• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Na swoim. Aplikacje mobilne Bright Inventions, czyli kreatywnie, a nie "zero-jedynkowo"

Wioletta Kakowska-Mehring
24 czerwca 2022, godz. 10:00 
Opinie (34)
Daniel Makurat i Michał Łukasiewicz, twórcy Bright Inventions. Daniel Makurat i Michał Łukasiewicz, twórcy Bright Inventions.

O tym, że warto wybierać projekty trudniejsze, ale przyszłościowe, że na rynku IT jest miejsce dla wszystkich, bo jedni lubią wielkie "korpo", a inni firmy bardziej... kameralne. A także o tym, że dziś w tej branży poszukiwani są ludzie kreatywni, a nie "zero-jedynkowi", rozmawiamy z Michałem Łukasiewiczem i Danielem Makuratem, twórcami firmy Bright Inventions.



Kiedy 10 lat temu firma Bright Inventions startowała na rynku, temat aplikacji mobilnych był czymś nowym na naszym rynku. Gratuluję wyczucia i odwagi, bo przecież nikt nie wiedział, czy to się uda.

Michał Łukasiewicz: - Od początku wiedzieliśmy, że chcemy angażować się w projekty innowacyjne. To dawało i daje nam przewagę. Jest to co prawda ryzykowne, ale zarazem też ciekawsze. Przekrój tematyczny tego, czym się zajmujemy, jest duży - to, co łączy te projekty, to aspekt innowacyjności i to napędza nas do działania.

Daniel Makurat: - Były firmy, które to robiły, ale nie było ich dużo. Zdecydowaliśmy się wejść w nowy rynek, przyszłościowy, a nie w ten najbardziej konkurencyjny. Wówczas byłoby nam zdecydowanie trudniej przebić się na rynku.
Sam szybko bym się nie odważył iść na swoje, ale w dwie osoby było łatwiej, zwłaszcza że Daniel był osobą, która patrzyła na to wszystko bardzo biznesowo.

Wróćmy jednak do początków. Innowacyjność to jedno, ale dlaczego akurat ta branża i do tego "na swoim"?

MŁ: - Branża to oczywiście w związku z zainteresowaniami, choć wahałem się między IT a dziennikarstwem. W liceum czy nawet jeszcze w gimnazjum współpracowałem z kilkoma czasopismami komputerowymi. Takie rzeczy na pograniczu dziennikarstwa i informatyki zawsze mnie wciągały. To było coś, na czym się znałem i o czym potrafiłem pisać. Wybrałem jednak studia na ETI na Politechnice Gdańskiej. Choć te umiejętności posługiwania się słowem bardzo mi się przydają, kiedy trzeba przygotować ofertę dla klienta czy komunikatywnie opowiedzieć mu o projekcie. Na studiach poznałem Daniela. Przez pięć lat byliśmy w jednej grupie. Po studiach początkowo pracowaliśmy w innych firmach, ale wiedzieliśmy, że prędzej czy późnej założymy coś własnego. Był taki moment, że byłem całkiem zadowolony z pracy na etacie. Dużo zaobserwowałem, dużo się nauczyłem. Jednak miałem też potrzebę poznania innych technologii. Daniel wówczas pracował w firmie, której technologia bardzo mnie interesowała. Namówił mnie, dołączyłem do zespołu i... chyba taką krecią robotę wykonałem. Daniel ściągnął mnie do tej firmy, mówiąc, że tam jest fajnie, że się rozwiniemy, a ja od razu zacząłem widzieć minusy. Miałem porównanie. Nie czuliśmy się spełnieni w pracy, a nasze pomysły, nasza wiedza nie była odpowiednio wykorzystana. Sam szybko bym się nie odważył iść na swoje, ale w dwie osoby było łatwiej, zwłaszcza że Daniel był osobą, która patrzyła na to wszystko bardzo biznesowo.

