• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Na swoim. Biuro z "hot ofertą" Piotra Zwolińskiego

Wioletta Kakowska-Mehring
6 października 2023, godz. 14:00 
Opinie (82)
- Cały czas powstają nowe biura nieruchomości i cały czas zamykają się te, które nie dały rady. My jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy na rynku już 10 lat i chcemy na nim być kolejne 10 lat - mówi Piotr Zwoliński. - Cały czas powstają nowe biura nieruchomości i cały czas zamykają się te, które nie dały rady. My jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy na rynku już 10 lat i chcemy na nim być kolejne 10 lat - mówi Piotr Zwoliński.

O tym, że inwestowanie w nieruchomości może być wciągające, ale trzeba być gotowym na wszystko i czasem nawet pandemia nie jest tak zaskakująca, jak ruch stóp procentowych, a także o tym, jak slogan "hot oferta" najpierw trafił do klientów, a potem przyjął się na całym rynku rozmawiamy z Piotrem Zwolińskim, dyrektorem zarządzającym biura nieruchomości Pepper House.



W tym roku Pepper House obchodzi dziesięciolecie działalności, a każdy jubileusz to dobra okazja do wspomnień, podsumowań przed udaniem się w dalszą biznesową podróż. Jak to się stało, że jest pan "na swoim"?

Piotr Zwoliński: - Nie stało się to nagle, to był proces. Pomimo tego, że jestem z wykształcenia magistrem inżynierem, to ta część budowlana rynku nieruchomości niespecjalnie mnie interesuje. Może dlatego, że choć jestem po Politechnice Gdańskiej, to po Wydziale Zarządzania i Ekonomii, specjalność finanse i bankowość. Pracę magisterską pisałem o dywersyfikacji portfela i błądzeniu losowym. Stąd ta moja żyłka bardziej finansowa niż techniczna.
Na studiach trafiłem do kółka inwestorskiego i połknąłem bakcyla. Inwestowałem zarobione podczas wakacji pieniądze na giełdzie.
Zaczynałem jednak w korporacji, w firmie stricte techniczno-budowlanej. To była firma z kapitałem skandynawskim, która w okolicach Trójmiasta stawiała fabryki okien. Od razu rzucono mnie na głęboką wodę. Zajmowałem się nawiązywaniem kontaktów handlowych, głównie szukaniem dostawców dla polskich i duńskich zakładów oraz negocjowaniem kontraktów. Mieszkałem trochę w Danii, odbyłem wiele szkoleń. Czułem jednak, że zbyt mało zależy ode mnie, poza tym ciągnęło mnie do finansów. To był czas hossy na giełdzie, deweloperskiej również. Pewności nabrałem po przeczytaniu książki "Bogaty ojciec, biedny ojciec" Roberta T. Kiyosaki. Według autora, jeżeli chce się odnieść sukces, to trzeba nauczyć się sprzedawać i inwestować, najlepiej w nieruchomości. Ta lektura bardzo mnie zainspirowała, a że już wcześniej interesowałem się finansami, to pomyślałem sobie, że jest to dla mnie kierunek rozwoju. Na studiach trafiłem do kółka inwestorskiego i połknąłem bakcyla. Inwestowałem zarobione podczas wakacji pieniądze na giełdzie. Skończyłem więc odpowiednie kursy, zdałem egzaminy i zostałem doradcą finansowym. Co prawda dalej byłem na etacie, ale 90 proc. mojego wynagrodzenia stanowiła prowizja.

Kamienna Góra. Dom należący do Ryszarda Krauzego zyska nowe życie Kamienna Góra. Dom należący do Ryszarda Krauzego zyska nowe życie
To w pewnym sensie była praca na swoim.

- Tak, w takiej formule wiele zależy od własnej inicjatywy. Samemu układa się grafik spotkań i decyduje, o której godzinie kończy się pracę. Zajmowałem się pośredniczeniem w udzielaniu kredytów hipotecznych i pomagałem bezpiecznie ulokować oszczędności. Byłem więc coraz bliżej tego, czym zajmuję się dziś. A skoro już udzielałem kredytów hipotecznych pod zakup nieruchomości, to w tym czasie kupiłem też swoje pierwsze mieszkanie. Potem kolejne, ale już na wynajem. Obserwowałem też moich klientów, którzy kupowali swoje pierwsze mieszkania, czy tych, którzy kupowali mieszkania inwestycyjnie, w celach zarobkowych i bardzo mnie to zachęciło do działania. Na tyle, że przekonałem swoją małżonkę, aby ona z kolei rozpoczęła pracę jako pośrednik w obrocie nieruchomościami.
Dziś nasze biuro nieruchomości stoi na dwóch nogach, czyli pośrednictwo w obrocie nieruchomościami oraz doradztwo kredytowe. Dwa lata temu postawiliśmy też na działalność deweloperską (...)
Doradztwem finansowym zająłem się jeszcze w 2008 roku, w momencie, gdy byliśmy na szczycie bańki nieruchomościowej. Potem było spowolnienie. Widziałem, jak ten rynek wygląda w rozkwicie, potem przez wiele miesięcy obserwowałem, jak jest, gdy przychodzi marazm, a potem widziałem, jak ten rynek zaczyna się odbudowywać. Pojawiały się okazje, możliwości zakupu kolejnych nieruchomości w celach inwestycyjnych. I przyszedł czas, gdy z moim wspólnikiem, z którym pracujemy do dzisiaj, doszliśmy do wniosku, że czas iść "na swoje". W dwa małżeństwa - ja z moją żoną i wspólnik z małżonką - otworzyliśmy biuro nieruchomości. Jesteśmy więc firmą rodzinną.

Wzrost zapytań o kredyty mieszkaniowe o 300 proc. Wzrost zapytań o kredyty mieszkaniowe o 300 proc.

A mówi się, że z rodziną to najlepiej... tylko na zdjęciu?

- Na szczęście my jesteśmy wyjątkiem, który nie potwierdza tej reguły. Zebraliśmy nasze doświadczenia z branży finansowej oraz te, jako kupujący oraz sprzedający, i w 2013 roku biuro wystartowało. Miało ono tylko uzupełniać nasz profil biznesowy, czyli działalność inwestycyjną. Zakładając firmę, nie myśleliśmy, że będziemy dużym podmiotem. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że w tym biznesie potrzebna jest skala, aby zaspokoić oczekiwania klientów. Żeby odnieść sukces, aby być rozpoznawalnym, trzeba mieć większą bazę ofert, klientów, a żeby móc to wszystko ogarnąć, trzeba mieć większy zespół ludzi i więcej powierzchni biurowej. Z czasem również doszła noga w postaci finansów, czyli kredytów hipotecznych. Na początku zatrudnialiśmy cztery osoby, dziś tworzymy zespół 65 osobowy. To był świetny czas, stopy procentowe zaczęły spadać, potem spadały przez kilka kolejnych lat, aż doszły w zasadzie do zera. Potem mieliśmy odbicie w drugą stronę, jednak ten rynek znów zaczyna się ożywiać. Dziś nasze biuro nieruchomości stoi na dwóch nogach, czyli pośrednictwo w obrocie nieruchomościami oraz doradztwo kredytowe. Dwa lata temu postawiliśmy też na działalność deweloperską i w tym zakresie również dalej chcemy się rozwijać.

Trzeba przyznać, że wasza agencja ma też bardzo chwytliwą nazwę. Kto ją wymyślił?

