stat

Na swoim. Mobilna obróbka skrawaniem, czyli lotna jednostka serwisowa

Decydując się na własny biznes dokładnie wiedzieliśmy, czego chcemy. Nie chodziło nam o założenie spółki i liczenie na to, że jakoś to będzie - mówią twórcy NGL Machining.
Decydując się na własny biznes dokładnie wiedzieliśmy, czego chcemy. Nie chodziło nam o założenie spółki i liczenie na to, że jakoś to będzie - mówią twórcy NGL Machining. fot. Łukasz Unterschuetz / trojmiasto.pl

O tym, że można odnosić sukcesy na rynku, nawet gdy w branży panuje kryzys, choć zawsze warto dywersyfikować, a także o tym, że spółki są dobre, zwłaszcza gdy łączy się różne kompetencje rozmawiamy z Rafałem Boguszem i Arturem Chróścielewskim z firmy NGL Machining. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Malwiną Markowską, właścicielką Kashmir Spa. Kolejny wywiad już za miesiąc.


Posiadamy różne doświadczenia, wykształcenie, umiejętności. Razem udało nam się stworzyć prężnie działającą firmę.

Od kiedy i dlaczego jesteście panowie na swoim?

Rafał Bogusz: - Formalnie firmę założyliśmy w grudniu 2014 roku, pierwsze kontakty zaczęliśmy zdobywać z początkiem stycznia 2015 roku. Nie stało się to jednak z dnia na dzień. W naszym przypadku był to proces poprzedzony szeregiem analiz oraz przygotowań. Należy jednak zacząć od tego, że decydując się na własną działalność, każdy z nas miał już ustabilizowane życie rodzinne. Najważniejsze decyzje były za nami. Mamy kochające żony, dzieci, które okazały się dla nas największym wsparciem i motorem do dalszego działania. Bez nich nie bylibyśmy pewnie w tym miejscu, w którym jesteśmy teraz... ale zacznijmy od początku. Decydując się na własny biznes dokładnie wiedzieliśmy, czego chcemy. Nie chodziło nam o założenie spółki i liczenie na to, że jakoś to będzie. Od początku miał być to biznes, czyli działalność przynosząca nam wymierne korzyści. Dlatego każde nasze działanie zostało poprzedzone gruntownymi analizami, w efekcie których stworzyliśmy strategię, zgodnie z którą postępowaliśmy i której po dziś dzień się trzymamy. Posiadamy różne doświadczenia, wykształcenie, umiejętności. Razem udało nam się stworzyć prężnie działającą firmę.

Artur Chróścielewski: - Doświadczenie, jakie zdobyłem pracując przez ostatnie 10 lat w serwisach remontów silników okrętowych znacznie ułatwiło mi poruszanie się po rynku usług specjalistycznych. Wiedziałem, czego brakuje na rynku, gdzie są nisze, w których można zaistnieć. Konsekwencją zamykania dużych zakładów przemysłowych, które przed transformacją były jednymi z największych w Europie, było pojawienie się na rynku luki sprzętowej. Brak specjalistycznych maszyn wiązał się z brakiem możliwości wykonania usług, na które rynek cały czas zgłaszał zapotrzebowanie. W pewnym momencie nasze rodzime firmy, chcąc utrzymać ciągłość produkcji, zmuszone były do korzystania z usług wykonawców z Europy Zachodniej, a niekiedy nawet ze Stanów Zjednoczonych.
Działamy wszędzie tam, gdzie jest potrzeba, niezależnie od tego, czy daną pracę trzeba wykonać w firmie po sąsiedzku, czy na drugim końcu świata.

Do czasu pojawienia się NGL Machining. Czym dokładnie zajmuje się panów firma?