DM: - Mnie z kolei od zawsze interesowała matematyka. Kiedyś nawet myślałem, że zostanę nauczycielem matematyki. Złożyłem papiery i na Uniwersytet Gdański, i na Politechnikę Gdańską. Wybrałem ETI, tak naprawdę nic nie wiedząc o informatyce. W szkole średniej nie miałem za dużo styczności z informatyką i gdy zacząłem studia, okazało się, że nie jest łatwo. Niewiele wiedziałem na ten temat, ale matematyka nauczyła mnie logicznie myśleć i to było kluczowe. Resztę dało się nadgonić. A dlaczego wybraliśmy bycie na swoim? Brakowało nam decyzyjności i wpływu na to, co ma robić produkt, nad którym pracujemy. Nie było pełnej współpracy z biznesem, komunikacja była jednostronna. Ten brak wpływu zniechęcał. Nakłoniłem więc Michała, żeby zrobić coś razem. Zauważyliśmy niszę, czyli właśnie aplikacje mobilne. To był 2012 r.
Patrzyłem na ludzi, którzy tak pracowali już kilkanaście lat i zadawałem sobie pytanie, czy chcę, żeby moje życie tak wyglądało. Widziałem ich stres, ich wypalenie zawodowe (...)

MŁ: - W sumie zrobiliśmy to w bardzo ryzykownym momencie. Mnie się właśnie urodził syn, pierwsze dziecko. Daniel dowiedział się, że zostanie tatą bliźniaków. To nie był bezpieczny moment na zaczynanie własnej działalności, ale stwierdziliśmy, że jeśli nie teraz, to kiedy. Podpisaliśmy umowę o założeniu spółki, dostaliśmy miejsce w inkubatorze Starter i zostaliśmy przedsiębiorcami.

Jak rozumiem, założyli panowie firmę, aby mieć wpływ na to, co dzieje się z projektami, nad którymi pracujecie?

MŁ: - Tak. Dla mnie ważne jest to, jak pracuję, jak działam, co wytwarzam, a nie na przykład, ile zarabiam. Pieniądze nie były motywacją główną, a może w ogóle nie były motywacją. Nie miałem problemu z tym, ile zarabiałem w poprzedniej pracy, tylko bardziej z tym, czy swój czas mądrze wykorzystuję. Miałem takie poczucie, że się męczę. Bycie w tych korporacyjnych procesach było bardzo uciążliwe. Patrzyłem na ludzi, którzy tak pracowali już kilkanaście lat, i zadawałem sobie pytanie, czy chcę, żeby moje życie tak wyglądało. Widziałem ich stres, ich wypalenie zawodowe, że uwiera ich ten brak wpływu, ale już się z tym pogodzili. Czy ja tak chciałem? Odpowiedź była jasna. Nie chciałem iść w tym kierunku.

Często słyszę takie opinie. Dziwne, że korporacje nie wyciągają z tego wniosków?

DM: - Problem jest zauważalny i starają się to poprawiać. Tylko pytanie, czy się da. A może w tych dużych firmach nie da się uniknąć tych tak zwanych procesów, bo straci się kontrolę. Skoro większość firm tak robi, to robią to z jakiegoś powodu. Nie narzekamy, że w korporacjach jest źle. Są ludzie, którym taki styl pracy bardzo odpowiada. To nie jest złe, ale nie jest dla nas. My chcieliśmy inaczej.

Na swoim nie ma korporacyjnych procesów, ale trzeba było samemu walczyć o klientów. Jakie były te początki?

DM: - Tu ogromną pracę wykonał Michał. Ja bym sobie z tym nie poradził.
Skoro w dzisiejszych czasach można współpracować z całym światem, to po co się ograniczać. Lepiej od razu na głęboką wodę.

