stat

Na swoim. Portal dla mieszkańca Trójmiasta według Michała Kaczorowskiego

Nie zakładałem, że zostanę przedsiębiorcą. Miałem pomysł na stronę internetową i chciałem ją prowadzić.
Nie zakładałem, że zostanę przedsiębiorcą. Miałem pomysł na stronę internetową i chciałem ją prowadzić. fot. Lucyna Pęsik/trojmiasto.pl

Od wielu miesięcy rozmawiamy z przedsiębiorcami z Trójmiasta o tym, jak to jest "być na swoim". Dziś - z okazji jubileuszu naszej redakcji - o "byciu na swoim" opowiada Michał Kaczorowski, twórca portalu Trojmiasto.pl. W poprzednim odcinku cyklu rozmawialiśmy z Igorem Michajłowskim, prowadzącym Clinica Dermatologica i Centrum Zdrowia Lifemedica. Kolejny wywiad już za miesiąc.



Bardzo długo cię namawiałam na rozmowę. Dlaczego?

Michał Kaczorowski: - Nie jest łatwo opowiedzieć o swoich początkach i historii, zwłaszcza gdy mam świadomość, że trzeba będzie zderzyć się z komentarzami czytelników pod artykułem (śmiech).

Obcy kapitał, siły polityczne, a może tzw. grupy interesu... "Kto za tobą stoi?" - pewnie często słyszysz to pytanie. Też pytam, bo dla wielu ludzi media zawsze od kogoś zależą, nie kojarzą się po prostu ze zwykłą działalnością gospodarczą.

- Nie stoi za mną ani obcy kapitał, ani siły polityczne, nie jesteśmy też portalem utrzymywanym przez miasta, bo takie opinie też słyszałem. Co do grup interesu, to... może coś w tym jest, bo stoją za nami mieszkańcy Trójmiasta, nasi czytelnicy i klienci. Jesteśmy prywatną firmą, niezależną finansowo i politycznie. Przez 20 lat udało nam się rozrosnąć do obecnego kształtu, czyli firmy medialno-informatycznej zatrudniającej prawie 100 pracowników.

Właśnie, 20 lat minęło. A jakie były początki?

- Jak większości firm w tamtym okresie. Zaczęło się od pomysłu, potem był tzw. etap garażowy, gdy właściciel jest pracownikiem, sprzedawcą, księgowym, głównym technologiem i sprzątaczką. Na początku, przez pół roku, pracowałem sam. Potem zaczęła się praca nad promocją i popularyzacją strony - te działania na początku były dla mnie trudne i obciążające, więc postanowiłem zacząć budować zespół. Pierwsza dołączyła Agnieszka Bomba, która pracuje ze mną do dziś. Jest wiceprezesem i od niedawna także udziałowcem. Bez niej nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy. Zaczynaliśmy w małym pokoju w dawnym Hotelu Nauczycielskim przy ul. Uphagena we Wrzeszczu. Na zaledwie 16 metrach kwadratowych pracowało na zmianę nawet pięć osób. Zaczynaliśmy od zera. Nikt nie dał nam pieniędzy na start. O naszym pierwszym samochodzie krążą do dziś legendy. To był mały fiat, do tego dość stary. Przygód z tym samochodem mieliśmy wiele, zaczynając od zapalania go kijem od szczotki, a kończąc na przekładaniu wycieraczki od strony pasażera, na stronę kierowcy, po tym, jak jedną nam ukradli. Takie były początki.

Przez pierwszy rok portal praktycznie nie zarabiał na siebie, ale też koszty były niewielkie. Po dwóch latach wychodziliśmy na zero, a po kolejnym roku zaczęliśmy stopniowo wykazywać, małe bo małe, ale zyski. Utrzymywaliśmy się w tym początkowym okresie dzięki temu, że miałem możliwość wykonywać równolegle komercyjne zamówienia dla innych firm. Programowałem bazy danych, tworzyłem sklepy internetowe, administrowałem serwerami.

