stat

Na swoim. Przestrzeń biurowa na miarę według Wioletty Kasprzyk

- Ostatnio wpadła mi w ręce lista 30 najbogatszych firm w Trójmieście, z czego 26 to nasi klienci. Pomyślałam sobie, że jest naprawdę dobrze - mówi Wioletta Kasprzyk.
- Ostatnio wpadła mi w ręce lista 30 najbogatszych firm w Trójmieście, z czego 26 to nasi klienci. Pomyślałam sobie, że jest naprawdę dobrze - mówi Wioletta Kasprzyk. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że dzięki dobrej pracy można zostać szefem firmy, w której było się na etacie, że praca dla kogoś, to zupełnie coś innego niż dla siebie, a także o tym, że aby być przedsiębiorcą trzeba mieć... odwagę rozmawiamy z Wiolettą Kasprzyk, właścicielką Krusel Office Solutions, firmy projektującej i wyposażającej przestrzeń biurową. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Anitą i Jackiem Pełszyńskimi, właścicielami korallo.pl i labera.pl, a już za dwa tygodnie rozmowa z Dagmarą Łuczką, właścicielką Projektowni Wizerunku.



Jedni zostawali przedsiębiorcami, bo tracili pracę, inni - bo zawsze o tym marzyli. Pani została właścicielem firmy, w której przez wiele lat pracowała. Proszę po kolei opowiedzieć, jak do tego doszło.
Rola handlowca bardzo mi odpowiadała, ale o byciu przedsiębiorcą nawet nie myślałam.

Wioletta Kasprzyk: - O tym, czym się obecnie zajmuję zdecydował przypadek. Nie jest to związane ani z moim wykształceniem, ani z marzeniami o własnej firmie, bo takich nie miałam. Świeżo po studniach, a kończyłam historię i europeistykę, pojechałam do Stanów Zjednoczonych. Wróciłam do Polski i po tamtych doświadczeniach byłam naprawdę optymistycznie nastawiona do świata. Dostałam pracę w korporacji. Pracowałam tam zaledwie parę miesięcy. Zostałam mamą, więc praca się skończyła, ale obiecałam sobie wówczas, że nigdy nie wrócę do pracy w korporacji. W tamtym czasie mąż przyjaciółki otwierał firmę i zaproponowali mi pracę. Wahałam się, bo myślałam, że do handlu się nie nadaję, ale przyjaciółka mnie przekonała. Przez całe studia obie dorabiałyśmy jako hostessy i ona obserwując, jak sobie radzę w kontaktach z ludźmi uznała, że mam talent do sprzedaży. Nie ukrywam, że faktycznie bardzo szybko zaczęłam się wybijać swoimi wynikami sprzedaży. Co prawda przechodziłam różne szkolenia dotyczące technik sprzedaży, ale nie stosowałam ich nigdy, zawsze sprzedawałam kierując się wyczuciem. Podchodziłam do klienta tak, jak sama chciałabym być obsłużona, bez technik, bez manipulacji.

Szkolenia szkoleniami, ale liczy się dar?
Jednak z biegiem czasu okazało się, że mój wspólnik już nie ma serca do mebli biurowych. Restauracje stały się jego pasją.

- Tak. Rola handlowca bardzo mi odpowiadała, ale o byciu przedsiębiorcą nawet nie myślałam. Choć może powinnam, bo duża część mojej rodziny była "na swoim".
Moja mama prowadziła kiedyś swój sklep, mój mąż prowadził firmę, mój brat, brat mojego męża oraz szwagierka. Mi wystarczało to, co robiłam, czyli praca dla kogoś. Jednak wszystko się zmieniło, gdy właściciel firmy zajął się jeszcze inną działalnością. Coraz częściej zostawiał mnie samą i w pewnym momencie zorientowałam się, że tak naprawdę to ja prowadzę ten biznes. Co prawda dla kogoś, ale tak naprawdę już go prowadzę. Jego pochłaniała nowa działalność, czyli prowadzenie restauracji. W pewnym momencie zaproponował mi udziały w firmie.

Trzeba przyznać, że coś takiego chyba nieczęsto się dzieje. Zwykle szefów nie stać na taki gest.