MŁ: - Przygotowałem sobie taki projekt, nazwałem go "100 firm dziennie". Postanowiłem, że każdego dnia muszę skontaktować się z setką firm. Znajdowałem ciekawe firmy przez internet i kontaktowałem się z nimi mailowo bądź dzwoniłem bezpośrednio. Miałem taką hipotezę, że jeżeli choć 1 proc. z firm, do których się odezwę, będzie chciało współpracować, to przy założeniu stu dziennie, to da dobry wynik. Szukałem firm według miast - dziś Berlin, potem Monachium, a kolejnego dnia na przykład Londyn. Działałem tak mocno przez dwa tygodnie i zgłosiłem się do 1000 firm. Muszę przyznać, że to działało. Z tej akcji poszukiwania po tylu latach wciąż mamy klientów, którzy z nami pracują. Okazało się, że było lepiej, niż zakładałem, bo odpowiedziało ok. 3 proc. firm. Niektórzy nawet długo po tej mojej akcji. Byłem konsekwentny i udało się.

Od razu postanowili panowie szukać klientów zagranicznych?

MŁ: - Tak. Uznaliśmy, że musimy szukać klientów zagranicznych. Cele wyznaczył Daniel, bo on jest osobą, która pewne kierunki wyznacza, a ja chętnie realizuję.

DM: - Na początku, tak na rozgrzewkę, zrobiliśmy kilka projektów dla polskich firm. Jednak nasz rynek - zwłaszcza tych 10 lat temu - był bardzo mały. Skoro w dzisiejszych czasach można współpracować z całym światem, to po co się ograniczać. Lepiej od razu na głęboką wodę. Poza tym szukaliśmy innowacyjnych firm, produktów.

MŁ: - W innych krajach budżety też były... ciekawsze, dające szansę na zarobek. Poza tym dla mnie cenne było też to, że mogłem pracować po angielsku, to bardzo rozwija. Co by się stało, gdybyśmy skupili się na klientach z Polski? Co się dzieje z innymi firmami, które tak postępują? Zaczynają się bać tej współpracy zagranicznej i automatycznie zamykają się na ten rynek, na nowe możliwości. To takie sztuczne ograniczenia nałożone na siebie.

DM: - Z założenia chcieliśmy pracować globalnie. Choć to też ma swoje minusy. Niestety różnica stref czasowych nie jest obojętna. Próbuje się wprowadzać komunikację asynchroniczną, ale jednak pracując na przykład z firmami ze Stanów Zjednoczonych, wcale nie jest to takie proste. Trzeba się przestawić.

Prowadzenie firmy to nie bieg na czas, to nawet nie maraton, to projekt długofalowy - mówią twórcy Bright Inventions Daniel Makurat i Michał Łukasiewicz. Prowadzenie firmy to nie bieg na czas, to nawet nie maraton, to projekt długofalowy - mówią twórcy Bright Inventions Daniel Makurat i Michał Łukasiewicz.

A nad czym dokładnie pracowaliście, bo niby wiemy, czym są aplikacje, ale...
Przez te lata pracując nad projektami dla klientów zewnętrznych, nauczyliśmy się tyle, że jesteśmy już gotowi na własny produkt.

MŁ: - Tworzyliśmy np. aplikację mobilną, która pomaga kolarzom trenować w domu, czy systemy dla kas fiskalnych działające na tabletach zintegrowane z systemami do zamówień jedzenia. Robiliśmy aplikacje, które integrują się z samochodem i odczytując dane, analizują styl jazdy i rekomendują, jak zoptymalizować go na przykład pod kątem spalania. Przygotowaliśmy też aplikację, która komunikuje się z ekspresem do kawy. To był pierwszy tego typu projekt na rynku. Dziś wiele z tych projektów już nie jest innowacyjnych, ale my zajmowaliśmy się tym już wiele lat temu. Przygotowaliśmy też system, który pozwala na powiadamianie służb ratowniczych i przekazywanie swojej lokalizacji oraz komunikację z tymi służbami, gdy potrzebujemy pomocy.