W końcu zaczęły pojawiać się pierwsze reklamy, pierwsze patronaty. Do dziś pamiętam naszą radość, gdy udało się podpisać umowę z siecią Plus GSM jako patronem serwisu, później była lokalna firma komputerowa Balta. To dawało nam stałe, miesięczne przychody. Mogliśmy spokojnie pracować nad rozwojem portalu, mogliśmy zatrudniać nowych pracowników. Dopiero po kilku latach działalności nabraliśmy rozpędu.
Kiedy kupowałem domenę trojmiasto.pl, była wolna na przykład domena buty.pl. Wówczas jednak uważano, że nigdy nie uda się sprzedawać butów przez internet!

Czy zawsze chciałeś "być na swoim", czy stało się to przypadkiem?

- Nie zakładałem, że zostanę przedsiębiorcą. Miałem pomysł na stronę internetową i chciałem ją prowadzić. Mam za sobą także epizod pracy na etacie. Po studiach przez trzy lata byłem zatrudniony w Centrum Informatycznym Trójmiejskiej Akademickiej Sieci Komputerowej na Politechnice Gdańskiej. Wynagrodzenia na uczelni nie były wysokie, zwłaszcza w porównaniu z zarobkami w branży teleinformatycznej. W tamtym czasie mało kto jednak miał wiedzę na temat internetu i to dawało mi przewagę. Założenie i prowadzenie strony internetowej, wówczas pod nazwą Trójmiejski Serwis Informacyjny, traktowałem trochę jak hobby, robiłem to po godzinach. Miałem czas, chęci i umiejętności. Chodziło o stworzenie czegoś, co będzie odskocznią od codziennej pracy, ale być może zaprocentuje w przyszłości.

Wiedza o internecie - skąd ją miałeś? Skończyłeś wprawdzie Politechnikę Gdańską, ale nie informatykę.

- Skończyłem wydział ETI, ale ze specjalizacją w inżynierii dźwięku. Jednak programowanie i nowe technologie przesyłania informacji interesowały mnie od zawsze. Czułem, że internet to jest przyszłość i nie pomyliłem się. W tamtych czasach była to branża praktycznie nieprzewidywalna, której rozwoju nie można było planować dalej niż pół roku czy rok w przód. Wiele biznesplanów, które przygotowały wtedy nowe firmy w tej branży, po prostu nie wypaliło.

Właśnie, to był ten moment, w którym pewnie warto było kupować nazwy domen i potraktować je jak inwestycje na przyszłość.

- To wiemy dzisiaj, ale wtedy nie było to takie oczywiste! Wnioskując o przyznanie domeny, trzeba było udowodnić, że odpowiada ona prowadzonej działalności. Więc spekulacyjny wykup domen w internecie po prostu nie wchodził w grę. Potem dopiero uwolniono rynek, więc wszystko się sprzedawało i zaczęto handlować domenami. Wolna amerykanka. Zaczynałem w momencie, w którym biznes internetowy był naprawdę nieprzewidywalny. Kiedy kupowałem domenę trojmiasto.pl, była np. dostępna domena buty.pl. Wówczas jednak uważano, że nigdy nie uda się sprzedawać butów przez internet! To był taki sztandarowy przykład, że wszystko, ale nie buty. Nie było bowiem dzisiejszego systemu logistycznego, systemu płatności, machiny wysyłkowej, a w szczególności dzisiejszych zasad zwrotu. A w Trojmiasto.pl sprzedawaliśmy głównie reklamy i prezentacje, czyli "towary wirtualne".
Początki Trojmiasto.pl to kilka pracujących osób. Dziś to średniej wielkości przedsiębiorstwo zatrudniające na stałe ponad 90 osób oraz współpracujące z kilkunastoma kolejnymi.

W sieci można przecież prowadzić różną działalność. Czy od początku chciałeś zostać przedstawicielem czwartej władzy, jak określa się media, czy stało się to przypadkiem?
Nasi dziennikarze mają ten komfort, że nie są rozliczani za liczbę wejść na artykuły. Gdyby tak było, to nie pisalibyśmy o kulturze czy niektórych niszowych dyscyplinach sportowych.

- Stało się to przypadkiem, właściwie po drodze. Nie mieliśmy w planach być takim medium jak dzisiaj. Wtedy gazety były tylko drukowane. Na początku chodziło o bazę danych i informacji o tym, co się dzieje w Trójmieście, głównie w sferze rozrywki i kultury. Gdzie iść na obiad, na co wpaść do kina, czy gdzie wybrać się na koncert. Ludziom spodobał się ten pomysł. Rosło grono czytelników, więc zaczęliśmy rozszerzać zakres działania. Na początku nie zabieraliśmy głosu w ważnych sprawach. Byliśmy serwisem czysto informacyjnym. Artykuły pojawiły się w portalu dopiero po trzech latach od rozpoczęcia działalności. Na początku były to materiały z prasy lokalnej, czyli przedruki z "Głosu Wybrzeża" czy "Gazety Wyborczej". Mamy szacunek do dziennikarstwa i wówczas nie czuliśmy się na siłach, aby prowadzić swoją redakcję. Własne treści zaczęliśmy przygotowywać, gdy portal zaczął zarabiać na siebie i stać nas było na skompletowanie zespołu dziennikarzy. Wtedy dołączył do nas Michał Stąporek i jest z nami do dzisiaj, jako zastępca redaktora naczelnego. Głównym celem publikacji codziennych artykułów było zmotywowanie czytelników do częstszego odwiedzania naszej strony - nie tylko przed weekendem, nie tylko po to, żeby sprawdzić repertuar kina. Co ciekawe, od początku wprowadziliśmy możliwość dodawania opinii pod artykułami. Chcieliśmy dać szansę wypowiedzenia się czytelnikom, chcieliśmy być blisko nich, poznać ich zdanie.

Dziś wiele osób ma do nas pretensje o te opinie pod tekstami...

- Tak. Do mnie też trafiają te pretensje... Treść opinii pod artykułami bywa różna, często są krytyczne, czasem wnoszą cenny głos w dyskusji, czasem są po prostu zabawne, a czasem są tylko pustym hejtem. Wówczas wkracza nasza moderacja. Może warto tu podkreślić, że dzisiejszy dział moderacji, który pracuje prawie 24 h na dobę, liczy sześć osób! Nie możemy jednak blokować wszystkich opinii, które są krytyczne. Ludzie mają prawo do wyrażania i takich opinii, jest to dla mnie oczywiste i będę tej internetowej wolności wypowiedzi zawsze bronił. Pozwalamy czytelnikom na wyrażanie negatywnych opinii, ale także próbujemy zmotywować do mądrej i rozsądnej dyskusji. Chcemy, aby ich opinie były wartością dodaną do prezentowanych w artykułach treści. Proszę mi wierzyć, że to, co się ukazuje, to komentarze po bardzo mocnej moderacji.

Niestety, media internetowe dość często oskarżane są o płytkość przekazu, szerzenie hejtu i branie udziału w procederze bezmyślnego powielania fake newsów, czyli dezinformacji.
Musimy wiedzieć, co się dzieje w mieście, co się dzieje na naszej ulicy, znać nastroje, przewidzieć, jak ludzie zareagują.

- Można przyjąć, że w wielu internetowych serwisach i gazetach tak jest. Winę za to ponoszą nie sami dziennikarze, ale "finanse". A dokładnie - system ich rozliczania i wynagradzania, który opiera się na liczbie wyświetlonych reklam. Powoduje to presję na tworzenie wielu krótkich artykułów, publikowanie chwytliwych zdjęć, wybieranie tytułów, które wprowadzają w błąd. Trojmiasto.pl jest inne, my tak nie działamy. Nasze reklamy są sprzedawane "na tygodnie". Nie musimy na siłę zachęcać czytelników do kolejnych klików. Nasi dziennikarze mają ten komfort, że nie są rozliczani za liczbę wejść na artykuły. Gdyby tak było, to nie pisalibyśmy o kulturze czy niektórych niszowych dyscyplinach sportowych. Niestety wiele ogólnopolskich portali kieruje się inną zasadą, a my jako społeczeństwo to akceptujemy. Nie oszukujmy się, media to najczęściej biznes i maszynka do robienia pieniędzy, a nie ideologia.

Kiedyś portal relacjonował to, co się dzieje w Trójmieście, dziś można powiedzieć, że wpływa na tę rzeczywistość.

