stat

Na swoim. Sztuka komunikacji według Katarzyny Szulc i Beaty Domagalskiej

Pewnych zleceń byśmy nie przyjęły. To jest zresztą wartość, jaką daje prowadzenie własnej firmy, że są sytuacje, w których możemy powiedzieć "nie" - zapewniają Katarzyna Szulc i Beata Domagalska.
Pewnych zleceń byśmy nie przyjęły. To jest zresztą wartość, jaką daje prowadzenie własnej firmy, że są sytuacje, w których możemy powiedzieć "nie" - zapewniają Katarzyna Szulc i Beata Domagalska. fot. Łukasz Unterschuetz / Trojmiasto.pl

O tym, że każda firma prędzej czy później musi dorobić się strategii i dobrze, aby potrafiła umiejętnie o tym zakomunikować, a także o tym, że nawet pytania z kategorii "dziwne" mają swój sens, rozmawiamy z Katarzyną Szulc i Beatą Domagalską, właścicielkami agencji konsultingowej 2Mgroup, firmy zajmującej się doradztwem w komunikacji. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Piotrem Papciakiem, właścicielem firmy PP Moto Device. Kolejny wywiad już za miesiąc.



Podobno tworzycie panie zgrany duet. Jak to się stało, że trafiłyście na siebie?
Moja mama czasem zadaje mi to pytanie: Beatko, a właściwie czym ty się zajmujesz? A ja głowię się, jak tu jasno i krótko o tym opowiedzieć.

Beata Domagalska: - Poznałyśmy się w pracy. Potem nasze drogi rozchodziły się i schodziły przy różnych projektach i w różnych firmach. Czasem pracowałyśmy razem, czasem osobno, ale zawsze świetnie się dogadywałyśmy. Obie jesteśmy niespokojnymi duchami, które ciągle są ciekawe świata. Ciągle nam się chce czegoś nowego doświadczać. I w tych wszystkich naszych rozmowach o pracy pojawiało się pytanie, jak w tej czy innej branży sprawdziłyby się te czy inne rozwiązania. Doszłyśmy w końcu do wniosku, że skoro jesteśmy takie ciekawskie, to może warto założyć własną firmę, aby można było pracować dla kilku branż, aby mieć dostęp do różnych dyscyplin i sprawdzić to wszystko w praktyce. Dziś jednego dnia robimy coś dla branży budowlanej, musimy się nauczyć tych wszystkich fachowych terminów, wszystkiego, co się z tym wiąże, a za chwilę równolegle robimy coś dla firmy z branży energetycznej i znów trzeba się podszkolić.

To, czym zajmowały się panie w pracy zawodowej wiąże się z tym, czym zajmujecie się teraz "na swoim". Od początku było wiadomo, że ma to być komunikacja i marketing, a nie na przykład restauracja?

Katarzyna Szulc: - Tak. Wcześniej pracowałyśmy też w tym obszarze. Wybór branży to kontynuacja tego, czym się zajmowałyśmy, to konsekwencja naszego rozwoju. To nie był nagły zwrot ani olśnienie. Choć restauracja brzmi kusząco. Od samego początku jesteśmy... formułą dwuosobową. Dziś już jak stare dobre małżeństwo, bo firmę prowadzimy od 13 lat. Przez ten czas bardzo urosła, dziś jest już ośmioosobowym mikroprzedsiębiorstwem.

Czym dokładnie zajmuje się wasza firma?

BD: - Moja mama czasem zadaje mi to pytanie: Beatko, a właściwie czym ty się zajmujesz? A ja głowię się, jak tu jasno i krótko o tym opowiedzieć.
Zajmujemy się wszystkim od planowania do realizacji w obszarze wizerunku, komunikacji, czy marketingu, ale też diagnozą organizacji.

KSz: - W takich sytuacjach zwykle uderzam w "korpotony" i chciałabym od razu powiedzieć, że zajmujemy się komunikacją zintegrowaną.

BD: - Postaram się to ująć przystępnie. Zajmujemy się marketingiem, promocją, kreowaniem wizerunku, wsparciem sprzedaży, badaniami rynku, ale też działaniami PR-owymi, czasem jesteśmy zewnętrznym biurem prasowym. Zajmujemy się doradztwem w zakresie komunikacji marketingowej, komunikacji wewnętrznej i kryzysowej.