DM: - Realizujemy też system, który wspomaga dystrybucję żywności dla osób potrzebujących w takich krajach, jak Jordania czy Bangladesz.

MŁ: - Ktoś zapyta, co łączy te projekty? To, że one są innowacyjne, a to - jak wspomniałem na początku - jest naszą myślą przewodnią. Jak przychodzi do nas klient, który prosi o aplikację, która jest już na rynku, to odmawiamy. To nas nie interesuje, nie chcemy klonować, to nie jest rozwojowe. Dziś coraz częściej pracujemy też nad własnymi produktami.
Można dużo rzeczy wymyślić, ale czy one będą opłacalne? Coś może świetnie działać, ale nie będzie nikomu potrzebne, nie będzie przełożenia biznesowego.

Po 10 latach już możecie sobie na to pozwolić.

DM: - Tak. Prowadzimy prace nad kilkoma tego typu systemami. To jest przeplatane z pracą na rzecz klientów, ale docelowo to też będzie znaczna część naszej działalności. Przez te lata pracując nad projektami dla klientów zewnętrznych, nauczyliśmy się tyle, że jesteśmy już gotowi na własny produkt. To nie koniec. Dziś coraz częściej w kontaktach z klientami nie jesteśmy tylko wykonawcą technicznym projektu, ale także doradzamy. Jesteśmy partnerem konsultingowym, który nie tylko odpowiada za technologię, ale często jest w stanie podpowiedzieć, w jaki sposób prowadzić biznes w tym zakresie. Można dużo rzeczy wymyślić, ale czy one będą opłacalne? Coś może świetnie działać, ale nie będzie nikomu potrzebne, nie będzie przełożenia biznesowego. W tych kwestiach też doradzamy klientom.

Zaczynaliście panowie we dwóch, ile osób dziś zatrudniacie?

MŁ: - Na początku pracowaliśmy z Danielem, ale współpracowaliśmy też z kilkoma kolegami jeszcze ze studiów albo z pracy. Wszystko zależało od tego, jak duże są projekty. Pod dwóch latach dołączyły do nas na stałe dwie osoby. Kiedy już zobaczyli, że nasza firma jest w miarę bezpieczna, to zdecydowali się odejść z korporacji i przyjść do nas. To było ryzykownym krokiem. Porzucenie korporacji, która daje dobrą i stała wypłatę, na rzecz małej dwuosobowej firmy, która na rynku jest od roku, wymaga odwagi. To jest pewien kredyt zaufania, który od nich otrzymaliśmy. Dziś nasz zespół liczy już ponad 70 osób.

To już duża firma. Czy dalej udaje się pracować, bez tych... korporacyjnych procesów?

MŁ: - Gdy zaczynaliśmy, to działaliśmy najczęściej z małymi startupami, które potrzebowały wsparcia przy pierwszych produktach. Byliśmy takim partnerem technologicznym, który wykonywał pierwszą wersję produktu. To były ciekawe rzeczy, ale one nie były na dużą skalę. Takie projekty, które można robić małym zespołem, a najważniejszy był zapał do pracy i to, że byliśmy bardzo elastyczni. Z czasem gdy nasz zespół się powiększał, to zaczęliśmy szukać klientów, którzy chcą budować większe systemy. Siłą rzeczy im więcej dużych projektów, tym więcej osób jest w nie zaangażowanych. Na początku mieliśmy projekty jedno-, dwuosobowe i potrafiliśmy w 10-osobowym zespole realizować 10 małych projektów w jednym czasie. Teraz przy firmie 70-osobowej mamy pięć-sześć projektów, ale znacznie więcej osób jest w te projekty zaangażowanych. Projekty są bardziej rozbudowane. A to powoduje, że na poziomie projektowym musimy mieć pewne procesy i na poziomie zarządzania pracownikami też. Jest to jeszcze do ogarnięcia.
Trochę przestrzegałbym przed pomocą, bo jej nadmiar może przykryć fakt, że biznes, który tworzymy, jest niedochodowy. Gdy się dostaje wsparcie na powierzchnię biurową czy dofinansowanie do pensji, to może rozleniwić.