RB: - Mobilną obróbką skrawaniem. Odwracamy proces obróbki metalu, docierając z naszymi maszynami do obrabianego elementu, a nie odwrotnie. Obrabiamy te elementy, których nie da się zdemontować, przetransportować, albo ich demontaż i transport jest bardzo skomplikowaną operacją logistyczną. Operacją, która zajmuje dużo czasu oraz generuje zbyt wysokie koszty.

ACh: - Jesteśmy taką lotną jednostką serwisową. Działamy wszędzie tam, gdzie jest potrzeba, niezależnie od tego, czy daną pracę trzeba wykonać w firmie po sąsiedzku, czy na drugim końcu świata. Dużą część naszych zleceń stanowią zlecenia serwisowe wykonywane w trybie awaryjnym. Czasem na dotarcie do miejsca wykonywania zlecenia oraz na samo jego wykonanie mamy zaledwie kilkadziesiąt godzin. W takich przypadkach musimy pozostawać w stałej gotowości i mieć możliwość wysłania zespołu nawet w najbardziej odległe zakątki świata. Jeszcze kilkanaście dni temu byliśmy np. w  Malezji, gdzie wykonywaliśmy regenerację bloku silnikowego.

Pan, panie Arturze był związany z branżą, a pan Rafał również?

RB: - Nie. Jestem z wykształcenia magistrem ekonomii. Wcześniej pracowałem w firmie, która sprzedawała maszyny budowlane. Zdecydowanie bardziej znam się na handlu i kontaktach z klientami. Moją pasją jest marketing i w nim czuję się najlepiej.
Okazuje się, że z ekonomisty można zrobić pracownika serwisowego, który z wieloma sprawami technicznymi sobie poradzi.

To jak się pan odnalazł w tak technicznej branży?

RB: - Od początku nasze role w firmie były jasno określone. Każdy zajmuje się tym, na czym się zna. Dopóki nie musimy, dopóty nie wchodzimy sobie w kompetencje. Nie jestem i nigdy nie będę wykwalifikowanym inżynierem czy tokarzem. Gdy realizujemy projekt, oprócz spraw organizacyjnych pozostaje mi rola pomocnika. Tokarze toczą, a szef stanowi dla nich tylko wsparcie. Osobą wiodącą w zakresie technicznym jest Artur. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest najlepszym specjalistą z naszej branży w Polsce, co pewnie potwierdzi każdy z naszych klientów.

ACh: - Muszę jednak powiedzieć, że Rafał przez te trzy lata poczynił ogromne postępy techniczne. Nawet zmienił mój - do tej pory krytyczny - punk widzenia w zakresie szkolenia ludzi spoza branży. Okazuje się, że z ekonomisty można zrobić pracownika serwisowego, który z wieloma sprawami technicznymi sobie poradzi.
Znamy się od zawsze, razem się wychowaliśmy. Do tej pory się przyjaźnimy i bezgranicznie sobie ufamy - mówią twórcy NGL Machining.
Znamy się od zawsze, razem się wychowaliśmy. Do tej pory się przyjaźnimy i bezgranicznie sobie ufamy - mówią twórcy NGL Machining. fot. Łukasz Unterschuetz / trojmiasto.pl

Rozumiem więc, że gdy trzeba zrobić bilans lub wybrać ofertę leasingową to siłą przewodnią staje się pan Rafał.

RB: - Tak. To są moje zadania. Choć i w tych "moich sprawach" czasem Artur też musi pomóc. Ostatnio na targach Baltexpo 2017 to właśnie on nas reprezentował i muszę powiedzieć, że poradził sobie świetnie. Musimy się uzupełniać. My naprawdę daleko zaszliśmy. Rocznie robimy ponad 50 dużych projektów. Mam wrażenie, że nam się udaje między innymi dlatego, że jest nas dwóch i mamy bardzo szerokie, uzupełniające się umiejętności.

Zwykle firmy tworzą kumple ze studiów. Jak to się stało, że panowie się spotkali?