- Zaprojektowanie brandu powierzyliśmy specjalistom. Zgłosiliśmy się do agencji reklamowej, która miała opracować logo i wymyślić nazwę. Ona miała pasować do ofert inwestycyjnych, bo na takich głównie się wtedy skupialiśmy, a to muszą być gorące oferty, świeże oferty. Agencja wpadła na pomysł papryczki, co bardzo nam się spodobało i mamy Pepper House. Do tego w nazwie mamy dwa razy "P", czyli dwóch Piotrów - ja i mój wspólnik. Na początku bardzo promowaliśmy slogan, który nam zaproponowano, czyli "hot oferta". Mocno przebił się w odbiorze naszych klientów, nawet przyjął się na całym rynku. Potem wymyśliliśmy też hasło "gwarancja sprzedaży". Rozważaliśmy alternatywnie inne nazwy, żeby na przykład wykorzystać to, że mamy tak samo na imię. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie wszyscy będą chcieli się utożsamiać z "Piotr & Piotr."
My od początku wiedzieliśmy, że chcemy dalej skupiać się na naszych inwestycjach, natomiast biuro nieruchomości ma iść osobnym torem.
Inne agencje często mają w nazwie imię bądź nazwisko właściciela, bo większość biur nieruchomości opiera się na właścicielu, który często koncentruje się na sobie, a nie zespole. My od początku wiedzieliśmy, że chcemy dalej skupiać się na naszych inwestycjach, natomiast biuro nieruchomości ma iść osobnym torem. Nigdy nie byliśmy pośrednikami, zostaliśmy jednak menadżerami biura, zatrudniliśmy najlepszych specjalistów od prawa, podatków, marketingu, sprzedaży i razem zbudowaliśmy zespół agentów od zera. Muszę przyznać, że mieliśmy dużo szczęścia do ludzi. Wielu z nich jest z nami od teraz. Do dzisiaj sami zajmujemy się w firmie rekrutacjami. Postawiliśmy na pracę w biurze, na tzw. open space, żeby być bliżej pracowników oraz na spotkania z klientami w naszych oddziałach. Najpierw w wynajmowanych lokalach, potem już we własnych. Kluczem zawsze jest rozmowa, poznanie sytuacji klienta, jego potrzeb, czasem nawet ich uświadomienie, a dopiero potem dopasowanie najlepszych ofert. Zarabiamy tylko wtedy, gdy doprowadzimy do transakcji.

Barometr Cen Nieruchomości. Mieszkania i domy na wynajem dla studentów Barometr Cen Nieruchomości. Mieszkania i domy na wynajem dla studentów
Czy skupiacie się na rynku trójmiejskim?

- Trójmiasto i okolice, ale nie tylko. Mamy biuro w Gdańsku i Gdyni. Od zeszłego roku mamy też oddział w Bydgoszczy, doszedł więc rynek bydgoski, toruński i okolice. W planach są kolejne miasta. Już teraz dla większych tematów szukamy klientów w całej Polsce. Pracujemy na rynku wtórnym i pierwotnym. Jednak wtórny jest nam bliższy, duzi deweloperzy mają własne działy marketingowe i prawne, biura sprzedaży, architektów i nie zawsze nas potrzebują. Co innego mniejsi, często początkujący, z którymi dzielimy się własnymi doświadczeniami. Najczęściej jednak trafia do nas klient z rynku wtórnego.
Edukujemy klientów, że "próbowanie", a potem co tydzień spuszczanie z ceny, nie jest wskazane. To może nawet wyglądać na desperację (...)
A ten rynek bardzo się zmienił przez tych 10 lat. Jak zaczynaliśmy, to nieruchomości wybudowane po 2000 roku to była rzadkość w ofercie. Dziś rynek wtórny jest zupełnie inny, bo trafiła tam pula lepszych, nowszych nieruchomości i tych starszych też, ale już po remoncie. Dawniej, jak chcieliśmy kupić mieszkanie na rynku wtórnym, to zwykle było to mieszkanie do "własnej aranżacji". Dzisiaj rynek wtórny zaczął być konkurencją dla rynku pierwotnego, dlatego, że na rynku wtórym można dostać mieszkania w bardzo dobrych lokalizacjach, a do tego w bardzo wysokim standardzie. Są to mieszkania budowane w wyższej technologii, nierzadko kilkuletnie, świetnie wykończone. To ma wpływ na wszystko, i na ceny, i na postrzeganie rynku wtórnego. Dziś, gdy klient zdecyduje się na zakup mieszkania w kamienicy do remontu, to on zdaje sobie sprawę, że to mieszkanie musi być tańsze niż mieszkanie nowe, wykończone trzy lata temu pod klucz. Dzięki dostępowi do szerszej oferty nowych mieszkań, rynek jest bardziej wymagający. To, że klient sprzedający mieszkanie w bloku z wielkiej płyty życzy sobie takiej samej ceny, jak w nowym budynku po sąsiedzku, to często pozostaje w sferze życzeń. Rynek weryfikuje taką ofertę.

Piotr Zwoliński Piotr Zwoliński

Na rynku wtórnym ceny ofertowe od transakcyjnych często bardzo się różnią, co pokazują raporty NBP.

- Tak. Klienci na rynku wtórnym czasami wystawiają oferty na zasadzie testowania, czyli "a może się uda, mamy czas, spróbujemy". Deweloperzy tego nie robią, jak oferują, to wiedzą, ile muszą zarobić i jakie są realne ceny, a potem trzymają się tego poziomu.
Na ten rynek trafia coraz więcej nowych mieszkań. Kiedyś były to głównie lokale, które ktoś dostał w spadku czy darowiźnie, mieszkania do remontu, słabo wyposażone.
Swoją polityką nie zachęcają do negocjacji, co innego klienci na rynku wtórnym. Edukujemy klientów, że "próbowanie", a potem co tydzień spuszczanie z ceny, nie jest wskazane. To może nawet wyglądać na desperację, a klienci kupujący tylko na to czekają i dalej negocjują. Bywa, że robi się niekomfortowo, strony, zamiast szukać kompromisu, obrażają się na siebie. Pośrednik działa inaczej. Bez emocji. Pokazujemy oferty podobne, ceny transakcyjne, zachęcamy, żeby od razu rozpocząć z ceną rynkową, bo na początku mamy największe szanse na szybką transakcję. Istnieje coś takiego jak "efekt świeżości", im dłużej oferta jest na portalach tym większe prawdopodobieństwo obniżki ceny. Uświadamiamy klientów, że sprzedaż nieruchomości to transakcja biznesowa. Moim agentom polecam książkę "Handlowanie to gra. Od namawiania i żebrania do zaspokojenia potrzeb klienta" Jerzy Gut, Wojciech Haman.

A co z rynkiem najmu?

- Rynek najmu też się bardzo zmienił. Mieszkania, które teraz trafiają na najem, są też zdecydowanie w wyższym standardzie niż te sprzed dekady. Na ten rynek trafia coraz więcej nowych mieszkań. Kiedyś były to głównie lokale, które ktoś dostał w spadku czy darowiźnie, mieszkania do remontu, słabo wyposażone. Ten rynek też zyskał jakościowo, ale mieszkań na wynajem dalej brakuje, zwłaszcza teraz po napływie emigrantów ze wschodu. Na sprzedaż zresztą też. W mojej opinii to efekt błędnej polityki rządzących, zarówno tych obecnych jak i poprzednich. Państwo znowu wspiera popyt, ale zapomina o podaży, tyle że to już temat na inny wywiad.


Wiele też zmieniło się na rynku kredytów.

- Zgadza się. Dzisiaj bardzo ważne dla klienta kupującego i sprzedającego jest weryfikowanie przez profesjonalnego doradcę kredytowego. Często słyszymy od naszych klientów, którzy sami znaleźli kupującego, że przed podpisaniem umowy okazało się, że kupującego nie stać, bo nie ma zdolności kredytowej. Przy obecnych stopach procentowych nie każdy dostanie kredyt na nieruchomość. Dlatego warto najpierw sprawdzić, czy i na co nas stać.
Pandemia pokazała, że posiadanie ogródka, posiadanie dodatkowego pokoju, gdzie można popracować zdalnie czy zrobić lekcje, jest na wagę złota.
Bywa też, że klient może sobie pozwolić na więcej, niż mu się wydaje, bo w jednym banku nie wzięto pod uwagę wszystkich jego dochodów, a z kolei drugi bank podchodzi do tego inaczej. Rynek kredytów zmienia się dynamicznie. Zmieniają się nie tylko oferty, ale też kryteria liczenia zdolności, procedury, czasy analiz. Profesjonalizacja doradztwa kredytowego jest bardzo dużą zmianą. Obok pośrednictwa w nieruchomościach jest to kluczowa część naszej działalności.

Podobno kiedyś głównie sprzedawały się mniejsze, dwupokojowe mieszkania, a dziś szukamy większych, wygodniejszych. Czy faktycznie?

