stat

Na swoim. Od lali księżniczki po szopa, przytulanki Anny Przybyłowskiej

Wiem ile wart jest mój produkt, jakiej jest jakości i ile pracy wymagał. Wiem, czym się broni przed chińskimi produktami - mówi Anna Przybyłowska.
Wiem ile wart jest mój produkt, jakiej jest jakości i ile pracy wymagał. Wiem, czym się broni przed chińskimi produktami - mówi Anna Przybyłowska. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że negocjowanie kontraktów za miliony to nie to samo co sprzedawanie swoich produktów, że w każdym biznesie połowę sukcesu zapewnia wspierający współmałżonek, a także o tym, że... lala księżniczka z Chin to nie to samo rozmawiamy z Anną Przybyłowską właścicielką MYtinyHOBBY, firmy szyjącej maskotki. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Agnieszką Kamińską, właścicielką szkoły Open Voice Studio. Kolejny wywiad już za miesiąc.


Szycie pomagało mi się odstresować. Wracałam z pracy, moja córka Maja szła spać, a ja siadałam do maszyny.

Szyje pani zabawki, bo... ?

Anna Przybyłowska: - Szyję, bo bardzo to lubię, bo to moje hobby.

Takie "tiny" hobby, które z "malutkiego" stało się już całkiem pokaźną firmą.

- Tak. Czasem klienci mi mówią, że już chyba czas zmienić logo i nazwę. Nie ma jednak takiej potrzeby, moja firma wciąż jest "tiny", a dla mnie szycie to wciąż pasja i coś, co kocham właściwie od dzieciństwa. Moja babcia kiedyś szyła mundury dla wojska. W domu miała maszynę Łucznik. Szyła na niej też kreacje dla mojej mamy, cioci i dla mnie. Jak byłam mała, to spędzałam u babci całe godziny i patrzyłam, jak pracuje. Bardzo miło to wspominam, a szczególnie taką wielką torbę w biało-niebieskie paski, która była wypchana różnymi resztkami materiałów. Tych kolorowych skrawków naprawdę było dużo, a ja uwielbiałam się nimi bawić.

I postanowiła pani, że też będzie szyła?

- Nie. Zanim powstała moja firma, trafiłam na Politechnikę Gdańską. Ukończyłam ekonomię i zarządzanie i na wiele lat związałam się z branżą budowlaną. Zaczynałam w dziale kalkulacji, a ostatecznie byłam koordynatorem kontraktów, miałam pod sobą zespół ludzi i razem przygotowywaliśmy przetargi, od momentu, jak się ukazały, praktycznie do ostatecznych negocjacji przed podpisaniem umowy. Była to bardzo stresująca praca, bo w grę wchodziły umowy na miliony złotych. Wystarczyło gdzieś przy przetargu za 100 mln zł pomylić się o przecinek i już robił się problem. Szycie pomagało mi się odstresować. Wracałam z pracy, moja córka Maja szła spać, a ja siadałam do maszyny.
To nie stało się z dnia na dzień, to był cały proces. Można powiedzieć, że dojrzewałam do decyzji o byciu "na swoim".

Powstawały maskotki?

- Na początku nie szyłam maskotek. Zaczęło się od rolet i tzw. aspektu ekonomicznego, który w pewnym momencie zmusił mnie do sięgnięcia po maszynę. Kiedy przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, chciałam kupić na okna tzw. rolety rzymskie. Niestety ich cena była wówczas dla mnie za wysoka. Znalazłam więc przez internet firmę, która sprzedawała same systemy do rolet, kupiłam materiał w Ikei i sama uszyłam swoje pierwsze rolety. Przyznam, że udały się i całkiem długo nam służyły. A potem się zaczęło, a to jakieś obicia na fotele, a to okrycie na kanapę. Jak pojawiły się dzieci, to zaczęłam szyć dla nich ubranka. Potem maskotki. Na początku dla moich dzieci, później dla dzieci znajomych i tak poszło.

I któregoś dnia rzuciła pani pracę i otworzyła firmę.