ACh: - Nie jesteśmy kumplami ze studiów, ale za to z podwórka.
Strategia, jaką obmyśliliśmy na początku jest nadal aktualna. Zmieniły się tylko cele, tamte już w większości osiągnęliśmy.

RB: - Znamy się od zawsze, razem się wychowaliśmy. Do tej pory się przyjaźnimy i bezgranicznie sobie ufamy.

ACh: - To jeden z powodów naszego powodzenia.

RB: - Chyba najważniejszy.

Na stronie internetowej waszej firmy widnieje motto, czyli słowa H. Forda: "Połączenie sił to początek, pozostanie razem to postęp, wspólna praca to sukces".

RB: - To jest samo sedno.

Powiedzieli panowie, że firma powstała, bo była taka potrzeba na rynku. Jednak jakaś konkurencja chyba jest. Ile jest takich firm jak wasza w Polsce?

RB: - Firm zajmujących się mobilną obróbką jest kilka. Jednak na takim poziomie, jak my obecnie jesteśmy, mam tu na myśli posiadany park maszynowy oraz możliwości wykonawcze, są tylko dwie firmy, w tym jedną z nich jesteśmy my. Poza tym jest wiele mniejszych podmiotów, ale one już odstają pod względem sprzętowym czy liczby zespołów wykonawczych. Nie są wstanie podejść do większości projektów, które my realizujemy. Znalezienie się w miejscu, w którym aktualnie jesteśmy wymagało od nas wielu wyrzeczeń i zaangażowania, ciężkiej pracy oraz odwagi inwestycyjnej.

Powiedzieli panowie, że mieliście strategię, plan, ale coś na pewno panów zaskoczyło?

RB: - Było sporo rzeczy, których nie przewidzieliśmy, które pojawiły się w trakcie. Jednak nie były to sprawy, które mogły nas zatrzymać. Strategia, jaką obmyśliliśmy na początku jest nadal aktualna. Zmieniły się tylko cele, tamte już w większości osiągnęliśmy.

ACh: - Pierwsze zakupy maszyn, jakie realizowaliśmy, pomimo tego, że były one zakupami przemyślanymi, realizowanymi w odpowiedzi na potrzeby rynkowe, były działaniami obarczonymi bardzo wysokim ryzykiem. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, jaki będzie współczynnik wykorzystania poszczególnych maszyn. Trafność wyborów, jakich dokonaliśmy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Oby takich niespodzianek było jak najwięcej.
Później poszło już z górki. Nie wiedząc kiedy i jak, pocztą pantoflową o naszym istnieniu dowiedzieli się inni zleceniodawcy.

Właśnie - sprzęt. Wasza działalność wymagała sporych środków od samego początku. Jak z tym sobie radziliście?

RB: - Oszczędności i leasingi. Pierwsze z kupowanych maszyn braliśmy w leasing, a na bieżącą działalność, w tym m.in. pierwsze wypłaty dla pracowników, przeznaczyliśmy własne oszczędności. Na szczęście szybko zaczęliśmy zarabiać. Wciąż jednak się rozwijamy, a co za tym idzie, wciąż inwestujemy. Ostatnio udało nam się pozyskać wsparcie dotacyjne w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Pomorskiego na lata 2014-2020. Przy wykorzystaniu tych środków będziemy realizowali zakup sześciu nowych maszyn, w tym laser trackera pozwalającego na wykonywanie pomiarów przestrzennych (3D) konstrukcji wielkogabarytowych. Inwestycje w sprzęt są nieodzowną częścią naszej działalności. Dzięki nim zwiększamy swoje możliwości produkcyjne, dając naszym zleceniodawcom możliwość realizacji coraz to bardziej technologicznie zaawansowanych konstrukcji.

Jak się zdobywa zlecenia na tym rynku?

