stat

Przerośnięta pewność siebie to niedobry sposób na karierę

Michał Hałas zakładał stowarzyszenie International Project Management Association Polska (IPMA Polska) za co niedawno otrzymał prestiżowego Atlasa Project Managementu. W ostatnich latach krzewi wśród inżynierów umiejętności innowacyjnego myślenia.
Michał Hałas zakładał stowarzyszenie International Project Management Association Polska (IPMA Polska) za co niedawno otrzymał prestiżowego Atlasa Project Managementu. W ostatnich latach krzewi wśród inżynierów umiejętności innowacyjnego myślenia. fot. Piotr Hukało/Trojmiasto.pl

Miał zostać chemikiem, ale ukończył projektowanie systemów produkcyjnych na Wydziale Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej. W czasie studiów założył dwie firmy. Później nabywał doświadczenia już za cudze pieniądze, pracując w amerykańskiej korporacji AT&T. Michał Hałas, z którym rozmawiamy w kolejnym odcinku cyklu "Jak zostać menadżerem?" od ponad 20 lat jest trenerem w Grupie ODITK, gdzie jednocześnie jest dyrektorem innowacji i członkiem Rady Nadzorczej. W poprzednim odcinku rozmawialiśmy z kierownikiem projektu w stoczni Crist - Łukaszem Topą. Kolejna rozmowa już w przyszłym miesiącu.



Czy każdy musi mieć plan kariery zawodowej? Jak go zbudować?

Michał Hałas: Nie, nie każdy musi mieć plan kariery zawodowej. Plan nie przeszkadza, jednak jeśli go mamy, trzeba od razu nastawić się na elastyczność wobec takiego planu. Bo taki plan będzie się zmieniał. Dlaczego? Przez 20 lat uczyłem ludzi planować i planowanie ma sens wtedy, jeśli znamy cel do którego chcemy dojść. A który młody człowiek ma precyzyjny cel do którego chce dojść? W młodym wieku nie znamy samych siebie i trudno byśmy budowali cel do którego chcemy dochodzić. Może u kogoś to zadziała, u mnie nawet nie próbowałem i wcale nie żałuję, że nie miałem planu. Oczywiście z czasem i mając cel, perspektywa na planowanie będzie inna.
Przerośnięta pewność siebie nie jest już zbyt dobrze przyjmowana na rynku pracy. Jest zbyt dużo młodych bufonów i bufonic - przepraszam, ale w środku niemal zupełnie pustych.

Plan kariery w zbyt młodym wieku potrafi nas na tyle zafiksować, że nie zauważamy okazji, które pojawiają się po drodze. Dla mnie to były amerykańskie szkolenia z Project Management, na bazie których mogłem zaoferować własne. Plan kariery pewnie zamknąłby mi oczy na taką możliwość. Jedynie dla osób, które mają tendencję do odkładania spraw na później, plan może być motywujący, by brać się za wykonywanie kolejnych elementów, na przykład przygotowanie dobrego CV czy zgłoszenie się w firmach, które specjalizują się w znajdowaniu pracowników. Ponieważ do takich osób już nie należę, to nie cenię też tak bardzo planowania przy tak długich okresach i sporej niepewności.

Uważam, że warto na początku kariery zawodowej eksperymentować z różnymi rzeczami, aby przekonać się, co nam będzie pasowało, a co zdecydowanie nam nie odpowiada. To ważna informacja dla nas samych, że czegoś spróbowaliśmy i wiemy, że nie chcemy w tym się rozwijać lub sprawia nam coś frajdę. Przez kilka nastoletnich lat bardzo mocno pasjonowałem się chemią. Jeździłem na obozy i zgrupowania młodych chemików z całej Polski. Gdy rok przed maturą obwieściłem, że na chemię nie pójdę, rodzina nie potrafiła wyjść ze zdumienia. Przetestowałem ten kierunek rozwoju i nie chciałem iść dalej. Osobiście nie żałuję, mimo wielu wspaniałych naukowych karier moich kolegów z tamtego okresu.

