stat

Ucz się na cudzych błędach. Dobre rozmowy o... porażkach

Sądząc po frekwencji i reakcjach publiczności na historie prelegentek, idea FuckUp Nights ma szansę przyjąć się w Trójmieście.
Sądząc po frekwencji i reakcjach publiczności na historie prelegentek, idea FuckUp Nights ma szansę przyjąć się w Trójmieście. fot. Agnieszka Potocka/trojmiasto.pl

Każdy człowiek uczy się na błędach. Mądry na cudzych - pod tym hasłem odbyło się pierwsze w Trójmieście spotkanie w ramach ogólnoświatowej akcji "FuckUp Nights". Co to takiego? To inicjatywa, dzięki której porażki w biznesie być może uda się przekuć w coś dobrego.



Czy mielibyście odwagę publicznie opowiedzieć o swojej biznesowej porażce?

tak, to dobra terapia i nauka dla innych 48%
może, nie wykluczam 30%
nie, lepiej się tym nie chwalić 22%
zakończona Łącznie głosów: 168
Nie udało się bo: - Przewidywania dotyczące sprzedaży oparłam na pobożnych życzeniach - przyznała pani Iza. Najważniejsze jest: - Dowiedzieć się, co jest ważne dla szefa waszego szefa - radziła pani Sylwia. Wczoraj w klubie Atelier zobacz na mapie Sopotu w Sopocie odbyło się pierwsze spotkanie w ramach akcji FuckUp Nights. Wydarzenie to jest częścią międzynarodowej społeczności, organizującej co miesiąc spotkania, na których odważni ludzie opowiadają o swoich porażkach w biznesie lub projektach. Dla słuchaczy opowiadane historie mają być przestrogą i nauką, dla prelegentów występy stają się swego rodzaju oczyszczającą terapią.

- Chodzi o to, aby ośmielić ludzi, aby nie bali się mówić o swoich porażkach. W trakcie spotkań jest czas na historie, pytania i... świętowanie błędów. Warto je świętować, bo najczęściej coś fajnego z nich wynika. A te historie mogą być cennymi wskazówkami dla innych - mówi organizator spotkania Jarek Łojewski, właściciel Kreatyw.pro, coach i trener.

Skąd ten pomysł? Narodził się w Meksyku. - Zaczęło się, kiedy piątka przyjaciół "po przejściach" związanych z niepowodzeniami w biznesie postanowiła zacząć o nich... głośno mówić. I tak narodzili się "fuckuperzy" - mówi Łojewski. - Wyszli oni z założenia, że porażki to nieodłączny element każdej działalności, a dzielenie się wiedzą na ich temat to nic innego jak zdobywanie cennego doświadczenia.

A dlaczego "Fuckup"? W potocznym rozumieniu oznacza zarówno głupie błędy wynikające z niedbalstwa i bezmyślności, jak i osoby, które je popełniają. A "Nights", ponieważ spotkania odbywają się wieczorami, w kameralnej, klubowej atmosferze. Pierwszy FuckUp Nights odbył się w Mexico City we wrześniu 2012 roku. Od tego czasu w prawie 100 miastach na całym świecie, w każdy drugi wtorek miesiąca organizowane są podobne spotkania. Swoimi niepowodzeniami dzielą się przedsiębiorcy, managerowie projektów, artyści czy działacze społeczni.

Czy ludzie chętnie dzielą się złymi doświadczeniami? Czy nie wstydzą się porażek? - Nie miałem problemu ze znalezieniem pierwszych prelegentów. Mam chętnych do wystąpienia na kolejnych spotkaniach. Wiele osób na razie zadaje pytania. Mam nadzieję, że ostatecznie zdecydują się opowiedzieć swoje historie - dodaje Jarek Łojewski.

- Dzięki mojej historii dowiedziałam się, jak bardzo wizja różni się od rzeczywistości - podsumowała swoje wystąpienie Iza Kielusiak, jedna z "odważnych", która publicznie opowiedziała o swoich trudnych doświadczeniach z prowadzeniem własnej firmy. Chodziło o mobilną sprzedaż kawy, czyli ze specjalnych pojazdów, które miały pojawiać się wszędzie tam, gdzie są potencjalni klienci, czyli np. przy centrach biznesowych czy handlowych. Zapach kawy miał nęcić tych, którzy marzą o chwili wytchnienia w codziennej bieganinie. - W mojej wizji kawę miałam sprzedawać z eleganckiego samochodziku. Skończyło się na pojeździe na miarę możliwości, a nie marzeń. Wózek ten wyglądał raczej żałośnie, do tego ciągle się psuł. Na miejsce dojeżdżałam bez problemu, ale wracałam zwykle na holu. Do tego wydawało mi się, że skoro mamy wolność, to mogę sprzedawać, gdzie mi się podoba. Tu też wizja różniła się od rzeczywistości. Okazało się, że to nie jest takie proste, że jest mnóstwo zakazów i nakazów. Niestety, przewidywania dotyczące sprzedaży oparłam na pobożnych życzeniach. Dlaczego się nie udało? Bo nie przygotowałam się odpowiednio. Nie sprawdziłam rynku, przepisów. A czy coś dobrego z tego wynikło? Tak. Poczułam moc tworzenia z niczego.