- To nie stało się z dnia na dzień, to był cały proces. Można powiedzieć, że dojrzewałam do decyzji o byciu "na swoim". Jak już mówiłam, szyłam przy okazji, czasem coś sprzedałam. Skrycie marzyłam o firmie. Pamiętam, jak kiedyś będąc na wycieczce rowerowej z mężem i córką, kiedy jeszcze nie było na świecie Kuby, naszego syna, podczas odpoczynku, zamiast uciąć sobie drzemkę, kombinowałam, jak nazwać firmę, wymyślałam logo. Niestety, jestem osobą, która nie potrafi odpoczywać, cały czas muszę działać. Tak mam, nie potrafię leżeć i "robić nic", bo dla mnie jest to marnotrawstwo czasu. Wiedziałam, że te moje produkty mają wzięcie, czasem nawet musiałam odmawiać, bo miałam swoją podstawową pracę i rodzinę, ale nie od razu uwierzyłam, że mogę zająć się tylko szyciem maskotek. Po namowach przyjaciół, klientów i przede wszystkim męża zdecydowałam się, że założymy firmę. Jednak przez pierwszy rok starałam się godzić pracę na etacie z rozkręcaniem tego mojego małego biznesu. W międzyczasie urodziłam drugie dziecko. To cały czas było moje hobby, jednak jak pojawił się Kuba i tych zamówień było coraz więcej, to stwierdziliśmy, że chyba jednak spróbuję zająć się tym w pełnym wymiarze. Prowadzenie własnej firmy miało mi też dać czas na bycie z moimi dziećmi. Tak mi się przynajmniej wydawało na początku.

Tak zwykle myślą wszystkie tzw. młode mamy, które na macierzyńskich czy wychowawczych idą "na swoje".
Na początku te lale księżniczki miały bardzo cieniutkie rączki i nóżki. Trzeba to było zmienić, bo szycie w ten sposób na bardziej masową skalę byłoby bardzo pracochłonne i trudne.

- Też tak myślałam. Poprzednia praca, którą bardzo lubiłam, która dawało mi dużo satysfakcji, czasem zabierała mi 20 godzin na dobę. Cały czas trzeba było być pod telefonem. Przez to nie miałam tyle czasu dla dzieci, ile bym chciała. Niestety, na początku prowadzenia własnej działalności to się nie zmieniło i dalej praca pochłaniała mnie najbardziej. Teraz jednak już jestem na takim etapie, kiedy coraz więcej czasu mogę poświęcić dzieciom. To już zaczyna mieć ręce i nogi. Mogę tak ułożyć pracę, aby rodzina na tym nie cierpiała. Dziś już też nie jestem sama, mam pracowników.

Pierwsza maskotka, która powstała to... ?

- Lala księżniczka. To jest do dziś główny, można powiedzieć flagowy nasz produkt.

Tę pierwszą ma pani do dziś?

- Moje dziecko chyba ją jeszcze ma.

Powinna już wisieć w gablocie na honorowym miejscu.

- Pewnie tak. Jakiś czas temu odwiedziliśmy za granicą naszych znajomych, których córkę kiedyś obdarowałam taką lalką. To było dawno temu, a okazało się, że ona ma ją do dziś. To było bardzo miłe, że ta lala cały czas jest.

A jak obejrzała ją pani, to... coś by pani poprawiła?

- Tak. Wiele rzeczy. Na początku te lale księżniczki miały bardzo cieniutkie rączki i nóżki. Trzeba to było zmienić, bo szycie w ten sposób na bardziej masową skalę byłoby bardzo pracochłonne i trudne.

A już myślałam, że zaraz mi pani powie, że chodziło o niepropagowanie anoreksji wśród dziewczynek.
Z biznesplanem faktycznie nie miałam problemu. Wydaje mi się, że koszty mam zoptymalizowane, że bardzo dobrze jest to wszystko policzone.

- Nie. Myślałam o tym, jak to wypchać, żeby usprawnić pracę. Choć właściwie talii zaznaczonej te nasze lale nie mają, więc może wpisuję się w ten trend, o którym pani mówi. Chodziło jednak o to, żeby zoptymalizować produkcję, aby łatwo się szyło. Marzy nam się maszyna do wypychania maskotek, ale wówczas trzeba by było mieć większą powierzchnię do pracy. To byłoby związane z rozwojem, więc wszystko przede mną. Na razie wynajmujemy dwa pokoje. Kiedyś szyłam w domu i miałam sypialnio-magazyn.