Czym więcej takich doświadczeń, tym lepiej wiemy co lubimy, a w czym nie chcemy się rozwijać. Zamiast planowania warto marzyć - co byśmy chcieli robić i kim chcielibyśmy być. Z tego mogą się rodzić plany, ale uważam, że marzenia są ważniejsze. One dadzą napęd nawet, jak po drodze do spełnienia tych marzeń jest długi okres trudności. Mamy przed sobą rzeczy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ja się bardzo cieszę, że najpierw poznałem Project Management, a dopiero później TRIZ (TRIZ to narzędzia do innowacyjności - generowania przełomowych pomysłów). Sama innowacyjność na początku tylko frustrowałaby mnie, gdybym nie potrafił dowozić jej do osiągania zysków. Z zarządzaniem projektami mogłem zaś pracować przez lata na nieinnowacyjnych projektach, samo to już było samodzielną wartością w mojej karierze. Razem obydwa te elementy tworzą niezwykle synergiczny duet, ale to było w moim przypadku nie do przewidzenia. To tylko post factum fajnie wygląda. Trawestując Foresta Gumpa, nigdy do końca nie wiemy, jaka czekoladka się nam trafi w życiu. Ja się rozsmakowuję każdą czekoladką po kolei.

Przy kończeniu studiów nie miałem specjalnych planów, byłem zaręczony i widziałem tylko konieczność stabilizacji dla tworzącej się rodziny. Poczucie odpowiedzialności wówczas dominowało. Starałem się znaleźć coś rozwojowego na początek i dość szybko mi się udało. Na dwa miesiące przed obroną pracy magisterskiej na Politechnice Gdańskiej rozpocząłem moje pierwsze etatowe zajęcie w tworzącym się oddziale AT&T w Gdańsku. Od razu wysłano mnie na trzymiesięczne zdobywanie doświadczeń w analogicznym, tylko rozwiniętym dziale AT&T w Warszawie. Wszystko było nowe i mogłem się bardzo dużo uczyć. Po raz pierwszy (i ostatni zresztą) byłem w korporacji. Nie miałem bladego pojęcia, jak potoczy się moja kariera i wiele rzeczy mnie później zaskoczyło. Przy zbyt wielu czynnikach niepewności twarde planowanie traci sens, szczególnie w tak długim okresie czasu jak kilka dekad. No chyba, że ktoś planuje tak przewidywalną karierę, jak uczelnia, czy służby mundurowe z ich sformalizowanymi stopniami.

Jak długo szukał pan pierwszej pracy? Jaka była to praca?

- Nie pamiętam jak długo szukałem pracy, pewnie kilka tygodni, nie byłem mocno przypilony, bo było to jeszcze podczas ostatniego semestru studiów magisterskich. Pamiętam, że uczestniczyłem w kilku spotkaniach rekrutacyjnych, jedno zapadło mi w pamięć. Gdańska Stocznia Remontowa na początku procedury kwalifikacyjnej miała testy psychologiczne i na nich odpadłem. Cztery lata później na pierwszym szkoleniu, które prowadziłem w ODITK właśnie dla Gdańskiej Stoczni Remontowej uczestnikami była cała najwyższa (poniżej prezesa) kadra menadżerska tej stoczni. Życie potrafi zaskakiwać, a to szkolenie do dzisiaj pamiętam, dostałem wtedy skrzydeł.
Zdrowie od pewnego poziomu jest koniecznym warunkiem kariery, angażowanie się w tematy, które są pasją. Nie chodzi o to, by dojść na jakieś szczyty z zaciśniętymi zębami, bez przyjaciół i jakąś psychosomatyczną chorobą.

Tak naprawdę, mój pierwszy etat w AT&T nie był moją pierwszą pracą. Pierwszą pracą była własna działalność gospodarcza, którą założyłem na koniec drugiego roku studiów. Wyszedłem już wówczas z kiepskich ocen, które zdarzyło mi się uzyskać na pierwszym roku (bardzo w tym pomagała motywacja nagrody rektorskiej za wyniki w nauce). Na koniec drugiego roku zacząłem się nudzić, więc chwyciłem pierwszą okazję, która - jak mówią - leżała na ulicy i rozpocząłem od zera firmę. Mój kapitał początkowy to było dokładnie 50 starych zł - na pewno miały możliwości nabywcze mniejsze niż dzisiejsze 50 zł, ale nie mogłem spać, gdy myślałem o tym, że mogę je stracić, bo to były moje jedyne pieniądze. Wyjaśnię, że mieszkałem u rodziców i nie musiałem się martwić specjalnie o najbardziej podstawowe potrzeby. Ale jak się ma tylko 50 zł, to są to bardzo cenne pieniądze.

