i wykorzystywano moje umiejętności, powierzano mi projekty graficzne, projekty marketingowe.
Niektórzy twierdzą, że aby dojść do biegłości, lepiej skupić się na jednej rzeczy, ale ja nie potrafię.

Dlaczego w takim razie wybrał pan filologię, a nie jakiś kierunek plastyczny? Pisze pan teksty literackie, teksty piosenek, dramaty, ale jednak głównym pana zajęciem jest grafika.

- Bo to moja kolejna pasja. Zawsze chciałem pracować ze słowem, to było moim marzeniem. Jak pierwszy raz znalazłem się na Uniwersytecie i poczułem zapach tego miejsca, biblioteki, to wiedziałem, że to jest moje miejsce. Poczułem się u siebie. To były bardzo fajne studia, one rozwinęły mnie w kierunku literackim. Chciałem sobie trochę uporządkować wiedzę, zwłaszcza tę związaną z literaturą, z historią literatury. Nawet nigdy nie pomyślałem o tym, żeby zdawać na ASP. Nie wiem dlaczego, jakoś tak moje życie się ułożyło. W momencie, kiedy młody człowiek dojrzewa i wybiera swoją drogę tak właśnie zdecydowałem. Życie pokazało jednak, że rysowanie, grafika, projektowanie jest mi pisane. Jakoś mnie to wciągnęło, choć nawet specjalnie nie dążyłem do tego.

A słowo?

- Powoli staje się czymś więcej niż tylko pasją. Kiedyś, kiedy nazbierało się już sporo tych moich prac graficznych stwierdziłem, że fajnie byłoby zrobić wystawę dla samej przyjemności zrobienia czegoś, czego wcześniej nie robiłem. Wydarzenie odbyło się w Sopocie w miejscu, które nazywało się Kawiaret. Nasz przyjaciel prowadził tam kawiarnię połączoną z kabaretem. Zaproponował, żeby tę wystawę zrobić właśnie tam. A skoro tam, to żeby było ciekawiej, do wernisażu dodaliśmy recital moich piosenek. Zaprosiliśmy znajomych aktorów z trójmiejskich teatrów i tak się jakoś porobiło, że z tego zrobił się przede wszystkim spektakl z piosenkami. Wernisaż stał się dodatkiem i o wystawie już nikt nie mówił. Wydarzenie to wzbudziło wielkie zainteresowanie i tak rozpoczęła się moja przygoda z... dramatem. Zacząłem pisać utwory sceniczne, na początku recitale połączone ze zdarzeniami aktorskimi, potem spektakle z piosenkami, a potem już czysto dramatyczne formy. Zacząłem pisać formy literackie, które nie były piosenkami. Zacząłem też publikować, do tego robiłem też ilustracje i ta działalność zaczęła się przenikać. Pieniądze z tego były niezbyt duże, ale były, nie o nie chodziło w tym przypadku. Projektowałem grafikę użytkową, pisałem - robiłem to, co lubię, czyli robiłem różne rzeczy. Niektórzy twierdzą, że aby dojść do biegłości lepiej skupić się na jednej rzeczy, ale ja nie potrafię. To jest chyba genetyczne obciążenie, bo już widzę, że mój syn ma tak samo. Też robi różne rzeczy i sprawia mu to przyjemność.

Ale udaje się to połączyć. Jedno przenika drugie, to wszystko jest spójne, żadna z tych działalności nie przeszkadza sobie.
Jak jest czas na relaks, to jest gitara (...). Jest to tak trudna muzyka, że aby grać, musimy się absolutnie wyłączyć.

- Tak. To zbawienne, gdy po całym dniu projektowania można zająć się czymś innym. Pisaniem, graniem czy malowaniem. To bardzo rozwija i pomaga.

A jak jest czas na relaks, to... muzyka, grafika, słowo, a może śpiewanie?

- Śpiewanie już nie, to było kiedyś. W czasach studenckich z moją żoną i dwójką przyjaciół mieliśmy taki zespół studencki. Nawet odnosiliśmy sukcesy na festiwalach w Krakowie i Warszawie, dostawaliśmy nagrody z rąk Magdy Umer czy Andrzeja Poniedzielskiego, który zresztą chciał nas zaprosić na wódkę. Zawsze mówię, że to była największa nagroda w mojej karierze jako muzyka.

Skorzystał pan z tego zaproszenia?