Optymalizacja produkcji... To wieloletnie doświadczenie w budowlance, w zdobywaniu kontaktów chyba się pani przydaje. Branża inna, ale z napisaniem biznesplanu chyba nie miała pani problemów. Od czego pani zaczęła?

- Z biznesplanem faktycznie nie miałam problemu. Wydaje mi się, że koszty mam zoptymalizowane, że bardzo dobrze jest to wszystko policzone. Mam też bardzo odpowiedzialnych pracowników, którzy traktują materiał z szacunkiem, jeżeli wykrawają wzory, to starają się to robić tak, aby ten odpad był jak najmniejszy. Dostawców, zwłaszcza maszyn, szukałam lokalnie. Wiedziałam, że gdy coś mi się zepsuje, to będzie łatwiej z serwisem. Choć tu muszę przyznać, że zanim zadzwonię po mechanika, to najpierw sama rozkręcam maszynę i czasem udaje mi się ją naprawić.
Były momenty, gdy myślałam, że to chyba nie jest to, że może nie warto, że to za ciężki kawałek chleba. Były momenty rezygnacji, że może trzeba wrócić do starej pracy. I tu wkraczał mąż, który utwierdzał mnie w tym, że dobrze robię, że trzeba przetrwać i bo robię to dobrze - mówi Anna Przybyłowska.
Były momenty, gdy myślałam, że to chyba nie jest to, że może nie warto, że to za ciężki kawałek chleba. Były momenty rezygnacji, że może trzeba wrócić do starej pracy. I tu wkraczał mąż, który utwierdzał mnie w tym, że dobrze robię, że trzeba przetrwać i bo robię to dobrze - mówi Anna Przybyłowska. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

Umysł ścisły się przydaje.
Kuba to chciałby transformersa, niestety tego nie jestem w stanie uszyć. To by była bardzo droga zabawka, ponieważ trzeba by się przy niej bardzo namęczyć.

- Czy to wpływ politechniki, czy branży budowlanej - nie wiem. Zanim zadzwonimy po mechanika - a wiadomo, to też nie jest tak, że od razu przyjedzie - to sama siadam i sprawdzam, jaki jest problem. Jak się uda, to naprawię, jak nie - to dzwonię, jednak zwykle już wiem, co jest nie tak. Dostawców materiałów do wyrobu maskotek wybierałam metodą... prób i błędów. Takie na przykład wypełnienie. Wybór takiego, które jest sprężyste, nie zbija się w kulki po praniu, to był długi proces. Czasem dostawcy zapewniali, że ich produkt ma takie właściwości, to potem okazywało się, że jest z tym różnie. Teraz mam dostawcę, z którym współpracuję od prawie dwóch lat. Dziś to jest już wszystko w miarę poukładane. Jedyne, czego teraz potrzebuję, to to, żeby jeszcze więcej klientów dowiedziało się o nas. Związane jest to pewnie z tym, że cały czas bardziej zajmuję się produkcją niż marketingiem. Jest jednak szansa, że już niedługo produkcja obędzie się beze mnie. Mogę powiedzieć, że dziś jestem zadowolona z jakości produktów. Przez ostatnie dwa lat to mieliśmy może ze dwie czy trzy reklamacje, wydaje mi się, że to całkiem dobry wynik.

Lala księżniczka była pierwsza, jednak dziś są też dinozaury, robocik, a nawet jednorożec. Kto wymyśla wzory?