DM: - Do 20 osób dało się zarządzać bez większych procesów, ale powyżej już jest ciężko. Nie idziemy w stronę korporacji, ale pewne sprawy trzeba było ustawić systemowo. Staramy się, żeby te procesy nie były tak uciążliwe jak te, z którymi mieliśmy do czynienia, kiedy pracowaliśmy u innych, i żeby były pochodną tego, co nasi pracownicy rekomendują.

Wspomnieli panowie o biurze w Starterze. To miejsce stworzone przez samorząd, aby wspierać innowacyjne firmy. Na ile ważna jest taka pomoc na początku biznesowej drogi?

DM: - To było dofinansowanie do powierzchni biurowej. Jak zaczynaliśmy, miało to dla nas duże znaczenie. Pokój na pięć osób za 300 czy 400 zł, zamiast 1200 zł - tyle w tamtych czasach się płaciło. Dla nas wówczas była to poważna pomoc.

MŁ: - Tak, ale jest jedno "ale". Trochę przestrzegałbym przed pomocą, bo jej nadmiar może przykryć fakt, że biznes, który tworzymy, jest niedochodowy. Gdy się dostaje wsparcie na powierzchnię biurową czy dofinansowanie do pensji, to może rozleniwić. Łatwo może umknąć fakt, że ta firma tak naprawdę nie zarabia i jak ta pomoc zostanie odcięta, to firma może sobie nie poradzić. Kiedy zaczynaliśmy, to każdy z nas wniósł do firmy po 1000 zł. To nie wystarczyło nawet na zakup odpowiednich komputerów. Dlatego pierwsze zarobione pieniądze zainwestowaliśmy w sprzęt.

DM: - Prowadzenie firmy to nie bieg na czas, to nawet nie maraton, to projekt długofalowy. Niestety dziś ludzie myślą często inaczej. Cokolwiek robią, to robią już i na teraz. A tu potrzebny jest czas i konsekwencja.
My do tego szukamy bardzo specyficznego profilu osób. Przede wszystkim szukamy ludzi, którzy rozwiązują problemy, a nie dodają nam nowych.

MŁ: - W tym czasie nasza firma też się zmieniała. Wymusił to rozwój. Coraz ciężej było nam pogodzić pracę programistyczną czy szukanie klientów z budowaniem kadr oraz zarządzaniem nastrojami ludzi. I wtedy zatrudniliśmy Ulę, czyli Urszulę Stankiewicz. Ona ten cały bardzo ważny w każdej firmie obszar zdjęła z naszych barków i świetnie poukładała. Ta zmiana pchnęła nas do przodu. Ula doskonale odnalazła się w tej roli, a my mogliśmy skupić się na klientach. Drugie ważne wydarzenie miało miejsce kilka lat później, gdy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że kilka osób z firmy jest wręcz kluczowych dla jej rozwoju - i zdecydowaliśmy, że zostaną partnerami. Zależało nam, aby te osoby czuły, że ten ich wkład w budowanie firmy jest doceniony. To pozwoliło nam też rozproszyć decyzyjność.

Rynek pracy w  IT to ciężki temat, zwłaszcza w Trójmieście. Korporacje mają argumenty płacowe, mniejsze firmy zachęty rozwojowe, a... pracowników wciąż jest za mało. Jak sobie radzicie?

