stat

Na swoim. Agencja reklamowa i samorząd gospodarczy według Leszka Miazgi

Jestem zwykłym chłopakiem ze starej Oruni. W sytuacji trudnej liczę tylko na siebie. Uważam jednak, że sukcesu nie buduje się ani samemu, ani w jednym pokoleniu - mówi Leszek Miazga.
Jestem zwykłym chłopakiem ze starej Oruni. W sytuacji trudnej liczę tylko na siebie. Uważam jednak, że sukcesu nie buduje się ani samemu, ani w jednym pokoleniu - mówi Leszek Miazga. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że warto być odpowiedzialnym nie tylko za swoją firmę, ale też za otoczenie, w których żyjemy, że bycie na swoim to ciągła możliwość korzystania z szansy i tworzenia szansy dla samego siebie, a także o tym, że sukcesu nie buduje się ani samemu, ani w jednym pokoleniu rozmawiamy z Leszkiem Miazgą, właścicielem agencji 2Pi. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Magdą Bellwon, właścicielką firmy Conseo. Kolejny wywiad już za miesiąc.



Prowadzi pan firmę marketingowo-reklamową, ale pana nazwisko pojawia się w przestrzeni społeczno-gospodarczej Trójmiasta i Pomorza w wielu obszarach. Od Regionalnej Izby Gospodarczej Pomorza przez Kaszubski Inkubator Przedsiębiorczości po Pomorski Instytut im prof. Brunona Synaka.

Leszek Miazga: - To prawda. Zawsze byłem i jestem aktywny, lubię działać, a jeszcze bardziej lubię wyzwania.
Długo nie mogłem usiedzieć spokojnie i jak tylko podgoniłem z nauką, to na uczelni również się rozszalałem. Zorganizowałem m.in. wyprawę do Chin (...)

Od zawsze?

- Zaczęło się wcześnie, bo już w liceum, a wzięło się z pasji do sportu i turystyki. Wówczas z kolegami przekształciliśmy klub Neptun przy PTTK w samodzielne stowarzyszenie. Do zarządu tej organizacji trafiłem mając zaledwie 17 lat. W tamtym czasie były likwidowane szkoły i nasze stowarzyszenie w ramach konkursu przejęło obiekt w gminie Trąbki Wielkie, w którym zorganizowaliśmy Leśną Szkołę Przygody. W tygodniu prowadziliśmy zielone szkoły dla dzieci, a w weekendy imprezy integracyjne dla firm. Bardzo wiele nauczyłem się od moich starszych kolegów, ale jak trzeba było, to zdobywałem uprawnienia instruktorskie, wysokościowe czy do prowadzenia wycieczek. Jako młody człowiek albo pracowałem, albo się uczyłem, albo chodziłem na kursy. Organizowaliśmy też ekstremalne rajdy na orientację Harpagan, gdzie odpowiadałem za marketing, rejestrację i finanse.

W tej sytuacji bycie "na swoim" było tylko kwestią czasu?

- Chyba tak. Zwłaszcza że zawsze zajmowałem się obszarem organizacyjnym, administracją, marketingiem, co zaprocentowało później. Już na studiach okazało się, że nie tak łatwo wiele spraw pogodzić, zwłaszcza jak się jest na Politechnice Gdańskiej. Pierwszy rok zawaliłem przez pracę. Jednak nie poddałem się. Przerwałem działalność gospodarczą i postarałem się o indywidualny tok studiów, by w ciągu roku nadrobić dwa lata i skończyć studia w terminie. Długo nie mogłem usiedzieć spokojnie i jak tylko podgoniłem z nauką, to na uczelni również się rozszalałem. Zorganizowałem m.in. wyprawę do Chin, podczas której zwiedzaliśmy ciekawe obiekty inżynieryjne i hydrotechniczne. Było to zgodne z kierunkiem, na którym studiowałem. Rozpocząłem też współpracę z "Dziennikiem Akademickim" i "Dziennikiem Bałtyckim", współtworzyłem studio telewizyjne na uczelni. Przez dwie edycje pracowałem przy organizacji finału festiwalu studenckiego FAMA w Świnoujściu z galą transmitowaną live w TVP 2 w tzw. prime time.

Epizod dziennikarski też?

- Tak. Pisałem teksty i robiłem zdjęcia. Szkoła Macieja Wośko - w tamtym czasie naczelnego - procentuje do dziś. W pewnym momencie zająłem się fotografią, miałem swoje wystawy. Swego czasu sporo pieniędzy zarobiłem też na sesjach ślubnych. Moja aktywność została zauważona i spotkało mnie ważne dla mnie wyróżnienie. Przez cztery lata byłem asystentem rektora i senatora RP prof. Janusza Rachonia, w tym czasie jeszcze szefa Rady Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Jest, był i będzie moim autorytetem.
Moim marzeniem, jeszcze z liceum, było stworzenie agencji reklamowej. Widziałem siebie w tym obszarze (...)

Nie myślał pan wówczas o zajęciu się polityką czy działalnością samorządową?

- Nie, choć to pytanie słyszę co jakiś czas. Dobrze się czuję jako przedsiębiorca a swoją potrzebę aktywności społecznej realizuję pomagając przedsiębiorcom oraz działając w Rotary Club. Moim marzeniem, jeszcze z liceum, było stworzenie agencji reklamowej. Widziałem siebie w tym obszarze, bo byłem dobry w zarządzaniu projektami. Jeszcze w 2003 roku założyłem z kolegami spółkę informatyczną, która już po trzech miesiącach działalności wdrożyła oprogramowanie do Sądu w Gdańsku, wtedy pojawiła się nazwa 2Pi Group po raz pierwszy. Po tym epizodzie została mi nazwa firmy, która pojawiła się ponownie na rynku w 2008 roku już jako agencja reklamowa. Pierwsza osoba, którą zatrudniłem - Marta Soboń - pracuje ze mną do dziś.

Czym dokładnie zajmuje się agencja 2Pi?

- To agencja marketingowa. Pracujemy w pięciu obszarach - Media, Action, One-line, OOH, CSR. Media to projekty kreatywne, koncepcje marketingowe, branding, kompletne kampanie reklamowe. Action to organizacja eventów, akcji ambientowych, działań prosprzedażowych. Oneline to kampanie internetowe i media społecznościowe. OOH, czyli Out Of Home to obszar reklamy zewnętrznej. CSR to wspieranie w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu, tu szczególnie skupiamy się na organizacjach pozarządowych i podmiotach ekonomii społecznej. Pracujemy dla dużych i mały firm, dla instytucji. Zrobiliśmy kampanię przekrojową dla Muzeum II Wojny Światowej, pracowałem dla Kulczyk Holding przy elektrowni w Pelplinie, dla Lotosu, dla Energi przy elektrowni wodnej, dla PERN robiliśmy nową identyfikację wizualną, kalendarze dla Orlenu. Przygotowywaliśmy stronę internetową dla Forum Gdańsk i Opery Bałtyckiej. Jesteśmy coraz lepsi w działaniach one-line. W ten obszar dużo inwestujemy.
Nie chcę tylko tworzyć dla siebie, ale także dla moich dzieci, dla ich dzieci, dla ludzi, którym patrzę w oczy na co dzień - mówi Leszek Miazga.
Nie chcę tylko tworzyć dla siebie, ale także dla moich dzieci, dla ich dzieci, dla ludzi, którym patrzę w oczy na co dzień - mówi Leszek Miazga. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

Który z tych obszarów jest panu szczególnie bliski?
Od roku z kolei zarządzam Funduszem Pożyczkowym Pomorze Przyszłości, w ramach finansowania z Banku Gospodarstwa Krajowego. Jest to fundusz na prace badawczo-rozwojowe dla pomorskich firm.

- Każdy, ale szczególnie jestem dumny - jako gdańszczanin - z OOH. Chodzi o tzw. siatki reklamowe na remontowanych budynkach. Dzięki takiej działalności i swojej pracy współtworzyłem kampanie reklamowe, których efektami są m.in. wyremontowane elewacje wielu kamienic w Trójmieście. Te najładniejsze znajdują się m.in. na ul. Długiej i Długim Targu.

To taki trudny obszar. Wielu twierdzi, że reklamy zaburzają przestrzeń miejską i walczą z reklamą zewnętrzną.

- Wiele z tego, co nam się wszystkim nie podoba ma bardzo mało wspólnego z profesjonalną reklamą zewnętrzną. Dlatego niezbędna była dyskusja i zmiany w prawie. Jestem jednym z inicjatorów i założycieli Ogólnopolskiej Izby Reklamy Wielkoformatowej, która stała się na arenie ogólnopolskiej partnerem do dyskusji na ten temat.

Pan jest niemożliwy. Kolejna działalność, znów społeczna, na rzecz przedsiębiorców.

- Mówiłem, że jestem aktywny. Ta działalność jest społeczna, ale też z korzyścią dla mojej firmy, czego nie ukrywam. Fakt zaproszenia mojej osoby do Rady Izby Reklamowej to nie tylko prestiż i zaufanie do mnie, ale również uznanie na rzecz działalności mojej firmy.

Wiele osób kojarzy pana jednak z działalności w Regionalnej Izbie Gospodarczej Pomorza.

- Tak. To bardzo ważna dla mnie działalność. Kiedy byłem w zarządzie International Project Management Association, warszawskiej organizacji zajmującej się tematem profesjonalnego zarządzania projektami, to zostałem zaproszony do współpracy przez RIGP.
Ważny jest dobór ludzi. Ważne jest zbudowanie relacji. Staram się o dobrą atmosferę w pracy. Bardzo mi na tym zależy.
Zróbmy coś dla przedsiębiorców - zaproponował mi Sławek Halbryt. Za tym projektem stali świetni ludzie - Adam Protasiuk, ówczesny marszałek województwa Jan Kozłowski, Grażyna Zielińska czy również prezydent Paweł Adamowicz. W samorządzie gospodarczym jesteśmy wybierani przez przedsiębiorców, reprezentujemy ich na zewnątrz. Możemy pomóc, gdy trzeba nacisnąć na dużego partnera czy władze. Realizujemy projekty dla przedsiębiorców i regionu, np.: Pomorski Broker Eksportowy, Centrum Arbitrażu i Mediacji czy projekt Szkolnictwa Zawodowego. Brałem również aktywny udział w powstaniu strategii województwa pomorskiego. Od roku z kolei zarządzam Funduszem Pożyczkowym Pomorze Przyszłości w ramach finansowania z Banku Gospodarstwa Krajowego. Jest to fundusz na prace badawczo-rozwojowe dla pomorskich firm. Od stycznia zarządzam również funduszem inwestycyjnym Alfa Bridge. To ma sens, bo z jednej strony mamy instrument zwrotny, pożyczkowy, a z drugiej bezzwrotny fundusz inwestycyjny. To nie koniec. Z trzema kolegami prowadzimy również niełatwy projekt, jakim jest Kaszubski Inkubator Przedsiębiorczości. To miejsce w Kościerzynie, gdzie wspieramy startujących w biznesie. Jest jeszcze Pomorski Instytut im prof. Brunona Synaka, gdzie jestem członkiem zarządu. W ramach instytutu zajmujemy się badaniami marketingowymi, w tym badaniami ruchu turystycznego, ale również komunikacją i oddziaływaniem inwestycji infrastrukturalnych.

Dla pana ważne jest kształtowanie otoczenia biznesowego, a nie tylko własnej firmy?

- Tak. Jest kilka poziomów odpowiedzialności. Pierwszy to odpowiedzialność za siebie, drugi to odpowiedzialność za siebie i swoją rodzinę. Trzeci to odpowiedzialność za siebie, swoją rodzinę, swoich pracowników, współpracowników. A czwarty, ten najwyższy poziom, to jest odpowiedzialność również za otoczenie, w którym żyjemy. Ja czuję tę odpowiedzialność. Nie chcę tylko tworzyć dla siebie, ale także dla moich dzieci, dla ich dzieci, dla ludzi, którym patrzę w oczy na co dzień. Mam jednak świadomość, że gdyby nie grupa współpracowników, ci, z którymi pracuję w firmie, a także ci, którzy towarzyszą mi przy tych wszystkim projektach, to sam nie zrobiłbym nawet połowy tego, co razem tworzymy.
Inaczej startuje się, jak coś ma się w kieszeni. Ja miałem tylko pomysły i ręce do pracy. Dopiero po pół roku zaczęliśmy powoli wychodzić na swoje.

Jak buduje się taki zespół?

- Ważny jest dobór ludzi. Ważne jest zbudowanie relacji. Staram się o dobrą atmosferę w pracy. Bardzo mi na tym zależy. Musi być "flow" - magnetyzm, porozumienie i zrozumienie. Muszą być kreatywni i samodzielni, bo ja czasem nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć.

Wielu przedsiębiorców ma problem z delegowaniem obowiązków. Jak pan sobie z tym radzi?

- Nie mam z tym problemu. Lubię wiedzieć o tym, co się dzieje, ale jeżeli nie mam czasu, to nie wymagam, aby zespół czekał na mnie z decyzją w nieskończoność. Zawsze powtarzam: jak nie dam odpowiedzi dwa razy, to róbcie po swojemu.

Większość przedsiębiorców czasem trafia na jakąś mieliznę, czy ma pan takie doświadczenie za sobą?

- Był taki moment na początku działalności firmy. Co miesiąc firma przynosiła straty, żona była w domu z naszym małym synem, ja udawałem, że panuję nad tym wszystkim, choć nie panowałem. Brakowało mi środków na rozkręcenie tej machiny. Inaczej startuje się, jak coś ma się w kieszeni. Ja miałem tylko pomysły i ręce do pracy. Dopiero po pół roku zaczęliśmy powoli wychodzić na swoje. Wytrzymaliśmy ten moment i potem już poszło. Bycie na swoim to ciągła możliwość korzystania z szansy i tworzenia szansy dla samego siebie. Nie ma jednak nic za darmo, dodatkowe możliwości kosztują wiele dodatkowych ryzyk.
Chciałem sprawdzić, jak mi pójdzie w biznesie usługowym blisko ludzi. Otworzyłem salon fryzjerski ze wspólniczką. Taki eksperyment.

Obszar, który pan wybrał jest trudny, bo jak firmy mają kłopoty to "tną" reklamę i marketing.

- Tak, nie raz to odczuwałem. Czasem rezygnowano pomimo podpisanych już kontraktów. Dziś, dzięki wszechstronności naszej agencji, a co się z tym wiąże kompleksowości, już nie boimy się kryzysów. Stoimy na kilku nogach.

A jakieś marzenia biznesowe?

- Są. Staram się je spełniać. Chciałem sprawdzić, jak mi pójdzie w biznesie usługowym, blisko ludzi. Otworzyłem salon fryzjerski ze wspólniczką. Taki eksperyment. Mamy coraz więcej klientów, świetne fryzjerki. Ciężko się zatrzymać. Dzisiaj mam jednak ten komfort, że już nie muszę sięgać po wszystko, mogę wybierać. To sobie bardzo cenię. Choć nadal ciężko mi odmówić, gdy coś wyda mi się ciekawe i wartościowe.

Znów mnie pan zaskoczył. A ma pan jeszcze czas na życie prywatne?

- Muszę mieć, mam dwóch wspaniałych synów - Mieszka i Zbyszka. Oczywiście zawsze chciałbym mieć dla nich więcej czasu, niż mam. Jednocześnie chciałbym jednak, żeby było im łatwiej, żeby nie zaczynali od początku, tak jak ja. Jestem zwykłym chłopakiem ze starej Oruni. W sytuacji trudnej liczę tylko na siebie. Uważam jednak, że sukcesu nie buduje się ani samemu, ani w jednym pokoleniu. To proces wymagający pracy i wyrzeczeń. Dziś każdy chciałby mieć i wszystko, i teraz, a tak się nie da. Staram się budować swoje życie na innych wartościach. Chciałbym, żeby moi synowie zrozumieli działalność ojca, żeby chcieli ją kontynuować na rzecz siebie, ale i swojego otoczenia.
Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Opinie (63) ponad 100 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Marcin Lewandowski

Prezes zarządu Grupy GPEC, firmy z branży energetycznej. Doświadczenie zdobył na stanowiskach...