- Tak. Poczułam się wyróżniona i doceniona. Jednak z biegiem czasu okazało się, że mój wspólnik już nie ma serca do mebli biurowych. Restauracje stały się jego pasją. Szybko się rozwijał, otwierał nowe lokale. Ciężko było się spotkać, aby coś ustalić, procesy decyzyjne czasem nam się rozjeżdżały. Przyznam, że wówczas skrycie sobie marzyłam, żeby być właścicielem. Sytuacja była na tyle patowa, że prywatnie przyjaźniliśmy się i nigdy nie zdecydowałabym się zostawić go i odejść na swoje. Trochę byłam skazana na taki układ. Nigdy nie chciałam zrobić czegoś, co byłoby nieetyczne, czy przeciwko niemu. Sytuacja była ciężka i nie ukrywam, że zaczęła mi trochę ciążyć. A to jest inteligentny człowiek, więc przyszedł pewnego dnia i powiedział, że powinnam przejąć całą firmę. Dał mi wolność. Załatwiliśmy wszystko w ciągu miesiąca.
Dla mnie każdy klient to emocje. Oczywiście my nie ratujemy życia, my tylko sprzedajemy meble, ale za każdym zamówieniem stoi człowiek - mówi Wioletta Kasprzyk.
Dla mnie każdy klient to emocje. Oczywiście my nie ratujemy życia, my tylko sprzedajemy meble, ale za każdym zamówieniem stoi człowiek - mówi Wioletta Kasprzyk. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl
Mogłam założyć nową działalność, ale zdecydowaliśmy z mężem i współpracownikami, że wykorzystamy jego firmę, która zajmuje się tworzywami sztucznymi.

To chyba większego wyrazu docenienia po latach pracy nie można sobie wyobrazić?

- Tak. Byłam bardzo szczęśliwa. Wydawało mi się, że będzie łatwo, bo przecież i tak prowadzę tę firmę i wszystko wiem. Jednak przeskoczenie z roli pracownika, który - co by się nie działo - dostaje co miesiąc wypłatę, na pozycję pracodawcy, który ma kilkadziesiąt tysięcy kosztów miesięcznie, nie było proste. Zwłaszcza, że od razu przejęłam duży biznes, nie miałam czasu na rozkręcenie czegoś krok po kroku. Z dnia na dzień musiałam przejąć funkcjonującą firmę ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dziś, jak widzę, ile trzeba było zrobić i ogarnąć, to naprawdę jestem z siebie dumna, że dałam radę. Niby się do tego przygotowywałam, ale w praktyce okazało się to szaleństwem. Jednak wówczas byłam tak pozytywnie nakręcona, że tego nie widziałam. Miałam wokół siebie wspaniałych współpracowników, którzy bardzo mi pomogli, wspierali, gdyby nie oni, nie dałabym rady. To było półtora roku temu. Udało się, ale trochę zawirowań mieliśmy z nazwą firmy.

Poprzednio firma nazywała się Persona, teraz Krusel Office Solutions. Zmiana nazwy po tylu latach to dość ryzykowne posunięcie.

- Tak, ale nie było innego wyjścia. Persona jest podmiotem dalej funkcjonującym i zajmującym się innymi działalnościami, nie tylko tą związaną z meblami biurowymi. Należy do mojego byłego wspólnika. Mogłam założyć nową działalność, ale zdecydowaliśmy z mężem i współpracownikami, że wykorzystamy jego firmę, która zajmuje się tworzywami sztucznymi. Po prostu poszerzyliśmy działalność o meble biurowe.
Na szczęście nie straciliśmy żadnego klienta. Zostały z nami duże korporacje, a ich utraty najbardziej się bałam.

Wykorzystała pani firmę męża, która miała już historię. Bardzo rozsądne rozwiązanie.

- Dzięki temu nie trzeba było przechodzić procesu zakładania firmy, a co najważniejsze, dla banków byliśmy sprawdzonym klientem. Firma miała już swoją księgowość. Powiększyliśmy tylko ilość faktur, więc o tyle było łatwiej. Większość dostawców przeszła płynnie ufając mi. Jednak dla części byliśmy nowym podmiotem, więc na początku płatność odbywała się z góry. To nie było łatwe. Zamawiają u nas meble duże korporacje, więc czasem to były duże kwoty.

A klienci jak zareagowali?

- Dobrze. Zresztą postaraliśmy się o to, aby poinformować ich, że nic złego się nie wydarzyło. Wszyscy dostali komunikat od byłego właściciela z informacją, czym ta zmiana jest spowodowana. Niestety, takie zmiany rodzą plotki. Konkurencja próbowała to wykorzystać, plotkowali, że firma upadła. Na szczęście jest to biznes oparty w dużej mierze na relacjach i nazwisko ma znaczenie. Pracowałam od tylu lat, że zdążyłam zdobyć zaufanie. Na szczęście nie straciliśmy żadnego klienta. Zostały z nami duże korporacje, a ich utraty najbardziej się bałam.
Lokalna firma, a jednak duże firmy nam ufają i powierzają bardzo duże projekty, czasem na 200, 300 stanowisk pracy.

Czyli teraz prowadzicie państwo firmę rodzinną? W jednym domu dwóch przedsiębiorców, czy udaje się oddzielić życie prywatne od biznesu?

- Nie rozmawiamy o pracy w domu. W kwestiach służbowych dzwonimy do siebie w godzinach pracy. To jest zdrowe. Każde z nas zajmuje się swoim, ale nie ukrywam, że mąż bardzo mnie wspiera. Kiedyś też pracował w korporacji i odszedł na swoje praktycznie z dnia na dzień. On jest spokojnym człowiekiem, ja jestem bardzo żywiołowa, więc się uzupełniamy. On wszystko trzyma w ryzach. Dla mnie każdy klient to emocje. Oczywiście my nie ratujemy życia, my tylko sprzedajemy meble, ale za każdym zamówieniem stoi człowiek.