Kupiłem za nie kilogram wężyka gumowego na rowerowe wentyle, listonosz przyniósł mi paczuszkę ze Stomilu w Dębicy i zacząłem to ciąć, pakować i sprzedawać w sklepach. Oczywiście trzeba było załatwić wszystkie konieczne formalności. Dodam, że to było w czasach przemian ustrojowych i  studenci studiów dziennych musieli płacić minimalny ZUS jak każdy inny przedsiębiorca. Po wakacjach zatrudniałem już kilku chałupników, miałem dostawców opakowań i sieć odbiorców, wyciągałem średnią krajową i myślałem o kolejnym biznesie. Sprawiało mi to ogromną frajdę, sprzedawałem moje wężyki we wszystkich sklepach branżowych w promieniu 100 kilometrów.

Z całego mojego roku na uczelni byłem pierwszym, który założył własną firmę. Gdy zobaczyłem, że ktoś oferuje wentyle na bazarze za niższą cenę, wiedziałem, że moje zbieranie doświadczeń z gumowymi wężykami się kończy i powinienem znaleźć coś innego. Za zarobione pieniądze pojechałem do Anglii do znajomych, miałem nadzieję, że będę tam eksportował wentyle nowej generacji, ale ostatecznie po powrocie zacząłem rękami chałupników szyć piłki do żonglowania. Teraz to już była moja własna spółka z o.o., a przebicie funta do złotówki było wtedy jeszcze bardzo duże - nie można było stracić. Gdy wysłałem pierwszą partię do wspólnika do Anglii okazało się, że nie pomyśleliśmy o sprawdzeniu zgodności naszego produktu z brytyjską normą. Ponieważ piłki były wypełniane ziarnami gorczycy - nie wytrzymywały testu niezwiększania objętości podczas moczenia przez dobę w wodzie. Podzieliliśmy się ze wspólnikiem stratami i wkrótce pojechałem na rok na studia na Wolverhampton University.

Wziąłem urlop dziekański, uznano mi tam moje już wtedy trzy lata studiów na Politechnice Gdańskiej i uzyskałem odpowiednik licencjatu (dokładnie B.A. - Bachellor of Arts).
Po powrocie dokończyłem brakujące dwa lata na PG. Różnica poziomów nauczania w tamtym czasie była dramatyczna, oczywiście nie dotyczyło to wszystkich kierunków, Wydział Zarządzania i Ekonomii na PG dopiero się tworzył. Bardzo się cieszę, że przez ostatnie 30 lat bardzo się na WZiE PG poprawiło.

Wracając do pytania o pierwszą pracę, kończąc studia byłem jednym z dwóch ludzi, którzy mieli utworzyć dział logistyki działu outside plant AT&T (później Lucent Technologies) na projekcie z budżetem 120 mln dolarów. Dobrze, że szefostwo szybko sprowadziło pewnego Holendra, który przez lata obsługiwał tego typu projekty w różnych krajach i on ustawił pracę naszego działu. My z kolegą nie mieliśmy po prostu takich kompetencji. Szybko się jednak uczyliśmy i po jakimś czasie nasz przyjaciel z Holandii wrócił do domu, a my jako "lokalsi" dokończyliśmy projekt, zostałem wówczas szefem kilkuosobowego działu i w dużej mierze na mnie spoczywało rozliczenie tego projektu. Wówczas przekonałem się doświadczalnie, że nie lubię biurokracji i logistyka nie jest moim powołaniem. Kiedyś zamknąłem oczy zmęczony długim siedzeniem przed komputerem, zobaczyłem się w ulotnej myśli - jak uczę czegoś ludzi. To stało się moim marzeniem, wierzyłem, że mam do tego dryg. Po roku okazało się, że odpoczywam, gdy uczę i strasznie mnie to kręci.
Zły menadżer nie stwarza poczucia bezpieczeństwa dla swojego zespołu, nie jest transparentny, podejmuje nieprzewidywalne decyzje. Nie dba o atmosferę pracy swoich ludzi lub mu to dbanie zupełnie nie wychodzi. I on sam męczy się zarządzaniem i jego współpracownicy.

W mojej ocenie ta myśl i marzenie były dla mnie darem od Boga i sam bym tego nie wymyślił, mimo że amerykańska korporacja często nas szkoliła, nigdy wcześniej nie pomyślałem, by stanąć po drugiej stronie i zostać trenerem.