- Wymyślam sama. Jednak pomagają mi moje dzieci. Bardziej Maja, bo Kuba jest jeszcze za mały. Kuba to chciałby transformersa, niestety tego nie jestem w stanie uszyć. To by była bardzo droga zabawka, ponieważ trzeba by się przy niej bardzo namęczyć. Maja chciała ośmiornicę, króliczki. Kiedyś zauważyła, że "deszcz pada, a jej lala nie ma płaszczyka". Kupiłyśmy materiał przeciwdeszczowy i powstał płaszczyk. Potem wzięłam 20 sztuk na targi i... sprzedały się wszystkie.
Byłam przerażona, nie wiedziałam w jaki sposób mam rozmawiać, jak sprzedać, pomimo tego, że miałam duże doświadczenie w negocjacjach. To było coś zupełnie innego.

Faktycznie lala księżniczka ma całą garderobę.

- Tak. Do tej zabawki można dokupić ubranka. Jest cała gama produktów - od piżamki po strój balowy. Te stroje w większości wymyśla Maja. Jeżeli pojawia się nowe ubranko w naszej kolekcji, to nie trzeba kupować nowej lali, tylko wystarczy kupić nowe ubranko. Do tego mamy w ofercie specjalną drewnianą garderobę z wieszakami. Klienci często pytają o nowe wzory i kolory. Staramy się podpatrywać modę dla ludzi i pewne trendy przenosimy na ubranka. Wszystko uszyte jest z naturalnych materiałów, które posiadają certyfikaty. Oczy czy nosy w maskotkach są haftowane. Nie ma żadnych elementów, które małe dziecko może oderwać i np. połknąć. Do tego też przykładam dużą wagę. Bo można kupić wiele maskotek tzw. hand made, w których oczy są z guzików. Sama mam dzieci i nie wyobrażam sobie, aby mogło stać się coś złego przez naszą maskotkę.

Gdzie można kupić pani zabawki?

- Mamy sklep internetowy i to jest główny sposób dystrybucji. Często też jeździmy na targi, ale głównie branżowe, i sprzedajemy sklepom. Dzięki takim imprezom udało nam się pozyskać klientów także z zagranicy, są to sklepy, które składają regularne zamówienia. Mamy nawet przedstawicielstwo w Belgii. Pamiętam, jak pojechałam na pierwsze targi. Wydawało mi się, że świetnie sobie poradzę. Okazało się jednak, że co innego negocjować warunki umowy w firmie budowlanej, a co innego sprzedać zabawkę. Inaczej prowadzi się rozmowy dla firmy, dla której się pracuje, a inaczej, gdy sprzedaje się swój produkt. Byłam przerażona, nie wiedziałam, w jaki sposób mam rozmawiać, jak sprzedać, pomimo tego, że miałam duże doświadczenie w negocjacjach. To było coś zupełnie innego. Człowiek całe życie się uczy - nowych rzeczy i samego siebie.
Już wiem, że nigdy nie zdecyduję się na produkcję w Chinach, bo to już nie byłby mój produkt. Ja wiem, jak on jest zszyty, wiem co jest w środku, wiem, z jakich materiałów powstał.

Udało się, bo mówiła pani z serca o swoim ukochanym produkcie.

- Tak. Byłam autentyczna, może to zagrało, ale przyznam, że było to dla mnie ciężkie doświadczenie.

Kierunek zagranica?

- Tak. Jest bardziej przyszłościowy. Tam zupełnie inaczej traktowane są produkty "hand made".

Takie produkty są droższe od produkcji masowej?

- Tak. U nas czasem muszę tłumaczyć, dlaczego to "tyle" kosztuje. Wiem, ile wart jest mój produkt, jakiej jest jakości i ile pracy wymagał. Wiem, czym się broni przed chińskimi produktami. Wkładam w to całe serce, żeby było to coś wyjątkowego. Kiedyś sprawdziliśmy, jak to jest, gdy zamówi się w Chinach. Z ciekawości. Mamy kolegę, który często tam jeździ na targi. Przy okazji takiej wizyty zamówił w naszym imieniu podobną lale do naszych. Chcieliśmy sprawdzić, jak by to wyglądało. Dostaliśmy próbki i niech mi pani wierzy, ta lala...

Była po prostu chińska.