ACh: - Początki były ciężkie. Konsekwencje ewentualnego błędu, jaki można popełnić w trakcie pracy powodują, że nasi zleceniodawcy niechętnie decydują się na współpracę z nieznanymi podmiotami. Wówczas taką firmą byliśmy właśnie my... poza moim nazwiskiem, osoby rozpoznawalnej w jakimś tam stopniu w branży, nazwa naszej spółki nic nikomu nie mówiła. Byliśmy nowym podmiotem, bez historii, bez referencji. Podmiotem, o którym nikt nie słyszał, którego nikt nie znał. Jako pierwsza zaufała nam Remontowa Shipbuilding SA, za co jesteśmy im niezmiernie wdzięczni. Stocznia zleciła nam realizację obróbki fundamentów pod pędniki azymutalne na promie Samsoe. Powierzone nam zadanie wykonaliśmy przy obopólnym zadowoleniu każdej ze stron. Później poszło już z górki. Nie wiadomo kiedy i jak, pocztą pantoflową o naszym istnieniu dowiedzieli się inni zleceniodawcy.

RB: - Artur funkcjonując w  branży okrętowej od wielu lat wyrobił sobie markę, którą scedował na naszą spółkę. Pomógł nam otworzyć drzwi, które dla podmiotu "no name" byłyby pewnie długo zamknięte. Inaczej było w przemyśle energetycznym czy też chemicznym, w tych segmentach musieliśmy zaistnieć jako zupełnie nowy podmiot, dotychczas nikomu nieznany. Niezależnie jednak, czy dla danego podmiotu wykonywaliśmy już jakieś usługi czy nie, za każdym razem u podstaw pozyskania danego kontraktu leżą negocjacje handlowe, które każdorazowo musimy zakończyć sukcesem. Teraz jest nam łatwiej. Na początku to zawsze my musieliśmy dopasować się do klienta.
Zawsze jeden z nas bezpośrednio nadzoruje projekty, w myśl powiedzenia "pańskie oko konia tuczy".
Dziś coraz częściej zdarza się, że to klient czeka na nas. Kiedyś nawet jedna ze stoczni zmieniła harmonogram produkcji tylko po to, żebyśmy to my mogli wykonać daną usługę. Osoby znające branżę wiedzą, że takie rzeczy raczej się nie zdarzają. To był dla nas ogromny komplement. Już w drugim roku działalności zaczęli docierać do nas klienci z polecenia. Zaczęły dzwonić telefony z Czech, Chorwacji, Niemiec - czy jak ostatnio - nawet z Malezji. Sami jednak nie pozostajemy bierni, dużo inwestujemy w marketing. Pojawiamy się na targach, imprezach oraz konferencjach branżowych. Wszędzie tam, gdzie mówi się o naszej branży, my staramy się promować naszą firmę. Korzystamy również z pomocy pośredników handlowych. Nie wszędzie jesteśmy w stanie dotrzeć, czemu więc nie skorzystać z wiedzy i przede wszystkim znajomości osób, które znają dany rynek. Prowadząc firmę trzeba dywersyfikować portfel klientów. Od samego początku wiedzieliśmy, że nie możemy opierać naszej działalności na współpracy tylko z podmiotami lokalnymi. Wiedzieliśmy, że poza przemysłem stoczniowym musimy otworzyć się na inne segmenty rynku: energetykę, petrochemię, chemię, przemysł wydobywczy. Wiedzieliśmy również, że docelowo będziemy pracowali poza granicami naszego kraju.

Na ścianie w panów biurze wisi mapa świata, na której pinezkami zaznaczonych jest wiele miejsc. Co się za tym kryje?

RB: - To miejsca, w których pracowaliśmy. Jak widać, udało nam się być m.in. w Ameryce Środkowej, Południowej, Afryce, teraz koledzy wrócili z Azji. W październiku lecimy do Dubaju i już wiemy, że na początku przyszłego roku będziemy pracować w Singapurze. Aktualnie prowadzimy również rozmowy z klientami z Rosji oraz Rumunii.

Jak duży zespół pracuje w tych wszystkich egzotycznych miejscach?