Jak przygotować się do swojej pierwszej rozmowy o pracę?

- Zwinnie, czyli agilowo. Proponuję, by umawiać się i iść na ileś rozmów celem nabrania doświadczenia, a pomiędzy spotkaniami się przygotowywać, i tak z rozmowy na rozmowę możemy być lepiej przygotowani. Trudno się nauczyć rozmów o pracę z książek czy artykułów (choć dziękuję, że akurat taki artykuł ktoś czyta). Uważam, że teoria musi być zmieszana z eksperymentowaniem, odrzucaniem hipotez, które się nie sprawdzają. To jedna z rzeczy, którą zawdzięczam wieloletniemu zamiłowaniu do techniki, a chemii w szczególności. To zawsze były eksperymenty i prototypy. Podobnie można potraktować rozmowę o pracę - warto iść nawet będąc kompletnie nieprzygotowanym (lepiej oczywiście być choć trochę przygotowanym, wiedzieć coś o pracodawcy i jego potrzebach) tylko po to, aby przeżyć na sobie jakie to są emocje, po to, by następnym razem lepiej się przygotować. Może to brzmi okrutnie, ale proszę potraktować rekrutera jako darmowego nauczyciela. Gdy jestem na Bliskim Wschodzie chętnie korzystam z praktycznych lekcji negocjacji jakich udzielają mi lokalni sklepikarze. Gdy idziemy się głównie uczyć, stres jest mniejszy, a przy okazji może się nawet zdarzyć, że oferta pracy będzie interesująca i się zdecydujemy, mimo naszego niewystarczającego przygotowania. Chyba moje propozycje nie spodobają się rekruterom, proszę o wybaczenie.

- Po co szybko rozwijać swój potencjał? Samo rozwijanie potencjału bez jego osiągnięcia może być bardzo fajne i warto umieć się z tego cieszyć - twierdzo Michał Hałas.
- Po co szybko rozwijać swój potencjał? Samo rozwijanie potencjału bez jego osiągnięcia może być bardzo fajne i warto umieć się z tego cieszyć - twierdzo Michał Hałas. fot. Piotr Hukało/Trojmiasto.pl

Ważniejsze są studia i liczne kursy czy wiedza praktyczna?

- Jak się nie ma praktyki to liczymy, że nasz dyplom zrobi wrażenie. Nie musi - to oczywiście wszystko zależy od sytuacji. Zależy kogo szuka pracodawca - jeśli kogoś przedsiębiorczego - będą interesowały go osiągnięcia. Wiedzę można względnie szybko nabyć, charakter wykuwany jest powoli.

Nie jest prawdą, że nie mamy kompletnie żadnej praktyki. Jeśli nie wolontariat to może angażowaliśmy się w jakimś stowarzyszeniu, samorządzie szkolnym lub czymkolwiek? Może w warsztacie u dziadka zrobiliśmy jakiś ciekawy model czegoś, co nie przychodzi nam do głowy, że mogłoby mieć wartość dla przyszłego pracodawcy. Oto ilustracja - pamiętam historię pewnego chłopaka, który starając się o pracę u mojego klienta widział tylko, że ma bardzo słabe CV - po szkole zawodowej miał kilka cykli półrocznego bezrobocia przerywanego minimalnym okresem pracy w rodzinnej cukierni wystarczającym do ponownego uzyskania zasiłku. Klient zamiast odrzucić, zaczął pytać. Chłopak przyznał, że w cukierni rodziców pracował cały czas niezależnie od zasiłków. Zaczęto go wypytywać o dodatkowe umiejętności, jakie ma hobby itp. Oczy mu się zaświeciły, gdy zaczął opowiadać o garażu, w którym od lat tuningował swoje kolejne samochody i auta znajomych. Opowiadał o tym, jak uczył się potrzebnych umiejętności i na zdjęciach w telefonie pokazywał kolejne samochodowe osiągnięcia. Mimo, że nie była to firma z branży automotive, umiejętności zdobyte przy tuningu okazały się bardziej niż wystarczające na stanowisko o jakie się starał.

Co może jeszcze pomóc we wspinaczce na kolejne szczeble kariery zawodowej?

- Osiągnięcia, rozwój - także pozazawodowy. Jeśli ktoś jest aktywny i choć mało może, a pomaga innym - to zwykle robi wrażenie. Na mnie wielkie wrażenie zrobiło kiedyś, gdy się dowiedziałem, że polski multimilioner notowany wśród 50 najbogatszych, jedzie na Woodstock czyścić tam toalety, bo uznał, że brakuje mu pokory. Dodam, że nie robił tego, by się pochwalić, dowiedziałem się przypadkiem.
Są obecnie możliwe piękne ścieżki kariery specjalistycznej. Jak już ktoś wejdzie na poziom, że będzie musiał się ciągle rozwijać i uczyć, to potem już trudno przestać, nie jest to obciążeniem, ale raczej potrzebą, taki pozytywny głód.

Ponieważ cały czas jestem trenerem, przypomnę, że oprócz szkoleń rozwijają rozmowy, praktyka, problemy, które musimy rozwiązywać, książki też potrafią rozwijać (ale wiele książek to czysta rozrywka, podobnie jak większość filmów, więc czytanie może być bardzo różne). Kursy, nawet krótkie, kursy internetowe, studia podyplomowe i co tylko wymyślisz, aby siebie rozwijać może pomóc. Przy okazji znowu możemy się dowiedzieć, że nie mamy ochoty czegoś robić. Nie każdy musi zostać managerem. Są obecnie możliwe piękne ścieżki kariery specjalistycznej. Jak już ktoś wejdzie na poziom, że będzie musiał się ciągle rozwijać i uczyć to potem już trudno przestać, nie jest to obciążeniem, ale raczej potrzebą, taki pozytywny głód. Myślę, że to dobry stan. Jeśli jeden pracodawca nie będzie chciał tego docenić, to istnieją przecież inni.

Skąd wiadomo, czy nadajemy się na stanowisko kierownicze? Jak to sprawdzić?

- Jedna z moich córek od maleńkości przejawiała ochotę, by rządzić innymi, była bardzo asertywna, dyrygowała innymi. Jeśli ktoś odpoczywa przy tym, że dźwiga z przyjemnością odpowiedzialność za innych i za rezultaty, niech awansuje ścieżką managerską. Niektórzy dowiadują się, że mają powołanie do przewodzenia innymi w bardziej dojrzałym wieku, gdy zorientowali się, że wcale nie trzeba być tak wrednym szefem jakiego sami doświadczali do tej pory.

Warto popróbować, jeśli to jest nasze marzenie - będziemy gotowi na wiele wyrzeczeń, aby to osiągnąć. Tylko nie można dać się schwytać na mity. Na przykład, czy Steve Jobs był dobrym managerem? Był fantastycznym wizjonerem, ale managerem był najgorszym z możliwych. Z nim się nie dało współpracować, autentycznie. Zatem lepiej rozpoznać, jak wiele aspektów ma zarządzanie i nie celować w miejskie legendy, tylko najlepiej spotkać mentora, którego chcielibyśmy naśladować. Nawet jeśli nie jest managerem. Nie każdy musi być managerem i widziałem jak zrobiono krzywdę wkładając kogoś w nie swoje buty.

Dotyczyło to mojego przyjaciela, z którym po studiach nie widzieliśmy się dwie dekady. Przez 10 pierwszych lat usiłował pracować z ludźmi jako pastor. Wyjaśnię, że pastor zwykle pracuje z ludźmi o wiele bardziej intensywnie niż przeciętny ksiądz.

Strasznie się przy tym męczył i największą wartość miało dla niego jedno pytanie, które po 10 latach usłyszał - czy wolisz pracować z ludźmi czy z rzeczami? Zmienił zupełnie karierę i został project managerem na bardzo technicznych budowach. Jeszcze kilka lat zajęło mu powrócenie do wewnętrznej równowagi. Obecnie już znowu lubi ludzi, ale wie, że więcej czasu powinien spędzać pracując z rzeczami. Od niedawna w wolnych chwilach jest pomocnikiem pastora, zresztą młodszego od siebie, z którym się rewelacyjnie uzupełniają. Jestem jednak przekonany, że nigdy nie będzie chciał być głównym pastorem. To ogromna odpowiedzialność. W zarządzaniu odpowiedzialność potrafi być przygniatająca i nie każdy powinien brać taki ciężar na siebie.

