stat

Na swoim. Bio Piekarnia Magdaleny Głuszek

A dlaczego na swoim? Kobiety, których mężowie pracują nie od do, tylko pracują dużo, muszą pogodzić opiekę nad dzieckiem, domem, z pracą zawodową, a to jest trudne - mówi Magdalena Głuszek.
A dlaczego na swoim? Kobiety, których mężowie pracują nie od do, tylko pracują dużo, muszą pogodzić opiekę nad dzieckiem, domem, z pracą zawodową, a to jest trudne - mówi Magdalena Głuszek. fot. Łukasz Unterschuetz / trojmiasto.pl

O tym, że bycie mamą motywuje do bycia na swoim, że na początku warto skorzystać z doświadczenia innych, a zdrowa żywność to nie moda, a przyszłość, a także o tym, że najważniejsze to... wsłuchać się w potrzeby klientów rozmawiamy z Magdaleną Głuszek, właścicielką Bio Piekarni na Przymorzu. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Justyną Kowalczyk, prezesem zarządu OptiWay Biuro Rachunkowe Sp. z o.o. Kolejny wywiad już za miesiąc.


Wszystko odbywa się w moim rytmie, nikt mi niczego nie narzuca. Przyjeżdżam np. w sobotę do pracy, bo lubię, bo też chcę wypić dobrą kawę.

Jest pani na swoim, bo...

Magdalena Głuszek: - Zostałam mamą.

Ostatnio wiele mam decyduje się na to. To jakaś nowa moda?

- Może. Dla mnie to rozsądne rozwiązanie. Przed zajściem w ciążę przez pięć lat pracowałam na etacie. Ukończyłam Akademię Medyczną, jestem fizjoterapeutką. Pracowałam w Szpitalu Reumatologicznym w Sopocie. Jak byłam w ciąży, zaczęłam myśleć o czymś swoim. Plany musiały trochę poczekać na realizację, bo nie chciałam oddać syna do żłobka. A dlaczego na swoim? Kobiety, których mężowie pracują nie od do, tylko pracują dużo, muszą pogodzić opiekę nad dzieckiem i domem z pracą zawodową, a to jest trudne. Jeżeli żadne z nas nie mogłoby odebrać dziecka z przedszkola czy szkoły, to jak miałaby funkcjonować nasza rodzina? A co, gdy dziecko zachoruje, a co zrobić, gdy pójdzie do szkoły i nagle okazuje się, że ma trzy miesiące wolnego, bo jak nie ferie, to wakacje? Rozwiązaniem jest bycie na swoim, które daje niezależność.

Jednak większość przedsiębiorców twierdzi, że na swoim pracuje się jeszcze więcej?

- Pewnie tak, ale inaczej wygląda organizacja pracy. Własnej firmie poświęca się bardzo wiele czasu, ale nie zawsze trzeba być obecnym w miejscu pracy. Część spraw można ogarnąć wieczorem, kiedy dziecko już nas nie potrzebuje. Choć osobiście mam wrażenie, że pracuję mniej niż na etacie. Na pewno mniej niż 40 godzin. Jadnak co najważniejsze, pracuję w godzinach, w których chcę. Mogę spokojnie zjeść z dzieckiem śniadanie, zawieźć je do szkoły i przyjechać do pracy na 9. Wychodzę o 15 i odbieram syna ze szkoły. Wszystko odbywa się w moim rytmie, nikt mi niczego nie narzuca. Przyjeżdżam np. w sobotę do pracy, bo lubię, bo też chcę wypić dobrą kawę. Sama sobie dyktuję warunki. Dziś więcej popracuję, jutro idę z dzieckiem do kina.
Wpadałam po chleb, potem pogadać i nawiązała się nić porozumienia. Któregoś dnia zapytałam, czy nie poszukują franczyzobiorców. Zgodzili się.

Dlaczego gastronomia, a nie firma związana z pani wykształceniem, czyli fizjoterapia?

- Gdybym musiała sama wykonywać zabiegi, a o takiej działalności mogłabym myśleć, to miałabym problem z pogodzeniem roli mamy z pracą. Godziny byłyby podporządkowane wymaganiom klientów, a co, gdyby dziecko się rozchorowało? Poza tym, przez te lata wypadłam z branży i nie wiem, czy dałabym radę. Jedna z koleżanek próbowała być na swoim w tej branży. Wszystko układało się świetnie - były unijne dotacje, kupiła sprzęt, samochód, miała pacjentów, do czasu, jak sama została mamą. Przy małym dziecku zaczęły się problemy. Ono choruje, wypadają zlecenia, a ZUS trzeba zapłacić bez względu na problemy. A jak się odwołuje zabiegi, to klienci szukają innego rehabilitanta i wypada się z rynku. Ostatecznie moja koleżanka zrezygnowała z firmy, wróciła na etat, bo przynajmniej może spokojnie iść na zwolnienie lekarskie. Choć z tymi etatami dla fizjoterapeuty też już nie jest jak kiedyś. Jak pracowałam, to obowiązywał nas limit 5 godzin dziennie na fizykoterapii ze względu na szkodliwe warunki, teraz to się zmieniło i już trzeba pracować 8 godzin. Być może gdyby obowiązywały tamte przepisy, to po macierzyńskim wróciłabym do pracy. Pogodziłabym wychowanie syna z pracą od 8 do 13.