ACh: - Zaczynaliśmy od zespołu czteroosobowego, dziś jest nas dziesięcioro. Jak jest dużo pracy, to my również dołączamy do zespołów wykonawczych. Zawsze jeden z nas bezpośrednio nadzoruje projekty, w myśl powiedzenia "pańskie oko konia tuczy". Takie osobiste zaangażowanie jest zresztą dobrze widziane przez zleceniodawców.

Czyli zarządzanie zza biurka nie jest dla panów?
Branża, w której działamy jest bardzo ciekawa. Za tym wszystkim kryje się jednak ciężka praca.

RB: - Raczej nie. Chcemy i zarazem musimy być na projektach. Przekazywanie w pełni kompetencji zespołom wykonawczym zapewne odbiłoby się na naszej efektywności oraz jakości świadczonych usług. Ludzie są najważniejszym, ale też najsłabszym ogniwem każdej firmy. Najważniejszym, bo to właśnie oni tworzą firmę, ale i najsłabszym, bo o dobry zespół wcale nie jest łatwo. Zwłaszcza, gdy liczy się nie tylko fachowość, ale też atmosfera w pracy.

ACh: - Staraliśmy się zbudować zespół, który nie tylko będzie posiadał odpowiednie umiejętności, ale przede wszystkim będzie zgraną grupą ludzi, chcącą razem pracować i razem spędzać czas. Pozostawanie przez tydzień w jednym miejscu, w jednym pokoju hotelowym, bez możliwości zmiany otoczenia, naprawdę potrafi być uciążliwe. Zawsze zależało nam na zadowoleniu naszych pracowników, dlatego chcieliśmy stworzyć miejsce pracy, do którego będą chcieli przychodzić. Wydaje mi się, że nam się udało... my z chęcią przychodzimy do pracy.

RB: - Branża, w której działamy jest bardzo ciekawa. Pracujemy w różnych miejscach, przy różnych projektach, rzadko kiedy wykonujemy powtarzalne czynności. Za tym wszystkim kryje się jednak ciężka praca. Zazwyczaj pracujemy w ograniczonych przestrzeniach, w brudzie, hałasie, typowych warunkach dla przemysłu ciężkiego. Wyjazd serwisowy w egzotyczne miejsce nie oznacza zwiedzania, tylko ciężką pracę w ekstremalnie trudnych warunkach. Nasi pracownicy wiedzą, że u nas można zarobić, a warunki pracy, jakie tworzymy, znacznie odbiegają od tych, jakie można spotkać w innych firmach. W zamian jednak oczekujemy oddania oraz pracy na 100 proc. U nas pracuje się dla wyniku, nie dla godzin. Nie wszyscy nasi dotychczasowi pracownicy byli w stanie takie warunki zaakceptować. Tak więc przemiał ludzi był u nas spory, ale udało nam się stworzyć fajny zespół, a jego trzon jest z nami od początku.
Najbardziej dołujące jest to, że wśród firm niedotrzymujących ustalonych terminów płatności są również spółki Skarbu Państwa.

Czy to prawda, że coraz trudniej o fachowego pracownika?

ACh: - Idealny pracownik serwisowy to taki, który łączy kwalifikacje ślusarza z kompetencjami mechanika. Kiedyś takie stanowisko nazywano "monter maszyn i urządzeń okrętowych". Były szkoły, które tych pracowników kształciły. W tej chwili ludzi z takimi kwalifikacjami praktycznie nie ma. To był taki uniwersalny żołnierz stoczniowy, który zajmował się mechaniką, ale był też wyspecjalizowanym pracownikiem potrzebnym przy montażu bardzo dużych i ciężkich urządzeń. Nam są potrzebni ludzie, którzy doskonale czują się w przemyśle okrętowym, wiedzą, "gdzie jest dziób, a gdzie rufa", wiedzą, jak pracować w tych tak trudnych warunkach. Nasz zespół to mieszanka ludzi o różnych specjalnościach. Stąd praca zespołowa, gdzie kwalifikacje poszczególnych osób wzajemnie się uzupełniają.