KSz: - Zajmujemy się wszystkim - od planowania do realizacji w obszarze wizerunku, komunikacji, czy marketingu, ale też diagnozą organizacji. Po drodze dochodziły kolejne obszary, m.in. zostałyśmy pierwszą w Polsce licencjonowaną agencją używającą narzędzia OCAI Online do badania kultury organizacyjnej w zmianie. Dzięki tej współpracy z firmą holenderską wypracowałyśmy polski model tego narzędzia.
Polecenia to jedno źródło, ale wypracowałyśmy sobie taką bazę referencji, że już możemy spokojnie stanąć w szranki o klientów z dużymi agencjami warszawskimi albo nawet międzynarodowymi - mówią twórczynie 2Mgroup.
Polecenia to jedno źródło, ale wypracowałyśmy sobie taką bazę referencji, że już możemy spokojnie stanąć w szranki o klientów z dużymi agencjami warszawskimi albo nawet międzynarodowymi - mówią twórczynie 2Mgroup. fot. Łukasz Unterschuetz / Trojmiasto.pl

Kolejne kompetencje dochodziły po drodze?
Rosłyśmy dlatego, że klienci nas sobie polecali. Zresztą tak jest do tej pory.

BD: - Część była wypracowana wcześniej, a część pojawiała się z związku z tym, że pojawiały się nowe potrzeby klientów. "Super, że zajmujecie się PR, ale nam teraz jest potrzebne wsparcie przy komunikacji wewnętrznej". I tak się pojawiała nowa usługa. Ta branża dynamicznie się rozwija. Dziś mamy ludzi od socialmediów, od filmów i od dronów. Musimy być na bieżąco. Szkolimy się, bywamy na konferencjach. W ub. roku na przykład byłyśmy w Lizbonie na konferencji Web Summit. To jest spotkanie, w którym uczestniczy 60 tys. osób. Wszystko tam się kręci wokół nowych technologii.

KSz: - Proszę sobie wyobrazić 60 tys. ludzi biegających pomiędzy wielkim stadionem i czterema halami. Spotkanie 60 tys. freaków z całego świata. Na miejscu są wszyscy wielcy i jest między nimi krótki dystans. Można usiąść obok kogoś ważnego z Amazona czy obok autora kampanii Trumpa. Czasem warto w czymś takim uczestniczyć tak dla... oszołomienia.

Chyba niełatwo przebić się w tej branży, zdobyć zaufanie. Jak wyglądały początki?

KSz:- Tak, choć my miałyśmy sporo szczęścia. Pierwsi klienci przyszli z nami.

BD: - Firmy, w których wcześniej pracowałyśmy, gdy założyłyśmy swoją firmę, zaczęły powierzać nam projekty. Wszystko z polecenia. Czasem się śmiejemy, że pracowałyśmy jak ten przysłowiowy szewc bez butów. Działałyśmy w obszarze marketingu i promocji, a same tych działań nie prowadziłyśmy. My się rozwijałyśmy tak organicznie. Jeden klient drugiemu klientowi polecił i wtedy trzeba było nagle zatrudnić kogoś, bo same nie dawałyśmy rady. Rosłyśmy dlatego, że klienci nas sobie polecali. Zresztą tak jest do tej pory. Ciekawe jest to, że do nas przychodziły duże marki z tych poleceń.
A w tamtym momencie powiedziałyśmy sobie: halo, robimy tyle różnych rzeczy dla innych, że czas powiedzieć sobie, co tak naprawdę same chcemy robić, dla kogo pracować.

KSz: - Kiedyś zadzwonił do nas klient z Warszawy i mówi "to zapraszam, mam teraz 20 minut, mogłyby panie podejść". Wówczas do spotkania nie doszło, bo nie miałyśmy biura w stolicy. Zareagowałyśmy jednak szybko i po tygodniu już było. Jest zresztą do dziś. A teraz taka nieduża firma jak nasza startuje w przetargach np. dla PLK i wygrywa. Polecenia to jedno źródło, ale wypracowałyśmy sobie taką bazę referencji, że już możemy spokojnie stanąć w szranki o klientów z dużymi agencjami warszawskimi albo nawet międzynarodowymi. Dziś równolegle prowadzimy kilkanaście projektów.

BD: - Część z nich to wynik stałej współpracy z firmami. Z niektórymi pracujemy od 7 czy nawet 9 lat. Niektóre zatrudniające nas firmy nie zdecydowały się na budowanie takich kompetencji u siebie. Jesteśmy ich zewnętrznym biurem komunikacyjno-marketingowym. Tak sobie rosłyśmy organicznie, aż któregoś dnia uświadomiłyśmy sobie, że nie mamy strategii. Wtedy usiadłyśmy z zespołem i opracowałyśmy własną ścieżkę rozwoju.

Po ilu latach działalności ta ścieżka powstała?

BD: - Wówczas chyba już z pięć lat byłyśmy na swoim. Wcześniej działałyśmy na zasadzie: co nam życie przyniesie, to brałyśmy i szłyśmy dalej. A w tamtym momencie powiedziałyśmy sobie: halo, robimy tyle różnych rzeczy dla innych, że czas powiedzieć sobie, co tak naprawdę same chcemy robić, dla kogo pracować.

KSz: - Musiał upłynąć czas, zanim uwierzyłyśmy, że to, co się dzieje, dzieje się naprawdę i że się udaje. W naszym przypadku nie wystarczał jeden dowód. Trwało to pięć lat, nie dlatego, że nie chciałyśmy wypracować strategii, musiałyśmy dojść do momentu, w którym uznałyśmy, że to jest to, że nasza firma to nasze życie. Skoro mamy dowody, że to jest doceniane i dobre, to czas na pytanie, co dalej.
A ile świetnych pomysłów nie wypaliło z powodu braku komunikacji, braku konsekwencji, czy... braku prądu.

Czy firmy chętnie sięgają po fachową pomoc? Taka na przykład komunikacja wewnętrzna. Czy nie wystarczy zrobić zebranie i przekazać zespołowi, o co chodzi w kilku żołnierskich słowach?

KSz: - Miałyśmy takiego klienta, który opracował naprawdę świetną strategię i poszedł z nią do swoich ludzi, a oni jej nie przyjęli. Uznali, że to, co szef proponuje nie pasuje do ich organizacji, bo tak, jak jest, jest super. Dlatego zwrócił się do nas i przyznał, że nie wie, co zrobił źle, nie wie, dlaczego zespół tego nie przyjął. W końcu się udało.

Czyli był błąd w komunikacji, a nie w strategii?

KSz: - Tak. Chodziło jednak nie tyle o komunikację, co brak współudziału. Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby przekazać, tylko o to, aby uzyskać współudział. Gdy zaczynałyśmy, to argumentem, który miał przekonać wszystkich klientów do naszych usług było to, że deklarowałyśmy wzięcie odpowiedzialności za wykonanie zadania. Nie sztuką jest mieć pomysł, trzeba go jeszcze wcielić w życie i wziąć za to odpowiedzialność.

Są jednak tacy, którzy twierdzą, że najważniejszy jest pomysł.

KSz: - A ile świetnych pomysłów nie wypaliło z powodu braku komunikacji, braku konsekwencji, czy... braku prądu.

Braku prądu?
My nigdy nie zakładałyśmy, że nasza firma będzie się zajmować drukowaniem ulotek i zamawianiem gadżetów. To nigdy nie był nasz koncept biznesowy.

BD: - Kiedyś organizowałyśmy duże wydarzenie na kilkaset osób. Całość działa się w zabytkowym zamku. Namawiałam klienta, żeby na wszelki wypadek wziąć agregat prądotwórczy. Stary zamek, stara instalacja, czułam niepokój. Trudno było go przekonać do tego dodatkowego kosztu, ale ostatecznie udało się. I podczas przemówienia prezesa padło zasilanie. Na szczęście był agregat, więc można było kontynuować imprezę. Przy organizacji eventu trzeba uwzględnić najdrobniejsze szczegóły. Wydaje się, że to są mało znaczące elementy, bo każdy chce mówić o wielkiej strategii. A my mamy zdolność ogarnięcia całości.

Czy kiedyś odmówiły panie wykonania jakiegoś zlecenia z powodu nazwijmy to barku przekonania, że chodzi o prawdę?

KSz: - Tak. Mimo, że dla małej firmy odrzucenie zlecenia to trudna decyzja. Odmawiałyśmy nie dlatego, że nie dałybyśmy rady, ale ze względu na wartości. Czasem jednak trzeba, aby móc spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie "jest super". I do tego samego zachęcamy klientów. Dla nas PR jest jednym z elementów kompleksowej komunikacji. Jak jest wiarygodny, uczciwy i oparty o fakty, to jest dobrze.

BD: - Pewnych zleceń byśmy nie przyjęły. To jest zresztą wartość, jaką daje prowadzenie własnej firmy, że są sytuacje, w których możemy powiedzieć "nie". Jeżeli to "nie" dotyczy stałych klientów, dla których jesteśmy zewnętrznym biurem, to siadamy i rozmawiamy. Przedstawiamy argumenty, zupełnie inaczej ta relacja wygląda.

KSz: - My nigdy nie zakładałyśmy, że nasza firma będzie się zajmować drukowaniem ulotek i zamawianiem gadżetów. To nigdy nie był nasz koncept biznesowy. My zawsze myślałyśmy, że będziemy rozmawiać o biznesie z właścicielem, zarządem, czyli z ciałem decyzyjnym. I jeżeli mamy taką pozycję, to naprawdę nie trzeba odmawiać, żeby się dogadać.
Część klientów do nas przychodzi, bo widzi w nas partnera biznesowego, z którym może właśnie porozmawiać. Dajemy przestrzeń do weryfikacji poglądów.

Co daje więcej satysfakcji - budowanie strategii po kryzysie, gdy jest problem, czy gdy jest miło, przyjemnie i na dodatek produkt czy przekaz jest wdzięczny? Co jest ciekawszym wyzwaniem?

BD: - Praca w sytuacjach kryzysowych jest na pewno ciekawa, rozwijająca, ale to jest emocjonalny drenaż. Po realizacji takiej usługi, jeżeli dotyczy ona prawdziwego kryzysu, którym trzeba zarządzić, a nie chwilowej niestabilność, jest naprawdę ciężko. To są bardzo ciekawe zlecenia, ale bardzo trudne i wyczerpujące. Takiego zaangażowania nie sposób wycenić...

KSz: - Najfajniej byłoby, gdyby klient przychodził do nas z koncepcją produktu. Lepiej byłoby brać udział w jego kształtowaniu, a nie dostać gotowy na stół. I potem leży on na tym stole, patrzymy i zadajemy sobie pytanie "ale dlaczego on jest taki", ale wówczas już nic nie możemy. Czasami zaproszenie do zespołu na etapie tworzenia, na etapie koncepcji pomogłoby zrozumieć. To byłaby dla mnie sytuacja najbardziej inspirująca, taka spełniająca mnie zawodowo. Jednak to się rzadko zdarza.

Wybrały panie trudną działalność, bo usługi. Wspominały panie o konieczności dialogu. A co zrobić, gdy o dialog trudno?

BD: - Uważam, że dialog jest twórczy i tak długo, jak dyskutujemy, jest szansa, że znajdziemy jakieś właściwe rozwiązanie. Nikt nie jest nieomylny. Jak nad czymś pracujemy, staramy się zapisywać wszystkie pomysły. Przy niektórych myślę "dziwne", ale zapisuję. Za chwilę ktoś do tego czegoś dorzuca hasło i z "dziwnego" robi się coś genialnego. Tak długo, jak jesteśmy w stanie rozmawiać, opracowywać fajne rozwiązania, tak długo możliwa jest współpraca. Cześć klientów do nas przychodzi, bo widzi w nas partnera biznesowego, z którym może właśnie porozmawiać. Dajemy przestrzeń do weryfikacji poglądów. Klienci nie traktują nas operacyjnie, wykonawczo. Do nas przychodzą ci, którzy wierzą, że znajdą tu kompetencje i biznesowe podejście.

KSz: - Mamy taką tablicę zapytań z kategorii "dziwne". Nasze ulubione to mail do klienta dotyczący materiałów konferencyjnych, że owszem, bardzo piękne, tylko czy mogłybyśmy "tym grzybkom wyprostować nóżki".

BD: - Najważniejsze jest jednak to, że wciąż mamy radość z tego, co robimy. Jak się umawiamy z klientem na realizację zadania, to wykonanie go jest wręcz kwestią honoru.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (36)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Najczęściej czytane