Skąd pomysł na zdrową żywność?

- Jak byłam w ciąży, zaczęłam bardzo dbać o to, co jemy. W związku z tym zostałam klientką sklepów ze zdrową żywnością. Szczególnie spodobał mi się punkt działający we Wrzeszczu, należący do sieci Bio Piekarnia Ziarno. Wpadałam po chleb, potem pogadać, i nawiązała się nić porozumienia. Któregoś dnia zapytałam, czy nie poszukują franczyzobiorców. Zgodzili się.

Klienci nie traktują nas jak kawiarnię, nie jak piekarnię. Sami zdecydowali, a my się dostosowaliśmy. Nawet zmieniliśmy godziny otwarcia, bo okazało się, że 7 to za wcześnie. To wyszło w tzw. praniu - mówi Magdalena Głuszek.
Klienci nie traktują nas jak kawiarnię, nie jak piekarnię. Sami zdecydowali, a my się dostosowaliśmy. Nawet zmieniliśmy godziny otwarcia, bo okazało się, że 7 to za wcześnie. To wyszło w tzw. praniu - mówi Magdalena Głuszek. fot. Łukasz Unterschuetz / trojmiasto.pl
A dlaczego taka formuła?
(...) nawzajem się słuchamy, są też bardzo otwarci na moje uwagi. Jestem ich pierwszym franczyzobiorcą, na mnie się uczą jak prowadzić taką współpracę. Korzyść jest więc obustronna.

- Bałam się braku doświadczenia. Wydaje mi się, że właśnie brak doświadczenie powoduje, że wiele takich punktów nie jest wstanie poradzić sobie na rynku. Oczywiście na początku myślałam o czymś całkiem własnym. Rozpatrywałam i analizowałam, że oczywiście mogłabym wstawać o 5 rano, jechać w jedno miejsce po bułeczki, w drugie po warzywa do kanapek, w trzecie po ciasto i pewnie to by funkcjonowało, ale nie miałabym czasu na nic więcej. A założenie było takie, że mam mieć czas dla dziecka. Dzięki współpracy w Bio Piekarnią Ziarno, nie muszę martwić się o towar. Ten towar codziennie dowożony jest do nas z Gdyni o 6 rano. Zamawiamy i jest. Do tego doskonały towar. Jestem przekonana do tych produktów, sprzedaję coś, co jest dla mnie ważne i mam nadzieję, że klienci to czują. Dzięki tej współpracy mogłam ograniczyć koszy pracownicze, a tego najbardziej się bałam na początku. Jak przeliczyłam, ile osób musiałabym zaangażować, żeby to funkcjonowało tak, jak chcę, to przestraszyło mnie to. To jest franczyza, ale taka na przyjacielskiej stopie z bardzo dużą niezależnością. Bierzemy od nich produkty, o reszcie, czyli wystroju, o tym, co mamy na półkach, decydujemy sami. Nie ma żadnych wymogów.

Jak duża jest to sieć?

- Teraz są dwa punkty w Gdańsku, jeden w Sopocie, dwa w Gdyni i do tego sklepik w szkole. Poza tym twórcy sieci chętnie podzielili się ze mną wiedzą. Sama też podeszłam do tego bardzo poważnie.
Wybraliśmy lokal w jednej z wież Czterech Oceanów, ponieważ okazało się, że choć mieszka tu bardzo wielu ludzi, to wciąż jest to pustynia.
Przez jakiś czas pracowałam w jednym z ich punktów, chciałam poznać wszystko od kuchni. Uczestniczyłam w sprzedaży, poznałam cały asortyment, to był fajny czas. Zresztą nawzajem się słuchamy, są też bardzo otwarci na moje uwagi. Jestem ich pierwszym franczyzobiorcą, na mnie się uczą, jak prowadzić taką współpracę. Korzyść jest więc obustronna. Cały czas wymieniamy się informacjami. Choć po czasie okazało się, że nie wszystko, co się sprawdza w punkcie w Gdyni, sprawdza się u mnie. Gdyński punkt jest przede wszystkim piekarnią. Dlaczego? Bo jest przy dworcu, ludzie się spiesza, wpadają, kupują i wypadają. Nasz klient się nie spieszy, on usiądzie, wypije kawę i zje ciasto. Klienci traktują nas jak kawiarnię, a nie jak piekarnię. Sami zdecydowali, a my się dostosowaliśmy. Nawet zmieniliśmy godziny otwarcia, bo okazało się, że godz. 7 to za wcześnie. To wyszło w tzw. praniu. Naszym głównym produktem jest kawa ekologiczna w dobrej cenie i coś do kawy.

Wybrała pani na swój punkt Przymorze, a nie np. dworzec w Gdańsku. Dlaczego?

- Wybór lokalizacji poprzedziły długie poszukiwania. Wybraliśmy lokal w jednej z wież Czterech Oceanów, ponieważ okazało się, że choć mieszka tu bardzo wielu ludzi, to wciąż jest to pustynia. Nie było takich miejsc jak nasze. Nie musieliśmy się więc obawiać konkurencji. Mam to szczęście, że nie musiałam korzystać z kredytów. Zainwestowałam pieniądze rodzinne, pomogli teściowie. Lokal jest nasz, a to duża ulga. Dzięki temu mogłam urządzić go na wysokim poziomie. Bałabym się inwestować w nie swój obiekt.
Ludzie chcą wiedzieć co jedzą i chcą aby to było zdrowe. Moda plus świadomość chorób społecznych wynikających ze złego odżywiania powoduje, że to jest przyszłość.
Wynajmując musiałabym to zrobić inaczej, oszczędniej, bo co, gdyby ktoś wymówił mi lokal? Jest to lokalizacja przyszłościowa, ponieważ w sąsiedztwie powstają kolejne cztery wieże i nie przewidziano w nich lokali użytkowych. Przybędą nam klienci z sąsiedztwa, a nie konkurencja. Ta lokalizacja się sprawdza. Jeszcze nie jest tak, jakbyśmy chcieli, ale wszystko idzie w dobrym kierunku. Większość lokali w tych obiektach przeznaczona jest na wynajem turystyczny. A taki wakacyjny klient jest bardzo dobry, bo nie oszczędza, on się relaksuje, nie patrzy na wydatki. Ciastko w drodze na plażę, a potem kawa przed powrotem do apartamentu. Wbrew pozorom korzystamy nawet na brzydkiej pogodzie. Klienci nie idą na plażę, tylko u nas czekają na słońce. Mamy też coraz większe grono stałych, wiernych klientów, takich, którzy specjalnie do nas przyjeżdżają. Liczymy też na tych, którzy są tu na stałe i będą do nas wpadać rano na kawę jeszcze w kapciach.

W planach ma pani powstanie kolejnych punktów?

- Nie wykluczam tego. Powiem nawet więcej, myślę o tym. Tak się zwykle dzieje. Jak ktoś poczuje się pewnie w jednym punkcie, to tworzy kolejne. To pozwala optymalizować działalność, łatwiej rotować personel, towar. To jednak dalsza przyszłość. W najbliższych planach mam wprowadzanie niszowych produktów ekologicznych, takich małych serii tylko dla nas.

Czy ludziom jednak nie przeje się ta moda na zdrową żywność?

- Nie. Mam wrażenie, że wciąż jest tego za mało w stosunku do potrzeb. To jest przyszłość. Ludzie są sceptyczni, dopóki nie zrobią badań lekarskich i nagle nie okaże się, że muszą nauczyć się zdrowo jeść.
Trzeba słuchać klientów i obserwować. Nic na siłę, skoro klienci chcą kupować kawę, a nie chleb. Nawet lepiej, kawa się nie psuje.
Zresztą mamy teraz do czynienia z taką pozytywną presją społeczną w tej dziedzinie. Już nie wypada dziecku kupować czekolady w słoiku. Ludzie chcą wiedzieć, co jedzą i chcą, aby to było zdrowe. Moda plus świadomość chorób społecznych wynikających ze złego odżywiania się powoduje, że to jest przyszłość. Będzie tego tylko więcej. U nas jest duże zainteresowanie niszowymi produktami, których nie ma nigdzie indziej. Mamy produkty wegańskie, bezglutenowe, bez laktozy. Ciasto z jajek, a nie z proszku. To kosztuje więcej, ale nie aż tyle, jak niektórzy myślą. U nas cena kawy ekologicznej zaczyna się od 5 zł, a porcja prawdziwego ciasta do tej kawy kosztuje 6,50 zł. Czy to dużo? Chyba nie. Naszym atutem ma być jakość, ale też cena.

Rady dla początkujących?

- Rady są potrzebne, ale własne doświadczenie jest najważniejsze. Nauka na swoich błędach też daje satysfakcję. Nie należy też przywiązywać się zbytnio do planów, trzeba być elastycznym i gotowym na zmiany. Tak jak u mnie. Miała być piekarnia, a jest kawiarnia, w której przy okazji można kupić chleb. Skoro tak ludzie zdecydowali. Trzeba słuchać klientów i obserwować. Nic na siłę, skoro klienci chcą kupować kawę, a nie chleb. Nawet lepiej, kawa się nie psuje.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (123)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Najczęściej czytane