stat

Na swoim. Od Ivony po Lab4Life. Projekty dla ludzi od Łukasza Osowskiego

Firma miała parę milionów dolarów przychodu, które wystarczyły na dalszą pracę, dalsze badania naukowe, dalszy rozwój, ale...  natrafiliśmy na sufit, a tym sufitem była konkurencja - mówi Łukasz Osowski.
Firma miała parę milionów dolarów przychodu, które wystarczyły na dalszą pracę, dalsze badania naukowe, dalszy rozwój, ale... natrafiliśmy na sufit, a tym sufitem była konkurencja - mówi Łukasz Osowski. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl

O tym, jak powstają projekty, które nie pozwalają spokojnie spać szefom potężnych światowych koncernów, a także o tym, że czasem warto zaufać testom i posłuchać dobrej rady swojego profesora, rozmawiamy z Łukaszem Osowskim, współtwórcą Ivona Software - firmy, która zrobiła najlepszy na świecie syntezator mowy - dziś pracującym nad kolejnym projektem, czyli Lab4Life. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Michałem Migalskim, prezesem firmy Nava. Kolejny wywiad już za miesiąc.


...inżynierom jest łatwiej, bo samo wykształcenie uczy ich tworzenia konkretnych rzeczy. A te konkrety można przekuć w produkt.

Co pan czuje, gdy słyszy głos Ivony zapowiadający przystanki w tramwaju czy pociągu?

Łukasz Osowski: - Jestem dumny. Przyznaję, że sprawia mi to ogromną przyjemność, zwłaszcza gdy wracam z daleka i jestem na lotnisku w Warszawie.

Faktycznie na lotnisku też ją słychać. A jakiś żal, że sprzedał pan Ivonę?

- Nie. To był projekt doskonale sprzedany Amazonowi. Osiągnął gigantyczny sukces, ponad 100 mln użytkowników na całym świecie. Jestem z tego zadowolony. To było optymalne rozwiązanie.

Wróćmy jednak do początków. Jak do tego doszło, że jest pan na swoim, że powstała firma Ivo Software, ostatecznie przemianowana na Ivona Software?

- Skończyłem Politechnikę Gdańską, a dokładnie ETI, czyli Wydział Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki. Wtedy w ogóle nie myślałem o tym, że mógłbym tworzyć swoją firmę, że mógłbym zarządzać projektami. Jednak na studiach - już pod koniec - mieliśmy taki przedmiot "zarządzanie firmą komputerową" prowadzony przez prof. Dykę. Któregoś dnia profesor przeprowadził nam test psychologiczny tzw. Thomas PPA, który ma na celu sprawdzenie cech osobowości w modelu czterowymiarowym - komunikacja, szybkość, dominacja, akceptacja. On został opracowany w latach 60. dla żołnierzy amerykańskich wracających z Wietnamu. Chodziło o to, aby ich dobrze ukierunkować na przyszłą drogę zawodową. Ku mojemu zdziwieniu z testu jasno wyszło, że moje cechy osobowości predestynują mnie do zarządzania, do prowadzenia firmy. Nasz wykładowca radził nam, aby wybrać drogę zgodną z predyspozycjami, by zwiększyć szanse na realizowanie siebie. Posłuchałem tej rady.

Mam wrażenie, że absolwenci Politechniki Gdańskiej mają takie predyspozycje. Wiele świetnych trójmiejskich firm tworzyli i tworzą właśnie absolwenci tej uczelni.
Szukałem kogoś, z kim mógłbym ten produkt tworzyć, a nie kogoś, kto pomógłby wejść na rynek. Taką osobą okazał się Michał Kaszczuk.

- Z mojego roku może ok. 5-10 proc. poszło na swoje, więc raczej standardowo. Wydaje mi się, że być może inżynierom jest łatwiej, bo samo wykształcenie uczy ich tworzenia konkretnych rzeczy. A te konkrety można przekuć w produkt. A gdy się ma produkt, to można zacząć tworzyć firmę. Oczywiście w kolejnej fazie, gdy produkt trzeba sprzedać, dotrzeć z nim do klienta, to może się okazać, że inżynier potrzebuje wsparcia osób z umiejętnościami zarządczymi, którzy potrafią ocenić szanse rynkowe. Tak powstała Wirtualna Polska. Portal tworzyli inżynierowie, ale obok byli też ludzie od zarządzania. Pod koniec studiów miałem okazję dla nich pracować.

A jak było z Ivoną?

- Byłem inżynierem informatykiem, ale nie szukałem do współpracy kogoś od zarządzania. Z tym wiedziałem, że sobie poradzę, ucząc się w trakcie działania. Szukałem kogoś, z kim mógłbym ten produkt tworzyć, a nie kogoś, kto pomógłby wejść na rynek. Taką osobą okazał się Michał Kaszczuk. I tak razem z Michałem zaczęliśmy tworzenie Ivony. Zanim powstała firma, był pomysł na produkt, czyli stworzenie syntezatora mowy.

Okazał się strzałem w dziesiątkę. Jak się wpada na takie pomysły?

- Zaczęło się od wyzwania naukowego dla inżyniera, a nie od zapotrzebowania rynkowego. To był piąty rok studiów, wtedy myśli się, o czym napisać pracę magisterską i o tym, co by można ciekawego zrobić, czego nikt inny jeszcze nie zrobił. Ja też tak do tego podszedłem. Co moglibyśmy ciekawego zrobić, czego inni nie robią. Co będzie pasjonujące od strony inżynieryjnej, naukowej. I padło na syntezę mowy.

To chyba było trudne wyzwanie?

- Bardzo trudne, ale kiedy się ma dwadzieścia parę lat, to się człowiekowi wydaje, że wszystko można zrobić łatwo i szybko. Każdy pomysł, który wpadnie do głowy. My myśleliśmy, że zrobimy syntezę mowy, a do tego jeszcze rozpoznawanie mowy, rozpoznawanie języka naturalnego i stworzymy coś takiego, co właściwie dopiero teraz istnieje, czyli zrobimy wirtualnego asystenta, jak Alexa. Udało się to dopiero dzięki projekcie Amazonu. Jednak kiedy zaczynaliśmy pracować nad naszym syntezatorem, to myśleliśmy, że sami wszystko zrobimy w parę lat. Wgłębiając się coraz bardziej w tę pierwszą technologię, czyli syntezę mowy, okazało się, że to gigantyczny temat. Okazało się, że technologia syntezy mowy jest trudnym wyzwaniem, a jednocześnie pracochłonnym. Do tego nie wystarczyło zrobić syntezy mowy w języku polskim, bo jeśli chcieliśmy naprawdę rozwijać to przedsięwzięcie, to musieliśmy wejść na inne rynki, czyli stworzyć też inne języki. A stworzenie każdego nowego języka dla syntezy mowy było wtedy bardzo dużym wyzwaniem.
W ciągu kilku dni spory procent Polaków poznał naszą firmę i chyba poczuł się dumny z naszego osiągnięcia. Bo to nieprawda, że nie lubimy cudzych sukcesów.

Ale udało się. Był taki moment, że o panach i Ivonie zaczęto mówić.

- To było po udziale w konkursie Gdyński Biznesplan. Zajęliśmy wówczas drugie miejsce i dostaliśmy się do Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Został doceniony nasz produkt i pomysł na dotarcie do rynku. Potem nawet trafiliśmy na plakaty reklamujące ten konkurs.

I staliście się rozpoznawalni.

- Faktycznie, choć tylko w Trójmieście. Polska usłyszała o nas później, czyli po wygraniu kolejnego konkursu. To był Blizzard Challenge 2006. Jest to konkurs odbywający się przy okazji największej na świecie międzynarodowej konferencji dotyczącej mowy. Biorą w niej udział firmy, ośrodki badawcze i uniwersytety z całego świata. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że nasz syntezator mówi najlepiej, i wygraliśmy. Wygraliśmy z tymi uniwersytetami, czyli zespołami naukowymi, z tymi wielkimi firmami, które pracowały nad syntezą mowy od lat. Pokonaliśmy takich gigantów, jak Microsoft czy IBM. Po prostu to, co zrobiliśmy, okazało się najlepsze. Niezależnie ocenione przez ekspertów. Wtedy dopiero zaczął się szum wokół nas. Ten sukces odbił się szerokim echem także w kraju. W ciągu kilku dni spory procent Polaków poznał naszą firmę i chyba poczuł się dumny z naszego osiągnięcia. Bo to nieprawda, że nie lubimy cudzych sukcesów. My potrafimy się cieszyć, być dumni i identyfikować się z sukcesami rodaków.
Mam nadzieję, że wiosną przyszłego roku będę mógł zdradzić więcej szczegółów na temat projektu Lab4Life - mówi Łukasz Osowski.
Mam nadzieję, że wiosną przyszłego roku będę mógł zdradzić więcej szczegółów na temat projektu Lab4Life - mówi Łukasz Osowski. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl

Jeśli gigant na rynku, który ma 2 mld dolarów przychodu, zaczyna nam grozić pozwami różnego rodzaju, to trudno się dziwić, że zaczęliśmy się po prostu bać.

