W ściganiu Steve'a Jobsa szczególnie przodują mieszkańcy Pomorza

Nie szukałam ludzi akurat z Pomorza. Ich po prostu jest tam dużo i są tam bardziej widoczni niż imigranci z innych regionów Polski - mówi Magda Gacyk.
Nie szukałam ludzi akurat z Pomorza. Ich po prostu jest tam dużo i są tam bardziej widoczni niż imigranci z innych regionów Polski - mówi Magda Gacyk. fot. materiały prasowe

O Dolinie Krzemowej, która nie jest miejscem dla mięczaków, tylko dla wizjonerów, którzy żyją jutrem i o tamtejszym pomorskim lobby rozmawiamy z Magdą Gacyk, dziennikarką od lat mieszkająca w Kalifornii, autorką książki "Ścigając Steva'a Jobsa", która gości w Trójmieście z okazji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.



Twoja książka nosi podtytuł "Historie Polaków w Dolinie Krzemowej". Po lekturze mam jednak wrażenie, że w ściganiu Steve'a Jobsa szczególnie przodują mieszkańcy Pomorza.

Magda Gacyk: - Faktycznie, w mojej książce jest wiele historii ludzi z Pomorza. Jestem ogromnie przywiązana do Gdańska, do Pomorza, więc ktoś mógłby pomyśleć, że specjalnie dobrałam bohaterów. Tak nie było. Nie szukałam ludzi akurat z Pomorza. Ich po prostu jest tam dużo i są tam bardziej widoczni niż imigranci z innych regionów Polski. To nie było na zasadzie kuli śniegowej, że od jednego Pomorzanina trafiałam do drugiego. Moich rozmówców wyszukiwałam w różny sposób. Dopiero potem, gdy złożyłam te wszystkie historie okazało się, że to jest niemalże lobby pomorskie.

Nie udało im się zbudować krzemowej doliny w Trójmieście, to musieli szukać szczęścia i realizacji w tej prawdziwej.
Ci, którzy tam trafili, na ogół dobrze się tam czują. Nie mówię, że to są same historie sukcesu, bo nie są. Dolina Krzemowa potrafi połknąć i wypluć.

- To jest ciekawy trop. Na Pomorzu, w Trójmieście mieliśmy ten geograficzny potencjał, to było miejsce zawsze wyjątkowe pod względem otwartości, bo morze, bo porty. Nowinki szybko spływały, więc... może coś w tym jest. Tu nigdy nie brakowało ludzi kreatywnych, tu - już po transformacji - bardzo szybko pojawiały się innowacyjne firmy. Coś jest na rzeczy. Choć nie jest to poparte badaniami, ale obserwacją.

W tych historiach widać też zmianę, jaka zaszła w naszym kraju. Kiedyś trafiali tam ludzie z jedną walizką w dłoni, dziś jadą tam przedsiębiorcy, aby zakładać filie swoich firm.

- To prawda. Stara imigracja trafiała tam z jedną walizeczką, z jakimś pomysłem, rozpaczliwą desperacją, która determinowała chęć realizacji tego pomysłu. Dziś często mają więcej niż sam pomysł, czasem wręcz gotowy produkt i tworzą filie swoich firm na dzień dobry. Jednak parcie do sukcesu, kreatywność jest ta sama. Mentalnie to są ci sami ludzie. Może trochę odważniejsi, pewniejsi siebie, bo wiedzą, że nie mają się czego wstydzić, że mogą zaistnieć w Dolinie Krzemowej na równych prawach z innymi. Wcześniej pod tym względem było trudniej. Mimo, że w Dolinie Krzemowej i tak było łatwiej niż gdzie indziej, bo tam głównie są i byli imigranci. To nie jest typowa Ameryka. Amerykanie są tam od piastowania funkcji menedżerskich, natomiast specjaliści rozmaitego typu, cała branża IT, biotechnologiczna, energetyka, plus sektor usług to są imigranci. Zewsząd. W tym także Polacy. Ci, którzy tam trafili, na ogół dobrze się tam czują. Nie mówię, że to są same historie sukcesu, bo nie są. Dolina Krzemowa potrafi połknąć i wypluć. Nie patyczkuje się z mięczakami. Ci, którzy przetrwali w Dolinie Krzemowej, to ludzie, którzy po upadku potrafią wstać, wyciągnąć wnioski i zauważyć następny kamień, kolejną przeszkodę na swojej drodze. Ci, którym wydaje się, że niepowodzenie to koniec świata, niestety lądują na bocznicy.
O przeszłości się nie rozmawia, ona jest za nami, teraźniejszości jako takiej nie ma, jest przyszłość i nią się żyje.