Na zdjęciu pojazd Izy Kielusiak, z którego sprzedawała kawę. Miało być mobilnie i nowocześnie, a wyszło... żałośnie.
Na zdjęciu pojazd Izy Kielusiak, z którego sprzedawała kawę. Miało być mobilnie i nowocześnie, a wyszło... żałośnie. fot. Agnieszka Potocka/trojmiasto.pl

Anna DerdaKarolina Skrzypik też miały trudne początki. Im jednak udało się przetrwać i dziś ich firma ma szanse na powodzenie. Firma Kalefixy projektuje i sprzedaje... kalesony. Dla niego, ale też dla niej i dla dzieci. Projektuje i sprzedaje, bo szyciem zajmuje się podwykonawca. I z tym - jak się okazało - był największy problem.

- Nie miałyśmy żadnej wiedzy na temat branży odzieżowej. Nie wiedziałyśmy, że szwalnie też mają swoje specjalizacje. Teraz wiem, że proponowanie szycia kalesonów firmie, która szyje kamizelki kuloodporne to raczej kiepski pomysł. Nie wiedziałyśmy, czym różni się tkanina od dzianiny. Nawet nie umiałyśmy szyć - opowiada Anna Derda. - Dziś wiemy, że trzeba było się lepiej przygotować. Zdobyć wiedzę.

- Szukałyśmy szwalni w całej Polsce, znalazłyśmy w... Kościerzynie. Zapowiadało się świetnie. Bardzo miły pan technolog, miłe panie szwaczki, na ścianach masa wykrojów. Byłyśmy pewne, że trafiłyśmy pod skrzydła profesjonalistów. Było tak sympatycznie, żeby nie powiedzieć rodzinnie, że nawet miałyśmy w planach upiec i zawieźć ciasto z okazji kolejnej wizyty. Dziś wiem, dlaczego nie należy wierzyć słowom "będzie pani zadowolona" - opowiada Karolina Skrzypik. - Po złożeniu zamówienia w napięciu czekałyśmy na tzw. przeszycia, czyli pierwsze prototypowe sztuki. Z dwóch tygodni zrobiły się dwa miesiące, ale co tam. Pamiętam z jakimi emocjami odbierałyśmy je on pana technologa w kawiarni, w biegu, w czasie przerwy obiadowej. Wówczas jeszcze pracowałyśmy w korporacji. Złapałyśmy reklamówkę nawet do niej nie zaglądając. To, co potem w niej znalazłyśmy w niczym nie przypominało tego, na co czekałyśmy. Dziś wiemy, że trzeba walczyć o swoje, że nie należy się od razu zaprzyjaźniać, że trzeba spisywać protokół.

Firma jednak działa do dziś, sprzedaje, myśli o zagranicznej ekspansji i - co najważniejsze - udało się znaleźć świetną szwalnię i do tego w Trójmieście.

Karina KurkusSylwia Grzelacka opowiedziały z kolei o swoich doświadczeniach z pracy w korporacjach. Obie były project managerami.

- Prowadziłam projekt za prawie milion złotych. Chodziło o aplikację on-line do sprzedaży kredytów samochodowych. Wydawało się, że nie może się nie udać. Jest sponsor, jest plan, jest dobry zespół - opowiada Karina Kurkus. - Byłam tak pewna sukcesu, że... zapomniałam o kliencie i jego przewodniej roli, bo to on ma być zadowolony. Projekt wylądował w koszu. Teraz wiem, że najważniejsze jest rozmawianie z ludźmi i słuchanie ich.

- Moje rady? Unikać szefów, którzy nie są liderami. Unikać ludzi i firm bez strategii. Zawsze doprecyzowywać tzw. kartę projektu ze sponsorem. A najważniejsze to... dowiedzieć się, co jest ważne dla szefa waszego szefa - powiedziała Sylwia Grzelacka, która opowiedziała o swojej porażce z korporacyjnym projektem.

Sądząc po frekwencji i reakcjach publiczności na historie prelegentek, idea FuckUp Nights ma szansę przyjąć się w Trójmieście. - To było pierwsze z - miejmy nadzieję - serii spotkań. Postaramy się organizować je co miesiąc - zapewnia Jarek Łojewski.

Opinie (75) 8 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Ewa Bereśniewicz - Kozłowska

Prezes zarządu firmy Aplitt. Absolwentka Wydziału Elektroniki Politechniki Gdańskiej, studiów...