- Nie poszliśmy na tę wódkę, bo byliśmy jeszcze nieopierzeni i zwyczajnie wstydziliśmy się. Jednak wracając do pani pytania. Jak jest czas na relaks to jest gitara. Interesuję się jazzem instrumentalnym, to trudna muzyka. Od kilkunastu lat z moim przyjacielem tworzymy duet. Chcemy nawet zorganizować koncert, nagrać płytę. Jest to tak trudna muzyka, że aby grać musimy się absolutnie wyłączyć. Musimy zapomnieć o firmach, biznesach, bo inaczej wszystko się sypie i człowiek się myli. To też doskonały relaks, wszystko się zostawia, wyłącza telefony i dopiero można grać.
Na szczęście jestem tego typu człowiekiem, że nie żyję tylko biznesem. To jest dla mnie źródło dochodu, a nie cel w życiu - mówi Dariusz Bazaczek.
Na szczęście jestem tego typu człowiekiem, że nie żyję tylko biznesem. To jest dla mnie źródło dochodu, a nie cel w życiu - mówi Dariusz Bazaczek. Maciej Czarniak / Trojmiasto.pl

Czym dokładnie się pan zajmuje w zakresie grafiki użytkowej, gdy trzeba odłożyć gitarę i znów włączyć telefon?
Nie zatrudniam nikogo, ale współpracuję z wieloma osobami. Tworzymy zespoły zadaniowe.

- Gdyby pani mnie zapytała, czego nie robiłem, to byłoby mi łatwiej odpowiedzieć na to pytanie. Nie robiłem jedynie projektów banknotów. To wymaga umiejętności graficznych na najwyższym poziomie, bo to się robi specjalnymi technikami. Ale robiłem np. akcje, czyli papiery wartościowe dla firmy, która została spółką akcyjną. Można powiedzieć, że robiłem wszystko, co się nadaje do druku, począwszy od małych rzeczy, jak katalogi czy zaproszenia, po duże wydawnictwa. Druga grupa projektów to - ja je nazywam ekranowe - wszystko, co można wyświetlić na jakimkolwiek nośniku - od monitora przez telewizor po urządzenia mobilne. Robiłem też projekty interfejsów, czyli wszystko to, czego używa się, aby obsługiwać programy. Nie tylko na urządzenie dla indywidualnego użytkownika, ale też na kioskach informacyjnych czy automatach. To była kiedyś moja specjalność. Coś takiego robiłem np. dla trójmiejskiej firmy Sportdata, która zajmuje się urządzeniami i softwarem do obsługi dużych obiektów sportowych.

Wejście w ten wymiar multimedialny wymagało pewnie też sporo nauki.

- Tak. Jednak nie było to dla mnie trudne, ponieważ od zawsze interesowałem się komputerami, może nie informatyką, ale komputerami na takim poziomie, który można wykorzystać w sztuce. Kiedyś pracowałem w firmie sprzedającej komputery. Miałem tam kontakt z komputerami od najprostszych po zaawansowane, a ponieważ zawsze mnie to interesowało, to rozwijałem swoją wiedzę w tym kierunku. Nawet w pewnym momencie zajmowałem się programowaniem bardziej zaawansowanym, ale robiłem dla własnej przyjemności. Mam trochę kursów za sobą. Wiele w tym zakresie nauczyłem się pracując dla niestety nieistniejącej już firmy Young Digital Planet. Często korzystałem ze szkoleń z obsługi programów graficznych, także tych, gdzie można wykorzystać programowanie. O kodowaniu HTML CSS, czyli tym, co się robi, żeby pojawiało się w internecie, też mam pojęcie. Oczywiście nie jestem specjalistą w tym zakresie, więc jeżeli mam zamówienie na realizację dużej strony internetowej, to ja nie zajmuję się jej budowaniem, a jedynie grafiką. Jednak wiem, o co chodzi i wtedy mogę się dobrze porozumieć z programistą, w pewne rzeczy ingerować czy wspomagać. Nie zatrudniam nikogo, ale współpracuję z wieloma osobami. Tworzymy zespoły zadaniowe. W momentach szczytowych to było nawet kilkanaście osób. Współpracujemy sieciowo.
Przygotowuję się do poszukiwania klientów za granicą. Mam pewne doświadczenia z klientem niemieckim czy czeskim, ale chcę to rozszerzyć.

Jak się dobiera taki zespół?

- Mam taką bazę kontaktów do specjalistów jeszcze z YDP, dlatego nie mam z tym problemu. Tam w szczytowym okresie pracowało kilkaset osób i oni są, choć rozproszyli się po Trójmieście, niektórzy są trochę dalej, ale jesteśmy w kontakcie. Poza tym w trakcie pracy zdobywa się nowe kontakty, dlatego nie mam problemu z zebraniem świetnego zespołu projektowego.

A klienci, jak do pana trafiają?

- Głównie z polecenia, przez ten tzw. szeptany marketing. Trafiali do mnie też przez portal Trojmiasto.pl. Jednak głównie przez kontakty osobiste.