- Uważam, że idealne media nie powinny wpływać na rzeczywistość, powinny ją obiektywnie relacjonować. Powinny dawać czytelnikom możliwość wyrobienia sobie własnego zdania. Niestety, w obecnych czasach większość mediów jest spolaryzowanych, szczególnie pod kątem politycznym. Moim zdaniem nie sprzyja to wiarygodności i buduje niepotrzebne podziały społeczne. My staramy się być cały czas apolityczni, staramy się stać ponad wszystkimi podziałami. Czasem lokalne władze trzeba zganić, a czasem trzeba pochwalić. Zabawne jest to, że trafiają do nas zarówno zarzuty od zwolenników PO, że wspieramy PiS, jak i od wyborców PiS, że jesteśmy przychylni trójmiejskim włodarzom. Czyli to ideał, do którego moim zdaniem powinny dążyć wszystkie media.

Praktycznie na każdym spotkaniu redakcyjnym mówisz nam o... wyczuciu. To jest dla ciebie bardzo ważne.
Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy w stanie serwować tak istotne informacje, że mieszkańcy Trójmiasta postanowią odwiedzać nas praktycznie codziennie. To też ogromna odpowiedzialność.

- Tak. I powinno być ważne dla każdego dziennikarza, dla każdego człowieka związanego z mediami. To jest słowo o bardzo szerokim znaczeniu. Chodzi o to, aby czuć nastroje, znać własne otoczenie, właściwie reagować na emocje towarzyszące danej sprawie. Dziennikarz nie może być osobą oderwaną od rzeczywistości, która siedzi zamknięta w swoim pokoju i nie widzi tego, co się dzieje za oknem. Nie może mu się wydawać, że skoro zadzwonił do trzech osób, przeczytał trzy maile, to wie, jak wygląda rzeczywistość. Musimy wiedzieć, co się dzieje w mieście, co się dzieje na naszej ulicy, znać nastroje, przewidzieć, jak ludzie zareagują. Dotyczy to spraw ważnych, kluczowych, ale także takich najdrobniejszych. Niestety "wyczucia" nie da się łatwo nauczyć, nasi pracownicy to wiedzą.

Czujesz się bardziej człowiekiem mediów czy przedsiębiorcą?

- Jestem gdzieś pomiędzy. Bez wątpienia praca nad portalem jest biznesowym wyzwaniem. Zatrudniamy prawie 100 osób. Mamy trzy duże działy - dziennikarski, sprzedaży i IT, każdy z nich ma silnego, doświadczonego managera. Działem dziennikarskim opiekuje się Michał Stąporek, o którym już wspomniałem, dział IT to domena Tomka Rybczyńskiego, a dział sprzedaży to obszar Marty Apanowicz. Organizowanie współpracy między nimi, ustalanie kierunków rozwoju i planowanie finansowe należy do mnie. Jestem więc przedsiębiorcą. Z drugiej strony jestem jednak blisko mediów, obciążony tą ich "misyjnością" i wielką odpowiedzialnością społeczną, od której nie można uciec. Gdybym był tylko przedsiębiorcą, to pewnie od kilku lat budowałbym analogiczne portale w innych miastach w Polsce, albo pod brandem Trojmiasto.pl zbudowałbym na przykład biznes hotelowy. Jestem jednak oddany tej podstawowej idei działalności portalu - zapewnienia mieszkańcom bezstronnej, rzetelnej informacji, bez ganiania za sensacjami, bez natrętnych reklam i durnych nagłówków.

Kiedy zaczynaliśmy, nikt nie przypuszczał, że rozwinie się technologia mobilna. Dziś nasi czytelnicy zamieniają laptopy na smartfony jako główne narzędzia kontaktu z internetem, a co będzie za kilka lat?
Kiedy zaczynaliśmy, nikt nie przypuszczał, że rozwinie się technologia mobilna. Dziś nasi czytelnicy zamieniają laptopy na smartfony jako główne narzędzia kontaktu z internetem, a co będzie za kilka lat? fot. Lucyna Pęsik/trojmiasto.pl
Bardzo często mówiąc o swojej firmie, mówisz "my".

- Nie zwróciłem na to uwagi, ale masz rację. Często mówię o firmie "my". Uważam, że jesteśmy wszyscy odpowiedzialnymi twórcami tego, co czytelnicy widzą na stronach i tego, jak funkcjonuje firma. Wszyscy, cały zespół.

Jak się zaczyna samemu i jest się od wszystkiego, to potem pewnie trudniej oddelegować zadania i nie wtrącać się do wszystkiego.
Niby mamy dość komfortową sytuację, ale wiadomo, że nigdy nie należy tracić czujności.

- Jest w tym stwierdzeniu dużo prawdy. Chociaż kierowanie księgowością i sprawami prawnymi z chęcią oddałem w inne ręce. Dziennikarzem nigdy nie byłem, ale to nie znaczy, że nie próbuję czasami poprawiać artykułów. Największy problem miałem z oddelegowaniem zadań związanych z programowaniem i zarządzaniem serwerami. Tym zajmowałem się od początku powstania portalu. Oczywiście z upływem czasu programowałem coraz mniej, aż przyszedł taki moment, kiedy poczułem się odsunięty od kodu. A stało się to w momencie, gdy moje hasło administratora przestało działać. Dziś nawet gdybym chciał, to już nic nie mogę zamieszać w kodzie. Szef IT, Tomek Rybczyński, stwierdził, że tak będzie bezpieczniej dla firmy.

Spodziewałeś się, że Trojmiasto.pl, jak to określiłeś, odskocznia od codziennej pracy, aż tak urośnie?

- Nie myślałem, że tak urośnie. Po roku działalności założyliśmy z Agnieszką Bombą, że jeśli codziennie odwiedzi nas 500 osób, to uznamy to za wielki sukces. Dzisiaj odwiedza nas 240 tys. osób dziennie. To jest przykład, który pokazuje, że sami nie doceniliśmy potencjału, że nie przewidzieliśmy takiego rozwoju zarówno internetu, jaki i naszego portalu. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że będziemy w stanie serwować tak istotne informacje, że mieszkańcy Trójmiasta postanowią odwiedzać nas praktycznie codziennie. To też ogromna odpowiedzialność.
Konieczne jest też wizjonerstwo, a ta wizja musi być zawsze realna, ale musi być na tyle ciekawa i wciągająca, że pozwoli innym współpracownikom podążać w tym samym kierunku, pomimo trudności.

20 lat minęło... na jakim etapie firma jest dziś?

- Niby mamy dość komfortową sytuację, ale wiadomo, że nigdy nie należy tracić czujności. Jesteśmy poważanym medium, szczycimy się dobrą współpracą komercyjną z firmami działającymi w aglomeracji, czytelnicy doceniają naszą wszechstronność i refleks. Ale oczywiście dzisiaj to jest dzisiaj, a to, co będzie w przyszłości, trudno przewidzieć. Od zawsze uważam, że planowanie w perspektywie dalszej niż jeden rok jest właściwie pozbawione sensu. Warunki rynkowe, koniunktura gospodarcza czy kierunki rozwoju technologii internetowej mogą spowodować, że będziemy musieli zweryfikować nasze plany. Jak często powtarzam - "zmiana decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia". Kiedy zaczynaliśmy, nikt nie przypuszczał, że rozwinie się technologia mobilna. Dziś nasi czytelnicy zamieniają laptopy na smartfony jako główne narzędzia kontaktu z internetem, a co będzie za kilka lat?

A jakieś rady dla początkujących?

- Trudno udzielać rad początkującym, kiedy samemu zaczynało się 20 lat temu, wiele się zmieniło. Ale na pewno niezmiennie ważne jest zaangażowanie i samomotywacja. Konieczna jest też wizja - realna, ale na tyle ciekawa i wciągająca, że pozwoli innym współpracownikom podążać w tym samym kierunku. Mam wrażenie, że 20 lat temu było prościej, na rynku wielu rzeczy brakowało, a dziś rynek wypełniają duże globalne przedsięwzięcia. Bardzo trudno z nimi konkurować, trudno się przebić. Może tylko o finansowanie dzisiaj jest łatwiej. Uruchomić biznes jest więc stosunkowo prosto, ale sprawić, że będzie zarabiał albo wyjdzie choć na zero jest bardzo trudno. Trzeba szukać unikatowych pomysłów, wykorzystując własne pasje i zainteresowania. Na początku testować, sprawdzać, ale nie traktować jako jedynej możliwej drogi, obowiązku i konieczności. Próbować.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (183)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najczęściej czytane