Sądząc po liczbie biurowców, jakie powstają w Trójmieście, to chyba nie możecie państwo narzekać na brak pracy?

- Tak. Dzięki temu też się rozwijamy. Biur, firm jest więcej, ale rośnie też konkurencja. Obserwujemy bardzo mocne uderzenie firm z Warszawy. Trójmiasto postrzegane jest przez nich jak dobry, rozwijający się rynek. Do tego korporacje bardzo często obsługiwane są sieciowo. Są to kontrakty globalne podpisywane na wyposażenie biur firm w kilku miastach. Staramy się walczyć unikatowymi produktami - między innym takich producentów jak np.Vitra, Las - i kompleksowością usługi. Ostatnio wpadła mi w ręce lista 30 najbogatszych firm w Trójmieście, z czego 26 to nasi klienci. Pomyślałam sobie, że jest naprawdę dobrze. Lokalna firma, a jednak duże firmy nam ufają i powierzają bardzo duże projekty, czasem na 200, 300 stanowisk pracy. Oczywiście cieszy nas każdy klient, nawet ten, który przyjdzie po jeden fotel.
Żeby dobrze zaplanować przestrzeń biurową, w której pracownik będzie pracował efektywnie, to musi zająć się tym ktoś, kto się po prostu na tym zna.

Taki to pewnie trafia do sieciówek z meblami. A one nie są dla was konkurencją?

- Wszystko zależy od tego, czego oczekuje klient. My zajmujemy się kompleksową obsługą, a produkt jest tylko jednym z elementów. Badamy klienta i jego potrzeby, projektujemy całą przestrzeń, dostarczamy produkty, montujemy i serwisujemy. Projektujemy przestrzenie wspólne, zajmujemy się podłogami, oświetleniem, nadrukami na ścianach, meble są tylko częścią naszej oferty. Tego sieciówki nie robią. Jesteśmy przygotowani do obsługi klienta, który potrzebuje mebli do kontenerów budowlanych, jak i do bardzo nowoczesnych, czasem innowacyjnych biur. Dzisiaj biuro, to jest zupełnie inne środowisko pracy niż kiedyś, zwłaszcza w branżach, które walczą o pracowników. Dziś biura to nie tylko biurka i krzesła, proces aranżacji tej przestrzeni, to często cała rewolucja. Często to pracownicy decydują, w jakich warunkach chcą pracować i na jakich krzesłach siedzieć. Staramy się też inspirować naszych klientów do zmiany. Korporacje są na to bardzo otwarte, ciężej jest nam przekonać mniejszych pracodawców, ale i tu czasem się udaje. Żeby dobrze zaplanować przestrzeń biurową, w której pracownik będzie pracował efektywnie, to musi zająć się tym ktoś, kto się po prostu na tym zna.

A jakieś plany na przyszłość?

- Mam kolejny pomysł, ale nie chciałabym na razie zdradzać szczegółów. Jest to związane z branżą, która dynamicznie się rozwija i jest bardzo zmienna. Oczywiście pojawiają się tak zwane czarne łabędzie, czyli sytuacje nieprzewidywalne, dlatego trzeba cały czas obserwować i reagować na potrzeby rynku i klienta. Jedną z form takich działań jest tworzenie salonów partnerskich.
Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, jak dużo kosztuje taka działalność. Jak się to wszystko policzy to suma robi wrażenie.

Co daje taka forma prezentacji?

- Daje możliwość pokazania rozwiązań, które nie zawsze jesteśmy w stanie zaprezentować w swoim salonie. To jest forma reklamy i budowy wizerunku marki, dzięki temu jesteśmy także bliżej klientów. To działa, klient ogląda przestrzenie biurowe do wynajęcia i przy okazji trafia na naszą ekspozycję. To czasem działa lepiej niż folder.

Mówiła pani, że czas przejęcia firmy był szalony. Co panią najbardziej zaskoczyło?


- Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, jak dużo kosztuje taka działalność. Jak się to wszystko policzy, to suma robi wrażenie. Tym zajmował się mój były wspólnik, ja zajmowałam się sprzedażą. To jest olbrzymie obciążenie każdego miesiąca. Kiedyś wydawało mi się, że do prowadzenia firmy nie trzeba odwagi, teraz wiem, że tak nie jest. Jednak dzięki temu, że znałam branżę, było mi łatwiej, nie było królików z kapelusza. Jednak z perspektywy stwierdzam, że chyba lubię być pracodawcą - nie jestem typowym szefem, staram się być partnerem. Dlatego mam zespół, który jest naszą siłą i to jest nasza największa wartość.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (24)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
13.10.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane