stat

Na swoim i po swojemu. Szkoła językowa Joanny Gabryś-Trybały

Dużo osób mnie pyta, czym się różni moja szkoła od innych. A ja odpowiadam, że dokładnie tym, czym różni się butik od sieciówki - mówi Joanna Gabryś-Trybała.
Dużo osób mnie pyta, czym się różni moja szkoła od innych. A ja odpowiadam, że dokładnie tym, czym różni się butik od sieciówki - mówi Joanna Gabryś-Trybała. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl

O tym, że praca czasem działa jak terapia, że na swoim też mamy szefa, a jest nim nasz klient, a także o tym, że angielski to narzędzie i klucz do poznania świata rozmawiamy z Joanną Gabryś-Trybałą, właścicielka szkoły językowej Prestige Lingua. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Michałem Kaczorowskim, twórcą portalu Trojmiasto.pl. Kolejny wywiad już za miesiąc.


Razem strzelamy do jednej bramki. Razem z uczniami, bo naszym celem jest osiągnąć ich cel.

Swoją firmę zaczęła pani budować w bardzo trudnym dla siebie momencie. Wiele osób nie dałoby rady normalnie żyć, a pani zbudowała świetnie prosperującą szkołę językową.

Joanna Gabryś-Trybała: - Udało się, ale tylko dzięki wsparciu bliskich mi osób, dzięki wsparciu moich współpracowników. Kilka lat temu zdiagnozowano u mnie stwardnienie rozsiane. Przypłaciłam to depresją. Zebrałam się jednak i zaczęłam znowu pracować, uczyłam angielskiego. Trafiłam na grupę młodych ludzi, którzy byli zachwyceni moim podejściem do nauki, tym, że angielski ma być narzędziem. Zaczęli namawiać mnie, żebym otworzyła swoją szkołę. I tak też zrobiłam.

To bycie na swoim pozwoliło pani wyjść z depresji?

- Tak. Dlatego, że poczułam odpowiedzialność za inne osoby. Za moich współpracowników. Razem strzelamy do jednej bramki. Razem z uczniami, bo naszym celem jest osiągnąć ich cel. Więc ta grupa osób, za które czuję się odpowiedzialna jest całkiem spora. Nie mogę ich wszystkich zawieść. Dzięki temu można zapomnieć o chorobie. Szkoła była moją terapią. Choroba oczywiście wiele spraw utrudnia, ale... Dzięki temu, że współpracuję z osobami, którym ufam, to daje się to wszystko pogodzić. Uczniowie, o których wspomniałam, którzy namówili mnie na założenie szkoły, też mi pomogli. To były dorosłe osoby, które uczyłam business english. Jedna z tych osób pomogła mi stworzyć wizerunek firmy dopasowany do mnie, druga pomogła z marketingiem, trzecia ogarnąć całość. Czułam się bardzo onieśmielona. Oni bardzo mi pomogli i to było dla mnie bardzo ważne. To był 2011 rok.

A wcześniej. Zanim powstała szkoła, czym się pani zajmowała?
Szkoła wymusza jednak pewien dryl, trzeba zdać maturę, trzeba zgłębić zagadnienia gramatyczne. Ja tego nie kupowałam.

- Moja droga zawodowa zaczęła się w korporacjach i bardzo mi się podobało w tych korporacjach. Do czasu. To były lata 90. i to było coś nowego na naszym rynku. Podobały mi się te standardy. Jednak zabrakło mi w tym wszystkim misyjności. W korporacji byłam asystentką, ale też tłumaczem. Po ekonomii zaczęłam studiować filologię angielską. Angielski znałam bardzo dobrze, ale chciałam tę wiedzę usystematyzować. Jeździłam więc na spotkania z bardzo ważnymi i wielkimi inwestorami, na spotkania z ważnymi ludźmi z Banku Światowego. Dla dwudziestokilkuletniej dziewczyny to miało ogromne znaczenie.

I dało niezły bagaż doświadczeń.

- Tak. Nauczyło mnie też takiej korporacyjnej kultury, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Zabrakło mi jednak misyjności. Wyobraziłam więc sobie, że jak pójdę pracować do szkoły, to będzie naprawdę super. Będę te dzieci wozić do Piwnicy pod Baranami, będę tłumaczyć im świat, pokazywać różne rzeczy i... zostałam nauczycielką.

Karierę w korporacji zamieniła pani na szkołę? A finanse?

- Jakoś sobie radziłam, ratowały mnie lekcje prywatne, choć faktycznie nie rekompensowały mi poprzednich zarobków. Ale wówczas o tym nie myślałam. Człowiek w okolicach trzydziestki jest jeszcze cały czas nastawiony na rozwój. Zresztą zawsze byłam i chyba nadal jestem ryzykantką. Dostałam wychowawstwo w pierwszej klasie licealnej. W klasie, którą pokochałam. Jednak po czterech latach musiałam wypuścić ich w świat i znów zaczynać od początku. Znów dopadła mnie rutyna. Zdała sobie sprawę, że to co było fajne i świeże w tej pierwszej klasie, teraz już będzie odtwórcze. Spodobała mi się jednak rola, jaką pełniłam. Bardziej niż typowym nauczycielem, byłam kimś w rodzaju przewodnika. Przewodnika, który pomaga i wspiera swojego ucznia w osiąganiu celu. Bardzo mi się to spodobało.
Dlatego prowadzimy szkołę w myśl powiedzenia: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Dlatego rozwijamy się na miarę możliwości, są uczniowie, można zrobić kolejny krok.
Szkoła wymusza jednak pewien dryl, trzeba zdać maturę, trzeba zgłębić zagadnienia gramatyczne. Ja tego nie kupowałam. Zauważyłam, że częstotliwość robienia ćwiczeń nie przekłada się w żaden sposób na komunikację. I zaczęłam uczyć angielskiego po swojemu. W 2005 roku razem z moją przyjaciółką rozpoczęłyśmy bardzo fajny projekt. Trzeba było nauczyć stu stoczniowców w dość szybkim czasie języka angielskiego komunikacyjnego. Czekała na nich praca za granicą. Dla nich to była zmiana o 180 stopni. W związku z tym myśmy wiedziały, że musimy ich nauczyć tylko dokładnie tego, czego oni potrzebują. Tego języka branżowego, żeby poczuli pewność siebie, żeby nie czuli się zakompleksionymi robotnikami ze Wschodu. Nam zależało na tym, żeby ich wzmocnić. I nauczyłyśmy ich. Z poziomu 0 przeszli na poziom komunikacyjny B1. Stali się niezależni i jednoznaczni. Na tym się skupiłyśmy. Oni potem przeszli egzaminy przed niezależną firmą z Wielkiej Brytanii. Z tej setki tylko dwóch nie zdało. Dziś wszyscy pracują na zagranicznych kontraktach. To był nasz olbrzymi sukces, zresztą tak jak i tych panów. Z wieloma mamy kontakt do dziś. Ci panowie byli bardzo zmotywowani i się zawzięli. Po tym doświadczeniu zdałam sobie sprawę, że zdolność językowa to 2, może 5 proc. sukcesu. Reszta to jest praca i motywacja. To mnie utwierdziło w tym, że ta moja metoda skupienia się na komunikacji to jest dobry kierunek. Nie wchodzimy w różne zawiłości gramatyczne. Zawiłości zostawiamy tym osobom, które chcą się tym zajmować, która muszą, bo chcą zdawać egzaminy. A większość ludzi ma ochotę rozmawiać. Jak popełnia błędy, trudno. Najwyżej ktoś się dopyta. Ważne, żeby czuli się swobodnie. I na tym podejściu oparliśmy naszą szkołę.

Jednak czy chciała być pani na swoim, czy tak zadecydował los?

- Nie. Nie miałam takich planów, to się wydarzyło tak po drodze. Choć sygnały były, że powinnam. Wszędzie, gdzie pracowałam, lubiłam przejmować odpowiedzialność. Lubiłam czuć się odpowiedzialna za swoje poletko. Wydawało mi się, że mam dobre pomysły i chciałam je wdrażać. W wielkiej korporacji to nie zawsze było możliwe, w szkole też. U siebie mogę się realizować.
Zauważyłam, że częstotliwość robienia ćwiczeń nie przekłada się w żaden sposób na komunikację.  I zaczęłam uczyć angielskiego po swojemu - mówi Joanna Gabryś-Trybała.
Zauważyłam, że częstotliwość robienia ćwiczeń nie przekłada się w żaden sposób na komunikację. I zaczęłam uczyć angielskiego po swojemu - mówi Joanna Gabryś-Trybała. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl

Jak duża jest dziś szkoła?

- Ona się wciąż rozrasta. Trzy lata temu otworzyliśmy filię przy ul. Jabłoniowej. Sami uczniowie nas do tego zachęcili, chodziło o dojazdy. Teraz remontujemy kolejny lokal we Wrzeszczu. Udało się pozyskać lokal w sąsiedztwie szkoły, w tej samej kamienicy, klatce i też na parterze.

Kredyty, leasingi, fundusze unijne...

- Nie. Zawsze starałam się nazbierać. Odkładać, odkładać i robić to, na co mnie stać. Mój mąż jest bankowcem i zawsze mi tłumaczył, że kredyt też kosztuje. A fundusze unijne? Zawsze uważałam, że nie ma nic za darmo. Dlatego prowadzimy szkołę w myśl powiedzenia: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Dlatego rozwijamy się na miarę możliwości, są uczniowie, można zrobić kolejny krok. Przez lata powiększyła się kadra nauczycielska i grono administracyjne. To jest już dziś grupa 30 osób. Kilka osób na etacie, z resztą współpracujemy. Rocznie uczymy ok. 400 osób. Oprócz angielskiego uczymy też hiszpańskiego, niemieckiego, francuskiego, rosyjskiego. Są to jednak języki niszowe w porównaniu z angielskim.
Na naszych spotkaniach konwersacyjnych zawsze jest ciasto brownie, które sama piekę, jest kawa, którą sprowadzamy z Ameryki (...). W dobrej atmosferze odprężamy się i lepiej się uczymy.
Zgadzam się jednak z opinią, że angielski to podstawa, a każdy inny język to hobby. Po to, żeby istnieć w świecie potrzebny jest angielski. Od początku wiedziałam, że chcę uczyć angielskiego jako narzędzia. Dlatego te kursy mamy pogrupowane na konwersacje oraz kursy egzaminacyjne - maturalne, gimnazjalne, na studia. Coraz więcej osób wyjeżdża na studia za granicę, więc wyspecjalizowaliśmy się w egzaminach, które przygotowują tą młodzież. Dużą grupę stanowią dzieci, które uczymy od początku języka komunikacyjnego, ale też i gramatyki, aby nie miały problemu na egzaminach. Wypracowaliśmy metodę nauki przez wkomponowanie wydawnictw National Geographic. Tak, żeby oni zarazili się chęcią poznawania świata i chcieli dostać klucz. A tym kluczem jest właśnie angielski. To się sprawdza, bo uczenie języka przez poznawanie krajów, lądów, kosmosu jest ciekawe. To jest też ważne, żeby lektor też miał tę chęć poznawczą, żeby nie był tylko odtwórczy. Żeby dzielił się tym entuzjazmem. A nie rutyna, kolejny podręcznik, czyli to, co mnie zabiło w tym liceum. Mamy też konwersacje dla dorosłych. To jest moją domeną. To są takie spotkania towarzyskie po angielsku. Na nich dyskutujemy o czym tylko chcemy, od filmu i teatru po politykę i aktualne wydarzenia. To są bardzo ciekawe spotkania i bardzo rozwojowe. Nie tylko ze względu na język angielski. Każdy coś wnosi, każdy jest ekspertem w innej dziedzinie i dzielimy się tą wiedzą. Każdy może się czymś podzielić, czasem wiedzą, czasem doświadczeniem. Jeżeli w to wpleciemy moją metodę nauki języka, to daje to świetne efekty. Bo ludzie, jeżeli mówią o tym co czują, to mówią lepiej, nie skupiają się na braku słownictwa i na braku struktur gramatycznych, tylko na swojej wiedzy. A emocje wyzwalają chęć wypowiedzi. Czasem w trakcie moich zajęć nawiązują się przyjaźnie. Mam grupę, która spotyka się już 7 lat. Dorosłym nie jest tak łatwo nawiązać nową przyjaźń. A na naszych spotkaniach w obcym języku ludzie się otwierają. Jest nam dużo łatwiej powiedzieć słowo "love" niż "kocham". Tworzy się inna więź, inna zażyłość.