Dlatego tym bardziej warto przeczytać te spisane przez ciebie historie, aby uczyć się na... cudzych błędach. Dolina Krzemowa pewnie jeszcze długo będzie tym centrum wszechświata także dla naszych rodaków. Czy jest nas tam wielu?

- Nikt tego nie liczy. 30 tys. czy 100 - nie wiadomo, bo rotacja jest duża. Są tacy, którzy wsiąkają bez reszty od razu i tacy, którzy stoją okrakiem po dwóch stronach oceanu. Dziś jest to możliwe, bo jesteśmy wioską globalną. Trudno to policzyć także dlatego, że to nie jest imigracja tworząca silne społeczności. Zresztą upatruję w tym źródeł sukcesu. Oni adaptując się wsiąkają w Dolinę Krzemową, wsiąkają w ten region i stają się częścią tej międzynarodowej społeczności. To pozwala im lepiej funkcjonować. Nie utrzymują aż tak silnych więzów ze sobą, tylko ze względu na to, że pochodzą z tego samego kraju. Dają się wchłonąć, ale z drugiej strony łakną tej polskości i przychodzą na imprezy, na który stoi się w długich kolejkach po pierogi. Część ukorzeniła się pod wszelkimi względami. Paru moich bohaterów tę polskość wręcz z siebie wypatroszyła. Część ciągle kursuje. Wiedzą nie tylko kto jest premierem, ale też potrafią wymienić wicepremierów. Czytają, interesują się. Kiedy ci pierwsi przybywali, to Dolina raczkowała. To ci, którzy pamiętają, jak to miejsce nazywano Doliną Zachwytu Serca. Oni rzadko patrzą wstecz, patrzą do przodu. Dla wielu z nich te nasze rozmowy, to była pierwsza retrospektywa. Zostali zmuszeni przez charakter tych rozmów, żeby odwrócić się i przejść tę drogę jeszcze raz. To łączy zarówno młodych, jak i starych. O przeszłości się nie rozmawia, ona jest za nami, teraźniejszości jako takiej nie ma, jest przyszłość i nią się żyje. Na tyle są wizjonerscy i kreatywni, że cały czas żyją jutrem.
To centrum światowych technologii, tam wyznacza się trendy. Jest ciężko, ale chętniej cię słuchają, są otwarci i jest atmosfera współpracy.

Życie przyszłością to domena młodych. Zresztą jak innowacje. Czy mogą się tam odnaleźć młodzi jedynie duchem?

- Dolina Krzemowa chlubi się takim bardzo progresywnym podejściem, czyli wszelakim równouprawnieniem. Nie zwracamy uwagi na płeć, na wiek. Jak wysyłasz CV, to nie wpisujesz daty urodzenia. O wieku może świadczyć jedynie dorobek zawodowy. Jednak w praktyce jest bardzo różnie, wówczas i wiek może mieć znaczenie, zwłaszcza w prężnych, młodych firmach, tych, które przyjmują formę korporacyjną. Choć korporacje tam są zupełnie inne niż u nas. Nazywam je dobrodusznym Mordorem. To jest cały czas tzw. korpo, ale z ludzką twarzą. Jak pracownik podpiera się nosem, to jednak to widzą. Wyślą go do Indii, aby sobie pomedytował, albo zapewnią lekcje jazdy konnej. Potrafią zrobić ukłon w stronę pracownika, aby się nie wypalił. Oczywiście wiadomo, że chodzi o wydajność pracy, o dobro firmy. I rzeczywiście w takich korporacjach "staruchy" są już po 30-tce. Z kolei ci po 50-tce czy 60-tce idą na swoje, zakładają startupy. To jest zjawisko tzw. fałszywych emerytów. Ludzie, którzy przeszli na emeryturę już po dwóch czy trzech miesiącach wracają do gry, ale już na własnych zasadach.

U nas startup kojarzy się z młodością. Zwykle zakładają je kumple ze studiów, a plany snują już w akademikach. A potem marzą o Dolinie Krzemowej.