A co jest najtrudniejsze w byciu przedsiębiorcą?

RB: - Utrzymanie płynności finansowej, na co niestety nie mamy wpływu. Frustrujące jest, jak musimy prosić o zapłatę naszych własnych, ciężko zarobionych pieniędzy. Szczególnie trudny jest ostatni rok, kiedy to opóźnienia w płatnościach sięgają nawet 6 miesięcy. Wszystkie inne trudności, jakie napotykamy, a jest ich wiele, są do przejścia. Czasem narzeka się na urzędy skarbowe, na ZUS, ale tam też pracują ludzie i przy odrobinie dobrej woli wszystko udaje się załatwić. Z brakiem środków na koncie trudno sobie jednak poradzić. My w ostateczności możemy poczekać, co jednak mamy powiedzieć naszym dostawcom, naszym pracownikom. Pracujemy na różnych rynkach, polskich i zagranicznych, dla różnych przemysłów, maksymalnie zdywersyfikowaliśmy profil naszych klientów, a i tak praktycznie za każdym razem mamy problemy z terminowymi płatnościami. Tak nie powinno być.

ACh: - Często firmy wymuszają długie terminy płatności, nawet do 90 dni. A dlaczego to my mamy ich finansować. Gdzie jest biznes?

RB: - Prowadzenie firmy ma być biznesem, a biznes jest wtedy, gdy się zarabia. Najbardziej dołujące jest to, że wśród firm niedotrzymujących ustalonych terminów płatności są również spółki Skarbu Państwa.

Działacie od trzech lat, idziecie mocno do przodu, w jakim punkcie będziecie za kolejne trzy lata?
Nie chcemy też pracować na ilość, od samego początku postawiliśmy na jakość i stale ją utrzymujemy.

RB: - Tak, to prawda. Stale się rozwijamy. Rok po roku wykonujemy coraz więcej projektów, stale odnotowujemy wzrost wskaźników ekonomicznych. Zobaczymy, jak się uda zakończyć ten rok, ale już po pierwszych trzech kwartałach widzimy tendencję wzrostową, choć trzeba zauważyć, że jest to rok trudny. Przemysł ciężki jest w zapaści i to na całym świecie, a my się jednak rozwijamy. To wynika z naszej ostrożności biznesowej, nie podejmujemy się realizacji projektów, do wykonania których nie jesteśmy przygotowani, nigdy nie improwizujemy licząc, że jakoś to będzie, nie pracujemy dla klientów, którzy nie płacą lub odwlekają terminy płatności w nieskończoność. Co dalej? Mamy nadzieję, że rynek stoczniowy się odbije. Myślimy o rozbudowie zespołu. Czy się uda, zobaczymy, nie wszystko zależy od nas. Mamy jedną zasadę, zatrudniając kolejną osobę musimy być pewni, że jesteśmy jej w stanie zapewnić pełne obłożenie godzinowe, że wiążemy się na lata, a nie tylko na realizację jednego projektu. Brak stabilności na rynku hamuje nasze decyzje i jeżeli rynek się nie zmieni, będziemy postępowali tak, jak dotychczas, czyli bardzo zachowawczo.

ACh: - Poza tym nie chcemy szkolić ludzi dla firm konkurencyjnych. Nie chcemy też pracować na ilość, od samego początku postawiliśmy na jakość i stale ją utrzymujemy. Przy realizacji projektów mierzyliśmy się z wieloma problemami, nigdy jednak nie porzuciliśmy projektu, nie zdaliśmy pracy, z której sami nie bylibyśmy zadowoleni. Po nas jeszcze nikt nic nie poprawiał, my po innych wielokrotnie.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (36)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
13.10.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane