stat

Na swoim. Od gabinetu po produkcję kosmetyków. Medyczny holding Igora Michajłowskiego

Dzięki mojej pracy oraz pomocy osób, które spotkałem na swojej drodze udało mi się połączyć to, co kocham - czyli medycynę, z biznesem - mówi Igor Michajłowski.
Dzięki mojej pracy oraz pomocy osób, które spotkałem na swojej drodze udało mi się połączyć to, co kocham - czyli medycynę, z biznesem - mówi Igor Michajłowski. fot. Łukasz Unterschuetz / Trojmiasto.pl

O tym, że czasem udaje się połączyć medycynę z biznesem, że w tej dziedzinie klient zawsze jest przede wszystkim pacjentem, a także o tym, że w Polsce nie ma takiej specjalizacji jak... lekarz medycyny estetycznej rozmawiamy z Igorem Michajłowskim, prowadzącym Clinica Dermatologica i Centrum Zdrowia Lifemedica. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Ewą Szyińską, właścicielką firmy Armet. Kolejny wywiad już za miesiąc.



Dziś większość lekarzy w Polsce jest na swoim, bo prowadzą jednoosobowe praktyki lekarskie. Pan jednak poszedł zdecydowanie dalej i stoi pan na czele kliniki, a od niedawna nawet sieci gabinetów. Do tego prowadzi pan laboratorium molekularne i firmę produkującą kosmetyki naturalne. To już taki - można powiedzieć - mały holding.
Od trzech lat zajmujemy się też produkcją kosmetyków naturalnych, które sprzedajemy również przez internet, ale już niebawem będą też dostępne w aptekach stacjonarnych.

Igor Michajłowski: - Faktycznie rozwijamy się szeroko. Przez ostatnie lata budowałem wielospecjalistyczną placówkę medyczną, ale z naciskiem na dermatologię. Od miesiąca mamy dwa oddziały. Jeden w Sopocie, a drugi w Gdyni. Jednak są to tylko gabinety dermatologiczne i kosmetologiczne. Do końca roku powstaną jeszcze dwie placówki, w Gdańsku i w Gdyni. Mam pacjentów nie tylko z Trójmiasta, ale także z Polski i z zagranicy. Co miesiąc przyjmujemy 3 tys. pacjentów, tylko samych dermatologicznych, nie mówiąc już o pacjentach innych specjalizacji. Teraz, po otwarciu placówki w Sopocie i Gdyni, ta liczba zapewne znacznie wzrośnie. Prowadzę też laboratorium, w którym zajmujemy się diagnostyką chorób przenoszonych drogą płciową. Zrobiliśmy platformę internetową, na której każda osoba może zakupić test w kierunku wykrycia chorób przenoszonych drogą płciową i otrzymać wynik w dowolnie wybranej formie. Badania te to specjalistyczne testy diagnostyczne, oparte na metodzie PCR. Platforma jest popularna zarówno w Polsce, jak i za granicą, czego dowodzą zamówienia z całej Europy. Ten portal to również baza wiedzy na temat chorób przenoszonych drogą płciową. Zamieszczamy tam fachowe opracowania na ich temat, w formie poradników dla pacjentów. Od trzech lat zajmujemy się też produkcją kosmetyków naturalnych, które sprzedajemy również przez internet, ale już niebawem będą też dostępne w aptekach stacjonarnych.

Skąd ten pomysł?

- Sam na to wpadłem. Jako lekarz dermatolog wiedziałem jakich kosmetyków, o jakim składzie brakuje mi na rynku. I udało się stworzyć własną linię. Mamy stały wzrost sprzedaży, mamy stałych klientów, choć wciąż nie jest to duża produkcja. Myślę o rozszerzeniu tej działalności o produkcję specjalistycznej linii dermokosmetyków, czyli produktów pomocniczych w leczeniu pacjentów z problemami dermatologicznymi. To jest mocno rozwijająca się dziedzina. Tych produktów jest trochę na rynku, tańsze, droższe, dla mnie jednak najważniejsze jest to, aby nasze wyroby były jak najbardziej naturalne.

To już całkiem duży biznes. Czy został pan przedsiębiorcą z przypadku, czy takie założenie miał pan od początku?
Rozwój firmy, przede wszystkim kierunki jej rozwoju są spójne i konsekwentne (...). Nie zabrałem się za coś, na czym się nie znam.

- Należy pamiętać, że przede wszystkim jestem lekarzem i mimo mojego zaangażowania w projekty, o których tutaj mówimy, cały czas przyjmuję pacjentów. Jednak, wracając do pytania, to miałem zupełnie inny plan, nie planowałem być przedsiębiorcą. Wcześniej myślałem o pracy naukowej. Zajęty byłem zdobywaniem wiedzy. Zresztą właśnie z tego powodu trafiłem do Polski. I to tutaj dzięki mojej pracy oraz pomocy osób, które spotkałem na swojej drodze udało mi się połączyć to, co kocham - czyli medycynę, z biznesem.

Pochodzi pan z Białorusi, ale ma pan polskie korzenie.

- Tak. Urodziłem się Smorgoniach, niewielkim białoruskim mieście. Do Polski przyjechałem w 2005 roku po skończeniu studiów medycznych w Mińsku. Trafiłem do Gdańska do Akademii Medycznej. Tu mogłem zająć się specjalizacją, na której mi zależało, czyli dermatologią, tu otrzymałem stypendium, tu w końcu mogłem zrobić doktorat. To wszystko było możliwe dzięki wspaniałym ludziom, których tu spotkałem. Dzięki przewodniczącemu Sekcji Dermatochirurgii Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego prof. dr hab. Adamowi Włodarkiewiczowi, który jest moim mentorem i zawsze mnie wspierał, czy prof. dr hab. n. med. Stefanowi Angielskiemu i prof. dr hab. Januszowi Limonowi, którzy mieli ogromny wpływ na mój rozwój. Praktycznej dermatologii uczył mnie głównie prof. dr hab. n. med. Waldemar Placek. Te osoby wspierały mnie w każdym obszarze, nawet organizowały środki finansowe, czy miejsce w Domu Asystenta. Wszystko po to, abym mógł się uczyć. Według mojej opinii, większość renomowanych gabinetów w Trójmieście prowadzą byli uczniowie profesora Placka, np. prof. Małgorzata Sokołowska-Wojdyło, dr Jacek Toboła czy też dr Piotr Szlązak.

Skoro chciał pan być lekarzem, naukowcem, to jak to się stało, że został pan przedsiębiorcą?

- Ale ja nadal jestem lekarzem, nadal przyjmę pacjentów i staram się to godzić z "byciem przedsiębiorcą". Mam na koncie kilka publikacji, byłem adiunktem na Akademii Medycznej, jednak w pewnym momencie podjąłem decyzję o rezygnacji z tej pracy. Na Akademii oprócz tego, że przyjmowaliśmy pacjentów, to jeszcze mieliśmy zajęcia ze studentami i pracowaliśmy naukowo. W pewnym momencie postanowiłem, że po zdaniu egzaminu ze specjalizacji, skupię się na medycynie typowo praktycznej. Tak jest dziś, ale nie wykluczam, że kiedyś powrócę do pracy naukowej i pracy ze studentami. Zresztą już od 2007 roku prowadziłem indywidualną praktykę lekarską, później indywidualną specjalistyczną praktykę lekarską. Na początku w dwóch renomowanych placówkach. Jednak w pewnym momencie już mi brakowało rozwoju. Wiedziałem, że jestem w stanie stworzyć placówkę według mojej wizji. Przyszedł czas na własny gabinet. Ten gabinet przez ostatnie cztery lata urósł do wielospecjalistycznej przychodni. Dziś pracuje tu ponad 120 osób, w tym 30 osób zatrudniamy na etaty. To jest personel pomocniczy, pomocniczy medyczny i kosmetolodzy. Z lekarzami współpracujemy tak jak w każdej prywatnej placówce. Nie planowałem dużej placówki, nie o to chodziło, miała to być placówka kompleksowa, aby świadczyć leczenie na najwyższym dostępnym poziomie.
Pierwsza umowa leasingowa, jaką podpisałem opiewała na kwotę 1 mln złotych. Niełatwo było podjąć taką decyzję.

To ładny wynik, jak na zaledwie cztery lata. Ludziom budowanie tak dużej firmy zwykle zajmuje więcej czasu.

- To jak zawsze mieszanka doświadczenia, wyczucia i odrobiny szczęścia. Wprawdzie spółkę prowadzę od niedawna, ale dermatologią zajmuję się już od drugiego roku studiów lekarskich. Rozwój firmy, przede wszystkim kierunki jej rozwoju są spójne i konsekwentne. Od gabinetu, po sieć, przez laboratorium czy produkcję kosmetyków, wszystko obraca się wokół dermatologii. Nie zabrałem się za coś, na czym się nie znam. Najpierw zależało mi wyłącznie na dermatologii i kosmetologii, jednak ze względu na to, że pacjenci potrzebują opieki specjalistycznej interdyscyplinarnej, to dla ich wygody postaraliśmy się o zapewnienie lekarzy innych specjalizacji w jednej placówce. Laboratorium też się z tym wiąże. Choroby przenoszone drogą płciową wymagają leczenia interdyscyplinarnego - tym się zajmują ginekolodzy, urolodzy i właśnie dermatolodzy. Produkcja kosmetyków i dermokosmetyków jest bardzo ściśle związana z tym, czym się zajmuję. Na pewno są branże, które są bardziej rentowne. Jednak taki zawód wybrałem, nie mam zamiaru go zmieniać, dlatego też biznesowo działam tylko w tym obszarze. Próbowałem też aktywności w dziedzinach niepowiązanych z medycyną, ale nic z tego nie wyszło.
Ten gabinet przez ostatnie cztery lata urósł do wielospecjalistycznej przychodni. Dziś pracuje tu ponad 120 osób, w tym 30 osób zatrudniamy na etaty - mówi Igor Michajłowski.
Ten gabinet przez ostatnie cztery lata urósł do wielospecjalistycznej przychodni. Dziś pracuje tu ponad 120 osób, w tym 30 osób zatrudniamy na etaty - mówi Igor Michajłowski. fot. Łukasz Unterschuetz / Trojmiasto.pl

Skala jest duża, ale pewnie wydatki i ryzyko też jest ogromne. Ta działalność wiązała się pewnie z dużymi inwestycjami?

- Tak. Największym wyzwaniem był zakup sprzętu. Dzisiejsza dermatologia i kosmetologia nie może obejść się bez sprzętu. Pierwsza umowa leasingowa, jaką podpisałem opiewała na kwotę 1 mln złotych. Niełatwo było podjąć taką decyzję. To są duże kwoty, które trzeba spłacać, a przecież na początku jeszcze nie wiemy, czy zarobimy na to, czy nam się to zwróci.
Postanowiłem być niezależny i skupić się tylko na świadczeniu usług prywatnych. Nigdy nie planowałem pracy w ramach kontaktu z NFZ.
Nawet zakładając, że średnia wizyta kosztuje 100 zł, to dalej spłata takich inwestycji to ogromne wyzwanie. Na początku było trudniej, teraz zdecydowanie łatwiej mi podejmować takie decyzje inwestycyjne. Doświadczenie pozwala na lepszą analizę ryzyka. Dziś też jesteśmy zdecydowanie wiarygodniejszym partnerem dla instytucji finansowych. Choć wbrew pozorom nie gabinety wymagały największych inwestycji. Jedną z większych inwestycji było stworzenie i wyposażenie laboratorium molekularnego. Prowadzenie placówki medycznej to też biznes i nie należy o tym zapominać. Wiadomo, że jak teraz inwestujemy w nowe placówki, to wyniki bieżące będą gorsze, ale trzeba się starać, aby za chwilę je poprawić. Należy jednak pamiętać, że dla każdego człowieka, w tym także lekarza, pieniądze są ważne i pozwalają na realizację celów zarówno zawodowych, jak i prywatnych. Każdy ma przecież też rodzinę, o którą również trzeba dbać.

Sprzęt to jedno, a kadra? Jak dobiera pan współpracowników?

- Jeżeli chodzi o dermatologów, to są to ludzie, których znam, z którymi miałem kontakt zawodowy czy naukowy wcześniej. To są moi koledzy z branży, można powiedzieć. Zaprosiłem do współpracy ludzi, którym ufam, których pracę cenię. Do wyboru współpracowników z pozostałych specjalizacji też starałem się podchodzić z wielką uwagą. W końcu chodzi o to, żeby mieć na pokładzie najlepszy zespół. Kosmetologów sami zatrudniamy i doszkalamy. Tu przyznaję, że ostatecznego wyboru dokonuję osobiście. A proces szkolenia w tym obszarze z uwagi na sprzęt i nowe metody trwa co najmniej kilka miesięcy, w tym czasie trzeba normalnie pracować, przyjmować pacjentów.

Pacjentów czy... klientów? Usługa medyczna, ale jednak płatna.

- Gdy mowa jest o leczeniu, to zawsze posługujemy się terminem "pacjent". Tu nie ma znaczenia, czy prywatny, czy z systemu. Jeżeli mówimy o zabiegach kosmetologicznych, to możemy użyć terminu klient. My leczymy pacjentów, ale też obsługujemy klientów.

Właśnie, system. Czy przyjmujecie pacjentów z NFZ?
Czy pani wie, że nie ma w Polsce takiej specjalizacji lekarskiej, jak medycyna estetyczna? Nie ma czegoś takiego na liście specjalizacji przyjętej przez resort zdrowia.

- Nie. Postanowiłem być niezależny i skupić się tylko na świadczeniu usług prywatnych. Nigdy nie planowałem pracy w ramach kontraktu z NFZ. Skupiam się na prowadzeniu praktyki i organizacji pracy w ramach swoich placówek, z dala od papierologii związanej z kontraktami z funduszem zdrowia. Poza tym nie chcę leczyć ludzi na czas, to już nie wchodzi w grę. Limity NFZ w tym zakresie są dla mnie nie do przyjęcia. Sam też przyjmuję pacjentów, kiedyś nawet kilkuset miesięcznie. W tej chwili mniej, a i tak moim największym problemem są niestety opóźnienia. Nie dlatego, że piję kawę, a dlatego, że staram się poświęcić pacjentom, tyle czasu ile potrzeba. Czasem mniej, czasem więcej, wszystko zależy od tego, z czym do mnie przychodzą. Niestety, czas oczekiwania na wizytę u mnie to kilka miesięcy, a niekiedy pacjent wymaga wizyty kontrolnej po dwóch tygodniach, dlatego umawiani są "pomiędzy pacjentami" na kontrolę, co denerwuje pacjentów z kolejki. Ubolewam nad tym, ale jeśli mam do wyboru profesjonalnie poprowadzone leczenie a niezadowolenie niektórych pacjentów, to jako lekarz "niestety" wybieram to pierwsze.

A jak ogólnie ocenia pan ten państwowy system opieki medycznej?

- W Polsce nie jest jeszcze tak najgorzej, wbrew obiegowym opiniom. Najwięcej do zmian jest w systemie lekarzy rodzinnych. Dobrze, gdyby u nas działało to tak jak w krajach skandynawskich. Tam lekarze rodzinni wykonują znacznie szerszy zakres świadczeń niż w Polsce. Jeśli pacjent od lekarza rodzinnego trafia do specjalisty, to wiadomo, że naprawdę potrzebuje specjalistycznej pomocy. U nas lekarze, nawet jeśli chcą poświęcić na pacjenta więcej czasu, to często nie mają takiej możliwości.

Nie jest najgorzej, ale jest jeszcze dużo do zrobienia. Nic więc dziwnego, że prywatne gabinety powstają jak grzyby po deszczu?
W pewnym momencie nazwisko działa, tylko żeby dojść do tego nazwiska to trzeba się sporo napracować.

- Tak, jednak zawsze warto zadbać o odpowiedni poziom świadczonych usług medycznych. Poza tym takich kompleksowych placówek z mojej specjalizacji, czyli połączenie dermatologii i profesjonalnej kosmetologii nie jest zbyt dużo nawet w skali kraju. Najbardziej znanymi tego typu placówkami są np. takie placówki jak Klinika Ambroziak w Warszawie.

Za to gabinetów obiecujących cuda, zwłaszcza w obszarze kosmetologii i medycyny estetycznej, jest coraz więcej.

- To jest osobny problem. Czy pani wie, że nie ma w Polsce takiej specjalizacji lekarskiej, jak medycyna estetyczna? Nie ma czegoś takiego na liście specjalizacji przyjętej przez resort zdrowia. W tej chwili w Trójmieście samych gabinetów dermatologicznych, licząc z przychodniami jest ok. 200. Gabinetów kosmetologicznych, bądź związanych z kosmetologią jest ok. 700. To obrazuje, że jest spore zapotrzebowanie. Często widzimy różnego rodzaju ogłoszenia reklamujące tzw. usługi lekarzy medycyny estetycznej. Mówi się o medycynie estetycznej, a takie pojęcie obejmuje wiele dziedzin, np. stomatologię, która oprócz leczenia zajmuje się też np. wybielaniem zębów, czyli przywracaniem ładnego uśmiechu, dermatologię estetyczną, która zajmuje się całym zakresem zabiegów małoinwazyjnych, czy w końcu chirurgię plastyczną. Tak naprawdę w innych krajach Europy większość zabiegów na skórze wykonują dermatolodzy, dopiero przy inwazyjnych metodach wkraczają chirurdzy plastyczni, ale nigdy nie robią tego osoby po kursach. W tej chwili w Polsce jest to tak wymieszane, że wymaga to regulacji. Większość, niestety, posługuje się określeniem medycyna estetyczna, czy lekarz medycyny estetycznej, tylko co się za tym kryje?

Jak w takim razie taki pacjent, czy klient ma sobie w tym gąszczu poradzić?

- Na miejscu pacjenta zainteresowałbym się, jaką faktycznie specjalizację - z tych oficjalnych, ministerialnych - skończył lekarz, do którego się udajemy. Poza tym pamiętajmy, że w Polsce według prawa usługi medyczne nie mogą być reklamowane. Mogą być reklamowane tylko usługi kosmetyczne, które nie mają nic wspólnego z leczeniem pacjentów, bo służą poprawianiu urody. Zresztą jak klinika, przychodnia czy gabinet jest dobry, to nie musi się reklamować, wystarcza system poleceń. Działa też autorytet lekarza. Do najlepszych specjalistów nawet na wizytę prywatną trzeba czekać. W pewnym momencie nazwisko działa, tylko żeby dojść do tego nazwiska to trzeba się sporo napracować.

Planuje pan ekspansję swojej sieci gabinetów poza Trójmiastem?
Ryzyko jest ogromne. Dlatego i my, i lekarze jesteśmy ubezpieczeni. Powikłania mogą być zawsze, nie ma ich ten, kto nic nie robi.

- Nie wykluczam. Miałem propozycję współpracy i poszerzenia sieci, nawet w wymiarze ogólnopolskim. O tym, co dalej, będziemy jednak myśleć po otwarciu kolejnych placówek w Trójmieście. Jak już mówiłem, do końca roku będą jeszcze dwie. Analiza wyników tych placówek, pokaże jakie kroki dalej podejmować... ale jestem raczej optymistą. W planach mamy też poszerzenie usług badawczych. Myślimy o uruchomieniu dużego projektu w wymiarze europejskim, dotyczącego badania kamicy nerkowej. Ten projekt będę realizował razem z bratem Jerzym, który jest urologiem i pracuje w Szwecji. Tu liczę na jego doświadczenie. Generalnie angażujemy się w takie projekty, przy których jest mała konkurencja i które są wysokospecjalistyczne. Staramy się też wyczuwać trendy.

Placówka medyczna to nie fryzjer czy restauracja, choć też o usługi chodzi. Ryzyko jest jednak nieporównywalne. Jak się coś niedobrego wydarzy w placówce publicznej, to kłopoty ma system, a jak w prywatnej?

- Tak. Ryzyko jest ogromne. Dlatego i my, i lekarze jesteśmy ubezpieczeni. Powikłania mogą być zawsze, nie ma ich ten, kto nic nie robi. Pierwsze wynikają z niewiedzy osób, które robią zabiegi. Tu nie ma tłumaczenia. Drugie, gdy lekarzy postępuje zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, ale zdarzy się coś, na co nie ma wpływu, coś nieprzewidzianego. Dlatego zawsze warto pamiętać, że nie ma małych i dużych zabiegów. Do każdego trzeba podejść z takim samym zaangażowaniem. Powikłania to jedno. Kolejna sprawa to zadowolenie klienta, tu mówimy o kosmetologii. Nigdy nie wiadomo, czy będzie zadowolony z efektów pracy kosmetologa, jeżeli nie, to możemy mieć problemy prawne i konsekwencje finansowe. Na szczęście jeszcze nie mieliśmy takiego przypadku, ale zawsze trzeba mieć to na uwadze.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (106)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najczęściej czytane