stat

Na swoim. Z myślą o kobietach, czyli coś więcej niż kancelaria Lucyny Soldenhoff

Jeden z prawników, z którym współpracuję powiedział, że dobrze, że jestem, bo kobieta wypłakuje się u mnie, a u niego jest już rozmowa tylko o faktach - mówi Lucyna Soldenhoff.
Jeden z prawników, z którym współpracuję powiedział, że dobrze, że jestem, bo kobieta wypłakuje się u mnie, a u niego jest już rozmowa tylko o faktach - mówi Lucyna Soldenhoff. fot. Łukasz Unterschuetz / Trojmiasto.pl

O tym, że pomysł na bycie "na swoim" czasem podsuwa samo życie, że pracuje się dużo, ale po swojemu, a także o tym, że zawsze jest dobry moment na wyciągnięcie dyplomu z szuflady rozmawiamy z Lucyną Soldenhoff, która prowadzi firmę Kobieta i Rozwód oddział w Gdyni. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Joanną Gabryś-Trybałą, właścicielką szkoły językowej Prestige Lingua. Kolejny wywiad już za miesiąc.



Pomaga pani kobietom... rozwieść się. Skąd pomysł na taką - niestandardową - działalność?

Lucyna Soldenhoff: - Życie podsunęło mi ten pomysł.
(...) wybrałam czysto ekonomiczną opcję i zostałam menedżerem w restauracji. Dobre zarobki, nienormowany czas pracy. Miało być na jakiś czas, a ostatecznie dyplom został w szufladzie.

Jest pani rozwódką?

- Tak. To był bardzo trudny moment w moim życiu. Trudny dla mnie, jak i  dla moich dzieci, dla całej naszej rodziny. Jednak zacznę od początku. Z wykształcenia jestem psychologiem, ale nigdy nie praktykowałam w zawodzie. Teraz dopiero przydaje mi się ta wiedza. Jeszcze na studiach urodziłam pierwsze dziecko. Kiedy skończyłam studia musiałam zdecydować, czy pójść na etat do przychodni jako psycholog za kilkaset złotych, czy przyjąć inną, dużo atrakcyjniejszą finansowo propozycję, ale w ogóle nie związaną z moim wykształceniem. Byliśmy z mężem tuż po studiach, żyliśmy w wynajętym mieszkaniu z malutkim dzieckiem, więc wybrałam czysto ekonomiczną opcję i zostałam menedżerem w restauracji. Dobre zarobki, nienormowany czas pracy. Miało być na jakiś czas, a ostatecznie dyplom został w szufladzie. Potem pracowałam w różnych miejscach. Kiedy urodził się drugi syn, przez jakiś czas mogłam zająć się domem. Mąż miał dobrze prosperującą firmę, więc nie musiałam pracować. Choć w tamtym czasie też starałam się coś robić. Zaczęłam zarabiać na swojej pasji do fotografii. Nie były do duże kwoty, ale... na waciki było.

Proszę coś więcej o tym opowiedzieć.

- Fotografowałam od zawsze, ale amatorsko. Jak mój starszy syn był jeszcze mały, robiłam mu wiele zdjęć. Wówczas jeszcze aparatem na kliszę. Sama też je wywoływałam. Potem zaczęłam robić sesje rodzinne moim znajomym. Kiedyś ktoś mnie zapytał, dlaczego nie zajmuję się tym zarobkowo. Stwierdziłam, że faktycznie nie jest to zły pomysł.
Któregoś dnia natknęłam się na informację o firmie Kobieta i Rozwód. Firma założona przez kobietę dla kobiet (...) Okazało się, że jest to franczyza.
Ludzie mówili, że mam oko i podejście do fotografii, ale gorzej było z teorią. Brakowało mi wiedzy technicznej, więc poszłam do podyplomowej szkoły fotograficznej. Tam uporządkowałam swoją wiedzę i faktycznie tym się zajęłam. Pracowałam, robiłam to co lubię i to mi wystarczało. Niestety, przyszedł trudny moment w moim życiu, rozstaliśmy się z mężem. Wtedy musiałam wziąć sprawy w swoje ręce i znaleźć pracę przynoszącą stałe dochody, bo zlecenia na sesje raz były, raz nie. Rzuciłam się w wir pracy.