Sir Winston Churchil, premier i noblista, tak podsumował niektóre z tych mitów: "Niektórzy ludzie mają przedsiębiorcę za drapieżnego wilka, którego winno się zabić. Inni widzą w nim krowę, którą należy nieustannie doić. Tylko nieliczni widzą w nim konia, który ciągnie wóz".

Jak szybko rozwinąć swój potencjał i się nie wypalić?

- A po co szybko rozwijać swój potencjał? Samo rozwijanie potencjału bez jego osiągnięcia może być bardzo fajne i warto umieć się z tego cieszyć. Chodzi o wdzięczność za każdą, nawet drobną rzecz, która nas spotyka po drodze. Przy tym trudności mają dla nas ogromne możliwości rozwojowe, więc nawet i za nie możemy być wdzięczni. Ja się denerwowałem gdy, upadał mi rynek szkoleń z klasycznego zarządzania projektami, teraz gdy patrzę na to z perspektywy wielu lat to widzę, że spałbym do dzisiaj na niewymagającym rynku, a tak przechodziłem bardzo ciekawą ścieżką rozwoju poznając TRIZ.

Przeżyłem też stan bliski wypaleniu, to było gdy musiałem coś robić, a nie było to ciekawe. Odechciało mi się czegokolwiek, to był początek depresji. Samo gonienie króliczka może być dużo fajniejsze niż jego złapanie. Dlatego dobrze cieszyć się każdą chwilą. Tam na szczycie nie musi być aż tak ciekawie. Można awansować ponad swój poziom możliwości i to nie jest dobre ani dla organizacji, ani dla człowieka (to jedno z praw Parkinsona).

Miałem też jeden wypadek samochodowy, który niemal skończył się tragicznie dla czterech osób. Zasnąłem za kierownicą i gdyby kierowca z naprzeciwka nie zjechał, to nikt nie przeżyłby, a tak tylko zderzyliśmy się lusterkami. Przy prędkości obu samochodów jadących na czołówkę po 100 km/h nikt nie ma prawa wyjść żywy. Powodem mikrosnu było zbyt dużo obowiązków, jakie zgodziłem się przyjąć na siebie, a doba ma tylko 24 godziny. Tak przekonałem się, że niewyspanie może być śmiertelne. Dlatego warto się cieszyć drogą po której idziemy, nie musi być to wcale szybkie i nie każdy dochodzi do wymarzonego celu, a są też tacy, którzy z radością z tego celu schodzą, jak tylko się przekonują, że wyobrażali sobie na szczycie coś mocno innego.

Ważniejsza jest pewność siebie i odwaga czy wrażliwość i talent?

- Przerośnięta pewność siebie nie jest już zbyt dobrze przyjmowana na rynku pracy. Jest zbyt dużo młodych bufonów i bufonic - przepraszam, ale w środku niemal zupełnie pustych. Odwaga na pewno jest w cenie, choć wielu ludzi myli ją z głupotą.

Braki w talencie można nadrobić, pytanie komu się chce walczyć ze swoją słabością? Moją słabością były umiejętności językowe. Ani polski, ani rosyjski ani angielski mi po prostu nie wchodziły. Odstawałem bardzo od średniej, spędzałem dużo czasu na naukę, a efekty były bardzo słabe. Skończyło się na tym, że wyjechałem na studia do Anglii, mieszkałem z Anglikami i musiałem robić to, co w języku było dla mnie najtrudniejsze - pisać masę wypracowań. To była mordęga, ale sam chciałem zanurzyć się w języku i po roku mój angielski stał się przyzwoity.
Warto na początku kariery zawodowej eksperymentować z różnymi rzeczami, aby przekonać się, co nam będzie pasowało, a co zdecydowanie nam nie odpowiada. To ważna informacja dla nas samych, że czegoś spróbowaliśmy i wiemy, że nie chcemy w tym się rozwijać lub sprawia nam coś frajdę.

Wrażliwość jest w niektórych przypadkach zaletą, w innych przeszkadza. Zależy o czym marzymy. Nie jestem za zabijaniem wrodzonej wrażliwości, ale wiem, że można. Powtórzę, że nie trzeba być managerem, można zarabiać nawet większe pieniądze jako ekspert, niż swój własny szef - szczególnie w IT jest wiele takich przypadków. Zależy więc, czego pragniesz, brakujące części można uzupełnić pracą i użyciem silnych stron. Tak jak teraz widzę, że rzucenie się na studia do innego kraju przy tak słabym początkowo angielskim wymagało jakiejś dozy odwagi.