Skoro sukces, to dlaczego Ivona została sprzedana?

- Bo to wszystko nie było takie proste, ale po kolei. W kolejnych latach znów byliśmy w czołówce Blizzard Challenge, zdobywaliśmy też inne nagrody, dalej rozwijaliśmy technologię. Nasz syntezator mowy był rzeczywiście najlepszy na rynku, ale komu mogliśmy go sprzedać? Wtedy syntezatory mowy sprzedawały się na rynku produktów dla osób niewidomych i niedowidzących, czyli dla stosunkowo niewielkiej liczby osób. W Polsce takich osób jest ok. 40-50 tys. Na dodatek produkt dla nich nie może być drogi z uwagi na ich zwykle skromny budżet. W tej sytuacji nie byliśmy w stanie wygenerować dużej sprzedaży i przychodu adekwatnego do kosztów. Jedyną drogą do pozyskania większych przychodów była sprzedaż w innych krajach. Jednak wejście do innego kraju wiąże się z dużymi kosztami, czyli stworzeniem kolejnego języka.

Udało się, bo Ivona mówiła m.in. po angielsku.

- Tak, ale stało się to dzięki partnerom zewnętrznym. Nasz syntezator mówił bo brytyjsku, dzięki zaangażowaniu królewskiej organizacji wspierającej osoby niewidome i niedowidzące w Wielkiej Brytanii. Oni nas dostrzegli i pomogli sfinansować nasz projekt. To nam pomogło wejść na rynek brytyjski i amerykański, a potem do kilku innych krajów europejskich. Firma się rozwijała, zatrudnialiśmy inżynierów, programistów, naukowców. Miała parę milionów dolarów przychodu, które wystarczyły na dalszą pracę, dalsze badania naukowe, dalszy rozwój, ale... natrafiliśmy na sufit, a tym sufitem była konkurencja. Wówczas były na rynku ze trzy duże firmy zajmujące się syntezą mowy, które miały trochę gorszy produkt, ale miały więcej pieniędzy. Ich przychody, nie tylko z syntezy mowy, ale też z innych produktów, były tysiące razy większe od naszych. Te firmy były dla nas zagrożeniem, a w biznesie nie ma sentymentów. Jeśli gigant na rynku, który ma 2 mld dolarów przychodu, zaczyna nam grozić pozwami różnego rodzaju, to trudno się dziwić, że zaczęliśmy się po prostu bać. Stwierdziliśmy, że może to jest dobry moment, żeby poszukać albo drogi dużo szybszego rozwoju, czyli pozyskać kapitał, dużo szybciej rozwijać się samemu i spróbować się obronić, albo pozyskać inwestora większościowego, który przejmie kontrolę nad naszą firmą, ale pozwoli rozwijać się naszej technologii i pomoże dotrzeć do milionów ludzi. Nie chcieliśmy zmarnować tego, co stworzyliśmy. Nie chcieliśmy zamknąć tego projektu w szafie.

Zdecydowaliście się na to drugie rozwiązanie.

- Tak. Mieliśmy sporo ofert od firm ze świata. Ostatecznie wybraliśmy propozycję Amazona, ponieważ zagwarantowali nam, że nasz produkt dotrze do milionów ludzi. Oni wówczas pracowali nad czytnikiem książek, Kindle. Nasz syntezator okazał się pomocny. I tak dołączyliśmy do Amazona. Potem okazało się, że tworzą bardzo innowacyjny produkt, czyli wirtualnego asystenta, i tam synteza mowy była kluczową technologią. Mieliśmy przyjemność tworzyć już w Amazonie i syntezę mowy, i pracować nad tym nowym produktem, czyli nad Alexą. Dziś używa jej ponad 100 mln ludzi na świecie. To jest niesamowity sukces. Alexa w Polsce jest mało znana, ale w Stanach Zjednoczonych prawie każdy ma ją w domu.
Udało nam się stworzyć firmę, która rzeczywiście była sprzedana za duże pieniądze, a do tego Amazon docenił kulturę i organizację pracy, którą stworzyliśmy, i oczywiście samą technologię.

Nie udałoby się tego zrobić bez Amazona?

- Nie. Musielibyśmy pozyskać kilkanaście milionów dolarów, żeby opatentować nasze pomysły, nasze technologie i jednocześnie na to, żeby prowadzić obronę przed pozwami, których na pewno byśmy nie uniknęli. To byłaby wojna. My chcieliśmy jej uniknąć.

I nie zamykać Ivony w... szafie.

- Tak. W wielu przypadkach tak się kończyło, że technologie opracowane w Polsce były potem zamykane w szafach z różnych powodów. Nas taki scenariusz nie interesował, wybraliśmy pójście pod skrzydła Amazona. To był duży sukces finansowy dla każdego pracownika Ivony oraz dla mnie i Michała. Udało nam się stworzyć firmę, która rzeczywiście była sprzedana za duże pieniądze, a do tego Amazon docenił kulturę i organizację pracy, którą stworzyliśmy, i oczywiście samą technologię. Podpisując umowę, wiedzieliśmy, że Ivona nie utknie w szafie, a w przypadku kilku innych ofert mogło tak się skończyć.

To chyba ogromna satysfakcja - stworzenie czegoś, co taki gigant jak Amazon chciał dalej rozwijać?

- Olbrzymia satysfakcja. Co więcej, my nadal tę technologię rozwijaliśmy. Firmę sprzedaliśmy w 2012 roku. Podpisaliśmy umowę, która zobowiązywała nas do współpracy jeszcze przez trzy lata. Ivona w momencie przejęcia to był projekt, nad którym pracowało trzydzieści parę osób, w ciągu kilku kolejnych lat to się rozrosło do kilkudziesięciu osób, a teraz tam pracuje chyba z sześćset ludzi. To jest teraz Amazon Development Center Poland. Opracowano tam już nową generację technologii syntezy mowy, prawdopodobnie nadal najlepszą na świecie.

Nie chciał pan tam zostać?

- Nie. Wiedziałem, że będę chciał pójść dalej, realizując swoje własne pomysły i swój własny scenariusz. Nie lubię pracować dla kogoś.

Tak przecież z testu wyszło.
Prowadzimy badania, wykorzystujemy m.in. technologie machine learning, sztucznej inteligencji i analizujemy styl życia i zdrowie setek tysięcy ludzi.

- Tak. Mój profil psychologiczny mówi, że jestem osobą, która sama lubi wytyczać sobie cele. Kiedy ostatecznie rozstałem się z Amazonem, to przez jakiś czas skupiłem się na innych sprawach. Trochę żeglowałem, mocno pochłonęła mnie rodzina, a mam pięcioro dzieci. To był taki czas, około roku, kiedy zupełnie oderwałem się od biznesu i technologii. A potem znów zacząłem myśleć o tym, co można nowego i ciekawego zrobić. Szukałem pomysłu. Z jednej strony takiego, który byłby wyzwaniem technologicznym, naukowym, a z drugiej strony czegoś, co miałoby potencjał i mogło pomóc ludziom. W ten sposób wpadliśmy z kolegami na pomysł projektu, który ma pomóc ludziom dłużej żyć w zdrowiu.

Czyli Lab4Life. Czym jest ten projekt?

- Nie chciałbym mówić o szczegółach, bo jest to przedsięwzięcie w tzw. stealth mode. Jesteśmy zespołem 15 osób. Tworzą go inżynierowie, badacze i naukowcy z obszarów medycyny, bioinżynierii, matematyki, nauk komputerowych, stylu życia, użyteczności produktów. Prowadzimy badania, wykorzystujemy m.in. technologie machine learning, sztucznej inteligencji i analizujemy styl życia i zdrowie setek tysięcy ludzi.

Czy to, o czym pan mówi, uda się skomercjalizować?

- Najszerzej korzystać z projektu będą ludzie, którzy już wiedzą, że nie są nieśmiertelni, czyli trzydziestolatkowie i starsi. Jeśli ktoś ma 18 czy 25 lat, to myśli, że będzie żył wiecznie. Kiedy ktoś już wie, że tak nie jest, to zaczyna szukać pomysłów na to, żeby dłużej cieszyć się zdrowiem. I tutaj z pomocą przychodzą wyniki naszych prac i badań.
W biznesie łatwo zacząć wydawać więcej pieniędzy, niż się ma lub niż się będzie miało. Można przeszacować swoje przyszłe wpływy

Kiedy projekt będzie gotowy?

- Mam nadzieję, że wiosną przyszłego roku i wówczas będę mógł zdradzić szczegóły.

A tym razem nie grozi panu wojna z konkurencją?

- Mam nadzieję, że w razie czego uda nam się z tego wyjść obronną ręką.

Drugi raz buduje się łatwiej, zwłaszcza gdy pierwszy projekt zakończył się sukcesem?