Pewnie nie tylko dla pieniędzy?

- Nie tylko. To był też sposób na zagłuszenie mojego żalu. Ludzie różnie przeżywają rozstanie. Ja realizowałam się w pracy. To była praca na etacie. Sprzedawałam najdroższe, luksusowe łóżka na świecie, to były kwoty w tysiącach euro. Byłam zastępcą kierownika. Potem zostałam kierownikiem w salonie z ekskluzywnymi dodatkami do wnętrz. Pracowałam wiele godzin dziennie, do tego w weekendy i wieczorami dalej zajmowałam się fotografią. To szaleństwo trwało trzy lata. Któregoś dnia uświadomiłam sobie, że tak dalej być nie może, że tracą na tym moje dzieci. Mam dwóch synów nastolatków, gdy starszy syn nie zdał do drugiej klasy liceum, zdałam sobie sprawę, że tracę kontrolę, że praca od rana do wieczora niszczy moją rodzinę. Powiedziałam sobie, że tak dalej być nie może, że muszę coś zrobić, aby mieć czas dla moich synów.

Ale dlaczego rozwody, a nie sklep czy agencja nieruchomości?

- W tym wypadku było podobnie jak z fotografowaniem. To się samo stało. Tak jak kiedyś przychodzili znajomi na sesje, tak po moim rozwodzie coraz częściej przychodziły koleżanki, a potem ich koleżanki poradzić się w sprawie rozwodu. Ja byłam już tą doświadczoną i przyznam - nie tylko samo rozstanie było przykrym doświadczeniem.
Dlaczego kobieta ma przyjść do nas, a nie do prawnika? Bo oferujemy znacznie więcej niż kancelaria.
Bardzo źle wspominam też moje kontakty z prawnikami. Moja pierwsza prawniczka nie odbierała telefonów, czasem oddzwaniała dopiero po kilku dniach. Fakturkę oczywiście wysyłała w terminie. W ogóle nie była zaangażowana. Sama podsuwałam jej rozwiązania zaczerpnięte z internetu. Druga prawniczka to samo. Za trzecim razem trafiłam na dobrego prawnika, który podał mi konkretne rozwiązania. Zresztą teraz ze mną pracuje. Moje koleżanki też tak się miotały i przychodziły do mnie po radę. Któregoś dnia natknęłam się na informację o firmie Kobieta i Rozwód. Firma założona przez kobietę dla kobiet. Założyła ją Krystyna Rek. Okazało się, że jest to franczyza. Pojechałam do Warszawy. Jedno spotkanie, drugie. Spodobała mi się idea pomocy kobietom i postanowiłam, że w to wchodzę. Przeszłam wiele szkoleń w Warszawie. Zainwestowałam wszystkie swoje oszczędności i jeszcze musiałam pożyczyć pieniądze od mamy. Jak otwierałam biuro, to byłam jedenasta w Polsce. W tej chwili jest już siedemnaście biur.
Jednak jak wisiał mój billboard przy Klifie w Gdyni, to miałam telefony i SMS-y z pretensjami, że namawiam do rozwodów. A tak nie jest. Czasami pary zjednują się u mnie podczas mediacji - mówi Lucyna Soldenhoff.
Jednak jak wisiał mój billboard przy Klifie w Gdyni, to miałam telefony i SMS-y z pretensjami, że namawiam do rozwodów. A tak nie jest. Czasami pary zjednują się u mnie podczas mediacji - mówi Lucyna Soldenhoff. fot. Łukasz Unterschuetz / Trojmiasto.pl

A wszystkie prowadzące biura też są po rozwodach?
U nas jest psycholog, psycholog dziecięcy, terapeuta, mediator, prawnik, biegli sądowi, a nawet detektyw. Wszyscy najlepsi specjaliści w jednym miejscu.