Szkół językowych, lektorów jest sporo na rynku. Jak się przebić w tym gąszczu?
Czasem słyszę, że mam super, bo nie mam żadnego szefa. Tak nie jest. Bo każdy mój uczeń jest moim szefem.

- Nie wiem. Może trzeba się wyróżnić. Wiadomo, że duże szkoły sieciowe mają trochę inne budżety i są dłużej na rynku. Być może jest im łatwiej. Ale z drugiej strony... Dużo osób mnie pyta, czym się różni moja szkoła od innych. A ja odpowiadam, że dokładnie tym, czym różni się butik od sieciówki. Tak jest. Tutaj możemy się nachylić się nad każdym indywidualnie. Tu jest produkt szyty na miarę. My nie mamy targetów sprzedażowych. To jest prawdziwy biznes zrodzony z pasji. Dla ludzi, z którymi pracuję, to też jest pasja. Staramy się, żeby w salach nie było jak w szkole, żeby było jak w domu. Na naszych spotkaniach konwersacyjnych zawsze jest ciasto brownie, które sama piekę, jest kawa, którą sprowadzamy z Ameryki. Zależy mi na tym, żeby było przyjemnie. Żeby to było miłe spotkanie, a nie lekcja. To jest ważne także ze względów edukacyjnych. W dobrej atmosferze odprężamy się i lepiej się uczymy.

Czy są jakieś ciemne strony bycia na swoim?

- Odpowiedzialność. Kij ma dwa końce. Z jednej strony jest super, że można na tyle rzeczy wpływać, a z drugiej strony nie na wszystko mamy wpływ. Chyba jestem w dobrym miejscu, nie wyobrażam sobie pracowania gdzieś na etacie, ale... Czasem słyszę, że mam super, bo nie mam żadnego szefa. Tak nie jest. Bo każdy mój uczeń jest moim szefem.

A usługi to klienci, a klienci bywają różni.

- Tak. Czasem zdarzają się rodzice dzieci, którzy oczekują bardzo szybkich efektów. Czasem zadają pytanie, jak było na lekcji i słyszą zdawkowe, że ok lub że kolorowaliśmy. Jak to, na angielskim, to ja za to płacę? - burzą się. A także te kolorowanki są po to, żeby uatrakcyjnić lekcję. Zresztą zawsze powtarzam rodzicom, że zamiast przepytywać ze słówek dziecko, lepiej całą rodziną pobawić się np. w quiz. Potraktować to jako zabawę, w którą zaangażuje się cała rodzina. Jeżeli dziecko widzi, że językiem obcym interesuje się mama, tata, rodzeństwo, to staje się to naturalne. Nie jest to przykrym obowiązkiem.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (60)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najczęściej czytane