Dla jakich firm pan pracuje?

- Dziś na przykład kończę kolejny projekt dla Ambasady Szwecji w Warszawie. To jeden z tych klientów, z którymi najdłużej pracuję. Tam w międzyczasie było już kilku ambasadorów, a współpraca trwa. Na początku był to dział promocji, w tej chwili pracuję już z trzema działami ambasady. Trzy niezależne ścieżki w jednej instytucji. Ambasada jest o tyle świetnym klientem, że pozwala na bardzo dużo, pozwala na taki właśnie rys artystyczny. Nawet bardzo sobie to cenią, dlatego mówiąc kolokwialnie mogę sobie zaszaleć. Drugim takim moim największym klientem jest Grupa PWN. Miałem wielką przyjemność pracować przy modyfikacji logo tej firmy. Logo funkcjonowało do wielu lat i firma stwierdziła, że trzeba je odświeżyć. Te zmiany trwał kilka lat. To wiązało się z wieloma działaniami, zmianami wizerunkowymi, loga produktów, usług. To był cały proces. Bardzo dużym i ciekawym klientem jest też wydawnictwo edukacyjne Klett.
Natomiast każdego zachęcam do bycia "na swoim", bo wydaje mi się, że blasków jest więcej niż cieni.
Pracowałem dla oddziału polskiego i czeskiego, a sama firma jest niemiecka. W tym wypadku zajmowałem się authoringiem, czyli najprościej mówiąc transponowaniem tradycyjnych mediów, np. podręczników, na postać elektroniczną. W tym nie chodzi tylko o to, żeby zobaczyć to w komputerze. Chodzi o to, aby wszystkie ćwiczenia, które są w podręczniku działały interaktywnie. To wszystko staje się systemem, który działa w internecie i tam są przypisane role nauczycieli i uczniów. Firma może kontrolować, komu i ile sprzedaje tych podręczników. Nauczyciel widzi od razu wyniki, uczeń ma kontakt z nauczycielem. Jest to żywy organizm, dosyć skomplikowany. To jest bardzo nowoczesna gałąź mojej działalności. Okazjonalnie współpracuję też z trójmiejskim wydawnictwem edukacyjnym, firmą Learnetic. Jest to kolejna - bardzo udana - inicjatywa czterech przedsiębiorców z Trójmiasta, którzy tworzyli YDP. W tej chwili szukam nowych możliwości rozwoju. Chodzi o to, żeby wejść na inny poziom. Przygotowuję się do poszukiwania klientów za granicą. Mam pewne doświadczenia z klientem niemieckim czy czeskim, ale chcę to rozszerzyć. Uruchomiłem właśnie nową stronę internetową, zmieniłem też nazwę firmy. Chcę poszukać, a nie czekać, aż ktoś mnie znajdzie. Nie dlatego, że brakuje mi klientów, ale wiadomo, że na rynku międzynarodowym są większe możliwości.

Większe pieniądze, większe projekty.

- Oczywiście. Stabilność finansowa jest wówczas, gdy jest dywersyfikacja dochodów. Jeżeli zbuduję bazę zagranicznych klientów, to będę szczęśliwy, dlatego do tego dążę. Dziś, w dobie sieci, odległość nie jest problemem. Wystarczy szybkie łącze. Z podróżowaniem też nie ma kłopotu, gdy współpraca wymaga kontaktu osobistego.
Wiadomo, że są takie momenty, gdy spada liczba zleceń, bo na rynku coś się dzieje, jakieś zawirowanie, albo po prostu klienci przestają zamawiać i trzeba się do tego jakoś przygotować.

Zbudowanie bazy klientów to chyba nie jest tak prosta sprawa? Jak pan sobie z tym poradził?

- Na to pracuje się latami. Przyznam, że gdy zdecydowałem się pracować na własny rachunek miałem łatwiej, bo już miałem klientów i dość sporą grupę kontaktów. To przejście było dosyć płynne. Wiadomo, że są takie momenty, gdy spada liczba zleceń, bo na rynku coś się dzieje, jakieś zawirowanie, albo po prostu klienci przestają zamawiać i trzeba się do tego jakoś przygotować. Każdy ma swój sposób i tego też trzeba się nauczyć. Natomiast każdego zachęcam do bycia "na swoim", bo wydaje mi się, że blasków jest więcej niż cieni. Wiadomo, że firmy są i znikają. Zmieniają się prezesi i zarządy. Nigdy nie można być pewnym swojego miejsca w firmie, nawet gdyby się było jakimś filarem czy najlepszym specjalistą, to zawsze może przyjść ktoś inny albo będzie potrzebny ktoś tańszy. Firma musi dbać o swój interes, o interes pracodawcy i to trzeba rozumieć.