- Nic dziwnego. To centrum światowych technologii, tam wyznacza się trendy. Jest ciężko, ale chętniej cię słuchają, są otwarci i jest atmosfera współpracy. Gdyby nasi startupowcy pojechali na Wschodnie Wybrzeże, byłoby im znacznie trudniej. Pewnie nie osiągnęliby tego sukcesu. Skąd sukces Doliny Krzemowej? W latach 50. przedsiębiorcy wyjeżdżali ze Wschodniego Wybrzeża zniesmaczeni tym, w jaki sposób robi się tam interesy - pomysły trzymane są pod kloszem, panująca zawiść biznesowa, konkurencja. Tam pojawił się tzw. japiszon, gatunek zupełnie nieznany w Dolinie Krzemowej, gdzie jest całkiem inny ekosystem. Jestem przekonana, że tam imigranci - Polacy, ale też Estończycy, Rosjanie, Francuzi - nie osiągnęliby takiego sukcesu. Dolina Krzemowa jeżeli chodzi o koncepcję, pomysły, nie patrzy na kolor skóry, ani na kraj pochodzenia. Jeżeli coś masz i potrafisz to sprzedać, to się uda. A jak masz, a nie umiesz sprzedać, to są konsultanci, którzy ci w tym pomogą.
Tam się eksperymentuje, a jak nie wychodzi, to pada i powstaje natychmiast coś nowego. Jak w dżungli, na powalonym drzewie natychmiast rośnie paprotka.

Powiedziałaś, że w Dolinie Krzemowej żyje się jutrem.

- Tak. To bardzo dynamiczne miejsce. Jest niczym rzeka - dwa razy do tej samej nie da się wejść. Ten ruch jest odczuwalny niemalże z dnia na dzień. Zmienia się przez ludzi, którzy wprawiają je w ruch, bo Dolina Krzemowa to ludzie. Ludzie z ogromnym potencjałem, ludzie którzy potrafią realizować swoje pomysły, czasami najbardziej szalone. W 2001 roku Dolina była bliska upadku. Bańka dotcomowa prysła. Tąpnięcie było na tyle mocne, że wydawało się, że już się nie podniesie. I... powstała niczym Feniks z popiołów, tylko już w zupełnie innej formie. Ona się przepoczwarzyła. Niby ta sama, ale inna, nawet bogatsza, bo do IT dołączyła biotechnologia czy energetyka odnawialna. Nowe obszary, nowe tematy. I to, co wcześniej stanowiło siłę Doliny Krzemowej, czyli krzem, półprzewodniki, nagle stało się marginalne. Jedno się nie zmieniło - nadal była brandem. Marką znamionującą innowacyjne technologie. A to wszystko przez ludzi, m.in. przez Polaków. Adaptujemy się do tej nowej Doliny, do tej postnowoczesności. Tam wręcz trzeba się zmieniać. A od czasu transformacji zmieniło się wiele. Nie zmienili się ludzie i nie zmieniło się ich podejście. Dolina Krzemowa jest też miejscem kontrastów, które umiejętnie ze sobą funkcjonują. Z jednej strony korporacjonizm, z drugiej ekonomia współdzielona i różne inne eksperymenty ekonomiczne. Do tego mimo, że to ze sobą kontrastuje, to jednocześnie współistnieje. To też jest częścią fenomenu, że w tej jednej niecce, między San Francisco a San Jose, oceanem a zatoką San Francisco, mogą się różne rzeczy dziać, ale dzieją się bez spięć, bez niekorzystnych zjawisk. Tam się eksperymentuje, a jak nie wychodzi, to pada i powstaje natychmiast coś nowego. Jak w dżungli, na powalonym drzewie natychmiast rośnie paprotka. To jest miejsce trendsetterskie, tam widać, co się będzie działo od strony technologicznej, ale też ekonomicznej i być może społecznej. To też jest taki eksperyment społeczny, taki tygiel multi kulti. Mieszanie się różnych tradycji i języków.

Przyjdź i posłuchaj
Najbliższe spotkanie z Magdą Gacyk organizuje Wyższa Szkoła Bankowa w Gdańsku (al. Grunwaldzka 238 A - wjazd od ul. Moniuszki - aula A 200) w piątek 20 listopada o godz. 17:30. Rejestracja na www.samba-mg.evenea.pl. Z kolei w poniedziałek 23 listopada o godz. 10:00 w GPNT (ul. Trzy Lipy 3) na spotkanie zaprasza Instytut Rozwoju Kadr oraz Gdański Park Naukowo-Technologiczny w ramach Akademii Menadżera. Spotkanie jest bezpłatne, wymagana jest jedynie rejestracja www.magdagacyk.evenea.pl

Opinie (46)

Dodaj opinię
Walczymy z przemocą słownąKasujemy opinie obraźliwe i nie na temat

Dodaj opinię

Odpowiedz

Dodając opinię akceptujesz regulamin dodawania opinii.
Administratorem Twoich danych osobowych jest Trojmiasto.pl Sp. z o.o.. Szczegóły przetwarzania danych znajdują się w polityce prywatności.

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ważne adresy

Ludzie biznesu

Jan Zarębski

Działalność gospodarczą rozpoczął już na początku lat 80. Stworzył firmy takie jak Lonzę i Natę,...