- Większość z nas ma za sobą takie doświadczenia. Dlatego wiemy, jak to jest. Większość ma też wykształcenie prawnicze lub psychologiczne. A wracając do pani pytania - dlaczego nie sklep? Jakbym otworzyła sklep, też pewnie starałabym się, aby interes się powiódł. Jednak nie wiem, czy dawałoby mi to satysfakcję. Lubię robić rzeczy, które mnie interesują. Wówczas poświęcam im się w stu procentach. A ja lubię pomagać ludziom.

Czym dokładnie zajmuje się pani firma?

- W skrócie rzecz ujmując kompleksową opieką okołorozwodową. Ktoś może zapytać, czym to się różni od kancelarii? Dlaczego kobieta ma przyjść do nas, a nie do prawnika? Bo oferujemy znacznie więcej niż kancelaria. Nie chcę generalizować, ale niestety jest wielu prawników, którzy traktują klienta jak kolejną sygnaturę akt, kolejną fakturę. Czasem przychodzą do mnie kobiety, które są już w trakcie rozwodu, a szukają pomocy, bo zawiodły się na prawniku, który np. czytał akta sprawy tuż przed wejściem na salę albo wysyłał niezorientowanego aplikanta. U nas nie ma takiej sytuacji. Sprawę swojej klientki koordynuję od początku do końca. Jeżeli jest potrzeba, najpierw wysyłam na psychoterapię, na mediację, a dopiero później do prawnika. Cały czas mam rękę na pulsie. Przychodzą kobiety w bardzo różnej sytuacji życiowej. Czasem są to zdecydowane, twarde babki przekonane o tym, że rozwód jest konieczny, ale czasem są też załamane, zdruzgotane istoty, które potrzebują pomocy psychologicznej i one w ogóle nie nadają się jeszcze do sądu. Duży nacisk kładziemy na dobro dzieci. Współpracuję z psychologami dziecięcymi, bo to przecież dzieci najbardziej cierpią podczas rozwodu rodziców.

A co o waszej działalności myślą prawnicy?

- Docierają do mnie raczej dobre sygnały. Jeden z prawników, z którym współpracuję powiedział, że dobrze, że jestem, bo kobieta wypłakuje się u mnie, a u niego jest już rozmowa tylko o faktach. On pisze pozew i nie musi słuchać całej historii. Bo to jego zadanie: fakty. A kobiety idą do prawnika i często płaczą, wylewają żale. Prawnicy tego nie lubią. Od tego jest psycholog. U nas jest psycholog, psycholog dziecięcy, terapeuta, mediator, prawnik, biegli sądowi, a nawet detektyw. Wszyscy najlepsi specjaliści w jednym miejscu.
Czasem dostaję SMS-y o 6 rano z pytaniem w rodzaju "jaka sukienka na rozprawę, czarna czy zielona?". Czy taki SMS można wysłać do prawnika? Raczej nie.

Detektyw?

- Tak. Czasem też jest potrzebny. Nasze biura w całej Polsce pracują z jedną sprawdzoną agencją detektywistyczą. Robi nam raporty, które uwzględnia sąd, a to jest bardzo ważne. Jest to firma prowadzona przez prawnika, więc on wie, co nadaje się do sadu, co można, a czego nie.

Agencja detektywistyczna działa dla całej sieci, a prawnicy i psychologowie?

- Pozostałych współpracowników musiałam sama zdobyć. Jednak firma Kobieta i Rozwód ma już markę, więc zanim otworzyłam oddział, to już miałam maile z propozycją współpracy ze strony różnych specjalistów . Dziś mam bardzo dobry i zaufany zespół.

A klientki?

- Nie było tak, że "od razu drzwiami i oknami". Musiałam się reklamować. W tej chwili mam już sporo klientek z polecenia. Tak jak w fotografii. One są najbardziej zaufane, bo wiedzą, czego się spodziewać, bo koleżanka już coś im powiedziała. Wiedzą, że tu nie zostaną same z problemem, że ktoś się nimi zaopiekuje. Czasem dostaję SMS-y o 6 rano z pytaniem w rodzaju "jaka sukienka na rozprawę, czarna czy zielona?". Czy taki SMS można wysłać do prawnika? Raczej nie. U nas, jeżeli któraś z pań tego potrzebuje, to nawet takie szczegóły omawiamy. Często jest tak, że przed rozprawą układają się z mężem, że wszystko jest dogadane, a potem na rozprawie okazuje się, że idzie na noże. Kobieta musi być naprawdę przygotowana do rozprawy.