A na swoim człowiek jest u siebie.

- Tak. Dlatego zachęcam wszystkich, aby zakładali własne firmy, bo naprawdę warto. Oczywiście bywa ryzyko, bywa niepewność.

Są gorsze strony bycia na swoim?

- Są. Kiedy spada liczba zamówień i na dodatek nie wiadomo, dlaczego. Albo kiedy w firmie, z którą się pracowało następują zawirowania, zmienia się zarząd i firma zrywa współpracę. Nie dlatego, że jest niezadowolona, ale po prostu ma kogoś innego. I na to nie mamy wpływu i to mnie denerwuje, to mi przeszkadza. Dlatego właśnie chcę poszukać klientów za granicą, żeby ta pewność i stabilizacja finansowa był większa. To jest jedna rzecz. Druga jest taka, że cały czas jest się w pracy. To też trochę odbija się na rodzinie. Moja rodzina jest na tyle wyrozumiała, że radzi sobie z tym. Mam żonę i dwójkę dzieci, dorosłego syna, o którym wspominałem i nastoletnią córkę. Problem w tym, że jak pracowałem na etacie wcale nie było inaczej. Mój syn, jak się dowiedział, że ja zaczynam pracę w domu, to się ucieszył, że będę miał więcej czasu dla niego. Niestety wówczas dużo się nie zmieniło. To jest poważny minus takiej pracy. Raz, że na swoim, a ja jeszcze dodatkowo mam swoją firmę, pracownię w domu. Oczywiście mam spotkania, wyjazdy, ale raczej jestem w domu. Na szczęście jestem tego typu człowiekiem, że nie żyję tylko biznesem. To jest dla mnie źródło dochodu, a nie cel w życiu. Różne bywają lata, różne okresy, czasem trzeba się bardziej poświęcić i pracuje się kilkanaście godzin, a nie zwyczajowe osiem. Jeżeli jednak człowiek się z tym oswoi, nauczy się, to jednak blasków jest więcej.
Gdybym nie miał prawa użyć tej ilustracji, to moja marka i kariera zostałyby zniszczone. Niby drobna rzecz, mała ilustracja, ale jak bardzo ważna.

A samodyscyplina?

- Na szczęście mam to w sobie, nie wyobrażam sobie, żebym czegoś nie zrobił, skoro się zobowiązałem. Staram się też nad wszystkim panować, porządkować sprawy, nie dopuszczam do bałaganu.

Jest pan artystą, twórcą. Czy zdarzyło się, że pan został okradziony, że ktoś skorzystał z pana pomysłu, wykorzystał pana projekt?

- Na szczęście nic o tym nie wiem. Miałem tylko taki jeden przypadek, jeszcze w czasach studenckich. Kiedyś przyszedł do mnie mój kolega bardzo oburzony i powiedział, że w klubie studenckim pewien gość zaśpiewał moją piosenkę i powiedział, że jest jej autorem. A zabezpieczać się trzeba. Ja wszystkie projekty jeszcze na etapie koncepcyjnym pokazuję klientom i mam je umieszczone w tzw. chmurze, czyli można je zobaczyć tylko klikając w odnośnik, są więc umieszczone na moim serwerze. Pierwsza publikacja jest zrobiona przeze mnie. To można bardzo łatwo sprawdzić. Sam też korzystam wyłącznie z legalnych programów. Jest to o wiele prostsze, bo nie ma ani problemów prawnych, ani z działaniem. Jest dużo piractwa, ale te czasy na szczęście powoli mijają w Polsce. Kiedyś miałem przygodę związaną z prawami autorskimi. Wśród moich klientów jest Polska Izba Rzeczników Patentowych. Robiłem dla nich projekt. Potrzebowali czegoś bardzo szybko, więc nie zdążyłbym wszystkiego zrobić sam i użyłem materiału stockowego, czyli zakupionego w specjalistycznym portalu. Był to rysunek, który pasował do sytuacji. To była jakaś międzynarodowa konferencja. Materiały zostały wydrukowane i ktoś tej instytucji zarzucił, że mają w swoich opracowaniach ilustrację podobną do czyjejś pracy. Zgłosili się do mnie, na szczęście spokojnie mogłem udowodnić, że źródła są w pełni legalne. Gdybym nie miał prawa użyć tej ilustracji, to moja marka i kariera zostałyby zniszczone. Niby drobna rzecz, mała ilustracja, ale jak bardzo ważna.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Opinie (17)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Jan Zarębski

Działalność gospodarczą rozpoczął już na początku lat 80. Stworzył firmy takie jak Lonzę i Natę,...