- Też to obserwujemy. W poprzedniej hossie, czyli w 2007 najwięcej sprzedawało się mieszkań dwupokojowych. One były kupowane przez ludzi młodych, którzy pozakładali rodziny, pojawiły się dzieci i teraz szukają czegoś większego. Sprzedają więc swoje mieszkania, mają na wkład własny, dobierają kredyt i kupują większe. W tych ostatnich latach to oni generowali ruch na rynku większych mieszkań. Z kolei od czasu pandemii bardzo mocno ruszył rynek domów. Jak zaczynaliśmy 10 lata temu, to sprzedaż domu była długą przeprawą, bo nie było zbyt wielu klientów na takie oferty. Pandemia pokazała, że posiadanie ogródka, posiadanie dodatkowego pokoju, gdzie można popracować zdalnie czy zrobić lekcje, jest na wagę złota.
Znów zaczął się ruch, a przed nami kolejne "dopalacze" w postaci obniżki stóp procentowych.
Dziś dużo się mówi o klientach gotówkowych, o tym, ile to ludzie nie mają zaoszczędzonych pieniędzy w skarpecie. Jednak większość klientów gotówkowych, to są klienci, którzy tych pieniędzy nie uzbierali, odkładając sobie na konto, one pochodzą ze sprzedaży innych nieruchomości. Bardzo często mamy klientów, którzy dają nam zlecenia na sprzedaż nieruchomości i równocześnie na zakup. Co ciekawe, większość klientów chciałaby zostać w tej samej lokalizacji co dotychczas. Mają dwa pokoje na Morenie, teraz chcą mieć cztery, ale też na Morenie lub w okolicy. Dlaczego? Bo mają swoje przyzwyczajenie, bo szkoła dla dzieci, bo praca. Jest też duża pula klientów inwestycyjnych, którzy kupują pod najem, jak i obrót, czyli kupują, remontują i sprzedają z zyskiem. Nie spotykamy się z klientami, którzy kupują mieszkania po to, żeby stały puste. Tacy istnieją tylko w głowach polityków. Albo na zaspokojenie swoich potrzeb mieszkaniowych, albo inwestycyjnie.

Czy jest na tym rynku coś, co pana zaskoczyło przez te lata?

- Nie spodziewaliśmy się takiego raptownego ruchu stóp procentowych. Wiedzieliśmy, że stopy będą musiały iść w górę, ale nie aż tak szybko. Oczywiście pandemia, wojna, inflacja, ale... Na szczęście, jak wybuchła pandemia, potem wojna to ruch się nie zatrzymał. Klienci kupowali praktycznie zdalnie, przez kamerki. Jedni szybko lokowali pieniądze, bo nieruchomości to bezpieczna inwestycja, drudzy zmieniali lokum z 40 m kw. na 80, bo szukali przestrzeni. Ludzie zmobilizowali się do zmiany, na którą i tak już się szykowali. Mieszkania na parterze z ogródkiem kiedyś były traktowane jako te gorsze, dziś często są bardziej pożądane, bo dają przestrzeń.



Pomimo tego, że sąsiedzi podglądają nas z balkonów?
Wspomniałem na początku, że budowlanka nie jest moim konikiem, dlatego ja bardziej odpowiadam za pośrednictwo w obrocie nieruchomościami i doradztwo finansowe, a wspólnik przejął tę część budowlaną.

- Zawsze można postawić parawan czy zrobić zadaszenie. Można się zasłonić. Wracając jednak do stóp procentowych. To nie stało się automatycznie, to był proces, ale w pewnym momencie rynek kredytów stanął. Spadki były rzędu 70 proc. Na szczęście od wiosny popyt na nieruchomości odbudowuje się. Za wzrostem cen mieszkań poszły ceny najmu, więc szybko okazało się, że nie ma alternatywy. Nie płacę wysokiej raty kredytu, ale muszę płacić wysoki najem. Dziś dzięki programowi Bezpieczny Kredyt 2 proc. pojawiła się grupa klientów, która nie była dotąd obecna na rynku. Znów zaczął się ruch, a przed nami kolejne "dopalacze" w postaci obniżki stóp procentowych. Raty kredytów będą spadały, a zdolność kredytowa rosła. Ceny pójdą w górę.

Doradztwo, pośrednictwo, a teraz jeszcze deweloperka. Niby też nieruchomości, ale jednak to zupełnie inny temat. Skąd ten pomysł?