- Dużo łatwiej. Za pierwszym razem wszystko sprawdza się jak na polu bitwy. Próbuje się różne ścieżki i sprawdza się, która jest najlepsza. Kiedy się coś robi drugi raz, to korzysta się z własnych doświadczeń i nie tylko. Warto też korzystać z doświadczeń innych, warto czytać książki i warto słuchać, co mówią ci, którzy już osiągnęli sukces ze swoimi produktami. Warto się uczyć od innych. Jednak gdy się ma własne doświadczenia, to łatwiej zaczyna się rozmowy z ludźmi, których chcemy zainteresować naszym przedsięwzięciem. Stajemy się bardziej wiarygodni. Zresztą nie tylko na udanych projektach łatwiej buduje się kolejne rzeczy. Na nieudanych też, dlatego że popełnianie błędów jest elementem procesu uczenia. Popełniając błędy, uczymy się.

Czy dziś firmy garażowe, czy takie studenckie projekty mają szansę przebić się na rynku?

- Tak. Zwłaszcza że dziś jest więcej chętnych do zainwestowania w takie projekty. Są środki unijne na badanie naukowe i rozwój, są też prywatne fundusze inwestycyjne. Są ludzie, którzy chcą inwestować w takie studenckie pomysły. Jest łatwiej niż kiedyś. W przypadku Ivony pierwszy kapitał mogliśmy pozyskać dopiero po kilku latach od startu projektu. Wcześniej w ogóle nie było na to szans. To ma też dobre strony. Uczy oszczędności. Warto zaczynać niskokosztowo, dlatego że to buduje dobre spojrzenie na biznes, na jego prowadzenie. W biznesie łatwo zacząć wydawać więcej pieniędzy, niż się ma lub niż się będzie miało. Można przeszacować swoje przyszłe wpływy, a oszczędność jest kluczową cechą, która pomoże tego uniknąć. Jeśli nauczymy się oszczędzać, to łatwiej poradzimy sobie w trudnych momentach, które na pewno się pojawią. Kiedy kontrakt się wysypie, kiedy inwestor się wycofa, kiedy coś nieprzewidzianego wydarzy się na rynku. Trzeba być gotowym na takie sytuacje. Nie spotkałem firmy, która odniosłaby sukces, szastając pieniędzmi.
Myśląc o nowym przedsięwzięciu, szukałem czegoś, co sprawi mi satysfakcję, a satysfakcję sprawia mi odkrywanie nowych rzeczy, budowanie i dawanie ludziom narzędzi ważnych.

Co jeszcze jest ważne, kiedy się jest na swoim? Jakaś rada?

- Ważna jest świadomość, że nie można wszystkiego zrobić samemu, że trzeba współpracować z ludźmi. Trzeba tych ludzi bardzo ostrożnie i świadomie dobierać. Tutaj kluczowe jest zaufanie, uczciwość. Do współpracowników trzeba mieć pełne zaufanie, powinniśmy być pewni, że nas nie zawiodą. Jeśli nie ufamy sobie, trudno budować coś wspólnie.

Znów zaangażował się pan w projekt technologiczny. A nie myślał pan o czymś z innej bajki, np. sieci restauracji czy jakiejś produkcji?

- Nie. Myśląc o nowym przedsięwzięciu, szukałem czegoś, co sprawi mi satysfakcję, a satysfakcję sprawia mi odkrywanie nowych rzeczy, budowanie i dawanie ludziom narzędzi ważnych, pomagających w rozwiązaniu kluczowych problemów. Tak było w przypadku Ivony. Nasz syntezator mowy był i jest niezwykle ważny dla osób niewidomych i niedowidzących. Kiedy obserwowaliśmy, jak oni reagują na nasz produkt, jak uśmiech pojawiał się na ich twarzach, to mieliśmy gigantyczną satysfakcję. Teraz myśląc o czymś nowym, też chciałem stworzyć coś takiego, co też wywoła uśmiech i da satysfakcję.

Znów pracuje pan w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym. Taki powrót do korzeni?

- W PPNT świetnie nam się pracowało. To były najlepsze czasy Ivony. Dlatego wiedziałem, że tu chcę znów pracować. Tu są niesamowite firmy i powstają kolejne. Jest tu inspirująca atmosfera do pracy. Są ludzie, z którymi można współpracować. PPNT starają się wspierać firmy. Organizowane są cotygodniowe czy comiesięczne spotkania na temat prawa, finansów czy zarządzania projektami. To są świetne narzędzia wsparcia, zwłaszcza dla młodych firm, które chętnie z tego korzystają. Czuć to wsparcie, bo sukces każdego projektu jest też traktowany jak sukces miasta.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady, mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Dorota Sobieniecka- Kańska

Dyrektor Gdańskiego Klubu Biznesu. Wydawca, dziennikarka, wykładowca, doradca public relations....