Można z tego żyć?
Choć powiem nieskromnie, że z kodeksu rodzinnego dziś też trudno mnie zagiąć. Mediacja to coś, co mnie zainteresowało, w czym dobrze się czuję.

- Tak. Życie pokazało, że jest taka potrzeba na rynku. W wakacje jest trochę mniejszy ruch. Jednak od września pewnie się zacznie, jak ludzie wrócą ze wspólnych wakacji. Wtedy mamy dużo spraw. Wakacje niestety są często czasem, kiedy zdarza się więcej zdrad.

Była nisza na rynku?

- Chyba tak. Mówią o tym statystyki. W Polsce coraz częściej dochodzi do rozwodów, a Trójmiasto nawet przoduje w tych statystykach. Nie było takiego typowo "babskiego" miejsca dla kobiet.

A co z panami? Czy im też pomagacie w rozwodzie?

- Nie. Nie reprezentujemy ich w sądzie. Panowie też czasami dzwonią, czasami z pretensjami, że dlaczego nie "Mężczyzna i Rozwód". Panów często zapraszam na mediacje lub psychoterapię wraz z żoną. Niestety, najczęściej kobiety są poszkodowane przy rozwodach i to one potrzebują pomocy. Często nie pracują, zajmują się całe życie domem, rodziną. Mąż w tym czasie zarabia, robi karierę czy buduje firmę i... potem okazuje się, że kobieta ma 50 lat, odchowane dzieci i żadnego doświadczenia zawodowego. Jeżeli mąż ma trochę przyzwoitości, to zabezpiecza byłą żonę, a co, jeżeli nie? Takich kobiet jest niestety bardzo dużo. Są jeszcze inne przypadki, to ona jest zaradna, wykształcona, robi karierę, a mąż siedzi w domu. Nie, nie zajmuje się domem, tylko pije. Przez wiele lat na to pozwalają, aż któregoś dnia budzą się i stwierdzają, że mają dość. Tyle, ile historii, tyle problemów. Do każdej sprawy podchodzimy indywidualnie.

Jak były mąż zareagował na pani firmę?

- Zdziwił się trochę, że taka działalność, ale gratulował pomysłu i życzył powodzenia.
Zajmujemy się też szkoleniami i rozwojem. Zauważyłam, że wśród pań jest potrzeba spotykania.

Czy spotykają panią jakieś nieprzyjemne sytuacje, jakieś ataki ze strony mężów klientek?

- Nie. Do tej pory nie. Jednak jak wisiał mój billboard przy Klifie w Gdyni, to miałam telefony i SMS-y z pretensjami, że namawiam do rozwodów. A tak nie jest. Zawsze podkreślam, że nikogo nie namawiam do rozwodu. Czasem po rozmowie ze mną para decyduje się na terapię małżeńską, okazuje się, że rozwód nie jest konieczny, że jest pole do pojednania. Czasami pary zjednują się u mnie podczas mediacji. Mediacje prowadzę sama. W tym celu ukończyłam studia podyplomowe na Uniwersytecie SWPS w Sopocie. Kiedyś mediacje były niezbyt znane w Polsce. Dziś często sąd na nie kieruje, zanim udzieli rozwodu.

Jak widzę, bardzo poważnie podchodzi pani do zadań. Zajęła się pani sesjami zdjęciowymi, to ukończyła pani szkołę fotograficzną. Teraz mediacja. Tak trzeba nawet na swoim?