- Kupując dla siebie lokale inwestycyjnie, nabraliśmy doświadczenia we współpracy z firmami remontowymi. Z czasem nieruchomości, które remontowaliśmy, było więcej i mieliśmy wyższe stopy zwrotu na tych inwestycjach. Zaczęliśmy od kawalerek, mieszkań dwupokojowych, potem były stumetrowe mieszkania, a nawet kamienice. Po jednej z takich inwestycji, polegającej na kapitalnym remoncie łącznie z wymianą dachu, wspólnie z architektem i wykonawcą doszliśmy do wniosku, że taniej byłoby zbudować od zera. Pod wieloma względami, i technicznymi, i proceduralnymi. To był już czas, kiedy mieliśmy za sobą sporo transakcji na rynku domów, więc poznaliśmy specyfikę tego segmentu. Pewnego dnia jedna z naszych agentek przyszła z ofertą sprzedaży bardzo atrakcyjnej działki i tak to się zaczęło. Powstały już cztery domy w dzielnicy Jasień, przy ul. Oliwkowej. W tej chwili budowanych jest osiem kolejnych. Docelowo mają być 22 domy, czyli osiedle Oliwkowa Park. Budujemy sami. Wspomniałem na początku, że budowlanka nie jest moim konikiem, dlatego ja bardziej odpowiadam za pośrednictwo w obrocie nieruchomościami i doradztwo finansowe, a wspólnik przejął tę część budowlaną. Taki podział według kompetencji bardzo się sprawdza. Może dlatego też nie wchodzimy sobie w drogę.


Tu papryczki, tam oliwki

- Papryczki są bardzo zdrowe, oliwki też, więc wszystko się zgadza. Pasujemy do tego. Ja i mój wspólnik mamy rodziny, uprawiamy sport, kochamy zwierzęta, dbamy o ekologię. Budujemy takie domy, w jakich sami moglibyśmy mieszkać. Są to domy w zabudowie bliźniaczej, 200 m kw. każdy, duża działka, dwustanowiskowy garaż, ogrodzone osiedle. Pompa ciepła, fotowoltaika, zbiornik na deszczówkę w cenie. Zakończyliśmy właśnie II etap sprzedaży, z kolejnym ruszamy niebawem.
Trzeba być gotowym na ciężką pracę, rozwój, krytykę, wyrzeczenia, ale także otwartym na pojawiające się okazje.

Czy kiedyś myślał pan o innej branży, jakaś produkcja, a może gastronomia skoro te papryczki i oliwki?

- Nie, nigdy. Chciałbym poszerzać skalę Pepper House, powiększać o jakieś elementy, ale dalej związane z nieruchomościami. Chodzi nam po głowie zarządzanie najmem dobowym. Dalej jest na to przestrzeń w Trójmieście, a my mamy dostęp do klientów, którzy kupili takie nieruchomości. To jest jakiś kierunek. Pandemia zastopowała nasze plany, ale kiedyś wrócimy do tego tematu. Na tę chwilę skupiamy się na dokończeniu budowy osiedla, na rozwoju oddziału w Bydgoszczy, który powstał kilka miesięcy temu i dalszym powiększaniu naszego udziału w lokalnym rynku. Niedawno przeprowadziliśmy się z naszym gdańskim biurem z ul. Szymanowskiego na ul. Leśmiana. Lokal jest dwa razy większy, więc zwiększamy możliwości - będziemy mieli na pokładzie więcej doradców nieruchomościowych i finansowych. W Gdyni też znajdzie się jeszcze miejsce na kilka biurek.

Co by pan powiedział tym, którzy dziś zastanawiają się, czy "iść na swoje"? Na co zwrócić uwagę?

- Cały czas powstają nowe biura nieruchomości i cały czas zamykają się te, które nie dały rady. My jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy na rynku już 10 lat i chcemy na nim być kolejne 10 lat. Najważniejsza jest pasja, żeby lubić to, co się robi i angażować się na 100 proc., a wtedy sukces przyjdzie sam, w odpowiednim momencie. Trzeba być gotowym na ciężką pracę, rozwój, krytykę, wyrzeczenia, ale także otwartym na pojawiające się okazje. Nie bez znaczenia jest też oczywiście poduszka finansowa, początki nigdy nie są łatwe, ale przy odpowiedniej determinacji i cierpliwości ze wszystkim można sobie poradzić.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady, mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Miejsca

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (82)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Ludzie biznesu

Grzegorz Bierecki

Grzegorz Bierecki urodzony 28 października 1963 roku. Od 1990 prezes Fundacji na Rzecz Polskich...

Najczęściej czytane