- Tak. Nie ten materiał, nie to wykonanie. Miała wprawdzie dwie rączki i dwie nóżki, ale to nawet nie przypominało naszej lali. To był taki eksperyment i tylko się utwierdziliśmy, że wybraliśmy dobrą drogę. Już wiem, że nigdy nie zdecyduję się na produkcję w Chinach, bo to już nie byłby mój produkt. Ja wiem, jak on jest zszyty, wiem co jest w środku, wiem z jakich materiałów powstał.

Polski klient też coraz częściej zaczyna szanować polskie, dobre produkty.

- Tak. Ludzie szukają produktów niszowych. A my staramy się tak kalkulować koszty, aby klientów w kraju też było stać na nasze produkty. Szukamy też ciekawych pomysłów na przyciągniecie klientów. Czasami realizujemy też zamówienie indywidualne. Na naszych produktach zdarza nam się wyszywać imiona dzieci, do których mają trafić zabawki. Mamy taki produkt specjalny, jak lale pamiątki chrztu czy pierwszej komunii, na których można wyszyć imię dziecka czy dedykację. Taki personalizowany produkt bardzo się podoba.
Tu trzeba mieć naprawdę talent. Mi się udało, mam trzy bardzo zdolne współpracownice. To jest naprawdę świetny zespół.

Powiedział pani, że bywacie na targach. Warto wydać pieniądze na udział w takich imprezach?

- Tak, warto. To jest forma promocji. Choć bywa różnie, bo różne są imprezy. Ostatnio byliśmy na targach w Warszawie, które nie do końca udały się organizatorom. Miała być formuła B2B i B2C, czyli firmy z firmami i firmy z klientami, ale do końca nie wyszło. Dużo firm było bardzo niezadowolonych. Na szczęście nam udało się nawiązać nowe kontakty, sprzedażowo też wyszło bardzo dobrze. Można powiedzieć, że wyczyszczono nam towar ze stoiska. Jak już wszyscy zamykali stoiska, to my dalej pakowaliśmy towar dla klientów. To było bardzo budujące. Każda edycja targowa to jest tzw. feedback od klientów, wówczas wiem, czy coś powinnam zmienić. Czasem też podrzucają swoje pomysły na maskotki. Tak powstał szop, o którego dużo osób pytało. Jak już powstał i pojechał z nami na targi, to usłyszeliśmy: o jak fajnie, że macie szopa, a macie borsuka? Cóż. Staramy się jednak słuchać klientów i zrobić coś choć w serii limitowanej, bo wiadomo, że głównie szyjemy to, co się najlepiej sprzedaje.

A jak z pracownikami? Kiedyś rozmawiałam z prezesem dużej firmy odzieżowej, który narzekał, że nie ma szwaczek na rynku.

- Trudno było znaleźć odpowiednie osoby. Tym bardziej, że nie jest to typowe krawiectwo. Tu trzeba mieć naprawdę talent. Mi się udało, mam trzy bardzo zdolne współpracownice. To jest naprawdę świetny zespół.

A wracając do "mamy na swoim". Mam wrażenie, że powstała nawet osobna kategoria, czyli mamy biznesu. Coraz więcej kobiet decyduje się na własną firmę będąc na macierzyńskim czy wychowawczym.

- Coś w tym jest. Sama znam kilka takich osób, zwykle poznajemy się na targach. To bardzo fajne babki, te dziewczyny nie rywalizują, tylko się wspierają. Jak ktoś jedzie po materiał, to dzwoni i pyta, czy dla innych nie kupić. Dzielą się informacjami, kontaktami, polecają się nawzajem. Jednak żeby ta mama mogła się realizować w biznesie, przede wszystkim potrzebuje wsparcia męża. Taki wspierający partner u boku jest połową sukcesu. Mam to szczęście, że mój mąż jest właśnie taki. Były momenty, gdy myślałam, że to chyba nie jest to, że może nie warto, że to za ciężki kawałek chleba. Były momenty rezygnacji, że może trzeba wrócić do starej pracy. I tu wkraczał mąż, który utwierdzał mnie w tym, że dobrze robię, że trzeba przetrwać, bo robię to dobrze.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Opinie (22) 7 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Mikołaj Lipiński

Ekspert w obszarze fuzji i przejęć, funduszy PE/VC oraz zarządzania finansami firm. Doświadczenie...