- Potrzebowałam mediatora, to pomyślałam, dlaczego sama nie mogę nim zostać. Każdemu się wydaje, że sam wszystko zrobi najlepiej, ja też tak mam. Nie mogę być prawnikiem, nie mogę reprezentować moich klientek w sądzie, bo prawa już nie skończę, ale mediatorem mogę być. Choć powiem nieskromnie, że z kodeksu rodzinnego dziś też trudno mnie zagiąć. Mediacja to coś, co mnie zainteresowało, w czym dobrze się czuję. Nie mogłabym robić czegoś, czego nie lubię. Nie umiem i nie lubię np. gotować i tu żaden kurs by mi nie pomógł.

Pewnie nie spodziewała się pani, że po latach i dyplom z psychologii się przyda?

- Tak. Choć wiedza nabyta na studiach przydawała mi się nieraz. Gdy byłam menedżerem w restauracji i gdy byłam handlowcem. Jak łóżko, które sprzedawałam kosztowało 30 tys. euro i negocjacje trwały czasem kilka miesięcy, to umiejętności psychologa bardzo się przydawały.

Nazwa firmy to Kobieta i Rozwód, ale w logo pojawia się też literka "j", czyli "rozwój"?
Też jestem emocjonalna, czasami za bardzo się zżywam z klientkami, a trzeba zachować dystans i granice.

- Tak. Zajmujemy się też szkoleniami i rozwojem. Zauważyłam, że wśród pań jest potrzeba spotykania. Dlatego w ciągu roku szkolnego organizujemy takie babskie spotkania. Tym kobietom bardzo często brakuje poczucia własnej wartości, wiary w siebie. One są często stłamszone przez mężów. Dlatego spotykamy się z psychologiem i rozmawiamy o poczuciu własnej wartości. Na takie spotkania przychodzą nie tylko kobiety w czasie rozwodów, przychodzą też mężatki. Nie są to tylko spotkania z psychologiem. Mamy też warsztaty z makijażu czy wykłady o naturalnych kosmetykach, sesje fotograficzne, metamorfozy. Ostatnio poszerzyłam ofertę o tzw. "Babskie Wyjazdy". Kiedyś na jednym ze spotkań padła propozycja wspólnego wyjazdu i tak się zaczęło. Już byłyśmy na Malcie, potem były ferie z dziećmi w Egipcie, we wrześniu jedziemy na Sycylię. Ten projekt prowadzę z koleżanką, która ma biuro podróży. Jest zainteresowanie i zapotrzebowanie na takie usługi.

Mówiła pani, że kiedyś praca pochłaniała panią, że coś trzeba było zmienić. A teraz słyszę, że kolejny projekt.

- Trochę tego jest, nie umiem spocząć na laurach, ale jest inaczej, bo na swoim. Teraz sama układam sobie czas pracy. Prace biurowe przy komputerze ogarniam, gdy dzieci są w szkole lub wieczorami. A tych zajęć jest sporo, np. muszę z tysiąca SMS-ów cudzego męża do kochanki wybrać te, które przydadzą się prawnikowi. W poprzedniej pracy pamiętam np. dzień, kiedy nie mogłam przyjść na koncert młodszego syna, bo kolega z pracy był na urlopie i nie mogłam wyjść. Teraz tak sobie reguluję czas, że jak wiem, że mam np. zebranie rodziców w szkole, to się nie umawiam na tę godzinę. Jest dużo pracy, ale czas ustalam pod siebie. Nie jest tak, że znikam na całe dnie.

A jak radzi sobie pani z emocjami? Po wysłuchaniu trudnych historii klientek pewnie nie tak łatwo tak po prostu przejść do kolejnych zadań?

- Niełatwo, zwłaszcza jak się ma własny bagaż doświadczeń. Na szczęście swoją sprawę już przepracowałam. To jest już za mną. Czasami przychodzą do mnie kobiety z bardzo smutnymi historiami. Też jestem emocjonalna, czasami za bardzo się zżywam z klientkami, a trzeba zachować dystans i granice. Jednak gdy widzę, jak te kobiety ze spotkania na spotkanie coraz bardziej rozkwitają, to daje mi siłę. To napędza mnie do dalszej pracy z nimi.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (128)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najczęściej czytane