MŁ: - Mamy w swoim zespole dużo osób, które będąc w korporacjach, szukały przestrzeni do dalszego rozwoju i odnalazły ją u nas. Paradoksalnie mam wrażenie, że korporacje nam pomagają, bo są świetnym źródłem dobrych, wykształconych, doświadczonych osób, które chcą znowu mieć wpływ na rzeczywistość. To znajdują u nas. Z drugiej strony jest tak, że gdy zatrudniamy ludzi młodych, takich tuż po studiach czy jeszcze na, to liczymy się z tym, że one będą chciały spróbować, jak to jest w dużej korporacji. Ci dojrzali zawodowo przychodzą z korporacji do nas, a ci młodzi idą tam. Następuje taka wymiana.

DM: - Niestety na rynku brakuje ludzi, zwłaszcza ludzi kreatywnych. Trójmiejskie uczelnie wypuszczają tę samą liczbę absolwentów, a ssanie na rynku rośnie. My do tego szukamy bardzo specyficznego profilu osób. Przede wszystkim szukamy ludzi, którzy rozwiązują problemy, a nie dodają nam nowych. Nie chodzi nam o osoby, które oczekują, że powiemy im, co i jak robić. Bardziej liczymy na to, że one same wyczują i wniosą coś od siebie. W tym różnimy się od korporacji.

MŁ: - Staramy się też, żeby nasi pracownicy czuli się u nas dobrze. Nie chcemy, żeby tylko przychodzi, robili swoje i już. Chcemy, żeby czuli więź z nami, że firma to coś wspólnego. Takie budowanie wspólnoty jest szczególnie ważne dziś, gdy lata pandemii i praca zdalna trochę rozluźniły te relacje. Zależało nam, aby nie stracić tego kontaktu międzyludzkiego. Zaczęliśmy też więcej stawiać na wspólną aktywność, która pomaga nam się zintegrować, odejść od komputera, wyjść z domu. Podeszliśmy do tego szeroko, bo mamy zajęcia biegowe, na basenie, rowerowe, jogę czy turnieje szachowe.
Takich typowych programistów, którzy myślą tylko "zero-jedynkowo" u nas nie ma. Są za to ludzie z bardzo kreatywnym podejściem do zadań.

Ludzie tego oczekują?

MŁ: - Sadząc po frekwencji, to raczej tak. Ludzie mają okazję się spotkać, poznać trochę lepiej, bo przecież nie wszyscy mają ze sobą kontakt na co dzień, ponieważ pracujemy w zespołach projektowych. Dzięki tym zajęciom poza pracą dowiadują się, że w innym zespole projektowym jest osoba, która może mi pomóc, z którą mi po drodze, a to pomaga w kontaktach służbowych.

DM: - Taka integracja pomaga też firmie. Ludziom spoza branży wydaje się, że w IT najważniejsza jest technologia, a nie ludzie i ich relacje. A my robimy projekty dla ludzi i musimy dużo o nich wiedzieć. Są projekty, przy których nacisk jest kładziony na technologię, ale dziś zdecydowanie więcej jest projektów bardzo blisko człowieka. Głównie rozwiązuje się problemy ludzi, bo takie jest zadanie aplikacji. Dlatego wiele firm technologicznych dziś stawia na zdolności interpersonalne. Poza tym sztuczna inteligencja może wymyślić plany treningowe według wielu parametrów, ale można też zacząć od tego, żeby zebrać opinie i sugestie od osób, które trenują, a które mogą być naszymi pracownikami. Dla programisty nie ma znaczenia, jak wygląda przycisk, dla użytkownika już tak. Dlatego szukamy ludzi wszechstronnych, którzy mają jeszcze inne zainteresowania, które wzbogacają pracę naszych zespołów.

MŁ: - Nasza firma pod tym względem jest wyjątkowa. Takich typowych programistów, którzy myślą tylko "zero-jedynkowo", u nas nie ma. Są za to ludzie z bardzo kreatywnym podejściem do zadań.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady, mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Miejsca

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (34)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Ludzie biznesu

Justyna Kowalczyk

Prezes zarządu OptiWay Biuro Rachunkowe Sp. z o.o.. Absolwentka Wydziału Finansów i Rachunkowości...