Jakie są najgorsze cechy menadżera?

- Gdy nie stwarza poczucia bezpieczeństwa dla swojego zespołu, nie jest transparentny, podejmuje nieprzewidywalne decyzje. Nie dba o atmosferę pracy swoich ludzi lub mu to dbanie zupełnie nie wychodzi. On sam się męczy zarządzaniem i jego współpracownicy również. Jest wielu ludzi, których zwabił na szczyt mit podziwianego szefa - dali radę wejść na szczyt, ale nie są wcale szczęśliwi, bo rozminęli się z prawdziwym powołaniem. Warto to powołanie odkryć wcześnie - to, co tak naprawdę chcielibyśmy robić. Warto też co jakiś czas aktualizować - co jest pasją. Abym mógł poważnie zająć się uczeniem inżynierów kreatywności musiałem w którymś momencie podjąć odważną decyzję, by wycofać się ze szkoleń zarządzania projektami, które były dla mnie niczym okręty Ferdynanda Corteza (ten konkwistador spalił statki na których przybył do dzisiejszego Meksyku, aby jego niewielki oddział wiedział, że nie ma odwrotu).

Czy ważniejsze jest zadowolenie z pracy, czy życia prywatnego? Jak to pogodzić?

- Zaobserwowałem, że dla przeciętnego mężczyzny praca jest o wiele ważniejsza niż dla przeciętnej kobiety, dochodzą też inne różnice, więc oczywiście to wszystko zależy.
Da się osiągać zadowolenie z obu, to tylko pozorna sprzeczność. Gdy ktoś z niechęcią wstaje, by z obowiązku iść do "roboty" to niech znajdzie coś co jednocześnie jest spełnieniem pasji i jeszcze daje utrzymanie.

Udawało mi się przesadzić w obowiązkach zawodowych i zaniedbać życie rodzinne. To były cenne lekcje. Cały czas jeszcze uczę się trudnej sztuki odmawiania. Zrezygnowałem z bycia czynnym asesorem certyfikacji IPMA i nie było to wcale łatwe, takich rezygnacji było więcej i są konieczne, bo tydzień ma tylko siedem dni i rodzina jest dla mnie ważniejsza niż sukcesy zawodowe.

Co może jeszcze pomóc we wspinaczce na kolejne szczeble kariery zawodowej?

- Humor, bycie autentycznym, naturalnym i wyluzowanym, a nie tylko ciągle spiętym. Zdrowie od pewnego poziomu jest koniecznym warunkiem kariery, angażowanie się w tematy, które są pasją. Nie chodzi o to, by dojść na jakieś szczyty z zaciśniętymi zębami, bez przyjaciół i jakąś psychosomatyczną chorobą.

Pierwszym symptomem zawału w około jednej trzeciej przypadków jest nagła śmierć - nic innego tego nie zapowiada. Kiedyś ta informacja wstrząsnęła mną do głębi. Praktycznie zawsze lubienie ludzi pomaga, generalnie znajomości (networking) potrafią także być pomocne i nie ma w tym nic pejoratywnego. Mam na myśli znane ciekawych i rozwijających ludzi, a nie samo użycie kogoś wpływowego do rozwoju własnej kariery.

Przydają się dodatkowe umiejętności na przykład przemawiania, czy gry na pianinie lub tańca, mniej popularne języki (jeśli oczywiście masz do nich talent), własne historie - jeśli gdzieś podróżowałeś i coś przeżyłeś, czy cokolwiek niecodziennego i umiejętność naturalnego opowiadania o takich rzeczach. Uważam, że warto mieć umiejętności "nie wprost", aby było coś więcej niż tylko kolejny szczebel kariery. Tak jak Albert Einstein grał na skrzypcach - takie zupełnie inne hobby czy kompetencje, potrafią później niespodziewanie pomóc, a na pewno są rozwijające. U mnie taką rolę pełni rozwój duchowy, który pomaga w innowacyjności. Na przykład symbolika interpretowania snów (to bardzo biblijny temat) potrafi być podobna do generowania rozwiązań inspirowanych symbolicznie do trudnych, technicznych problemów.

W jaki sposób radzi sobie pan z problemami, stresem?

- Wysypiam się, nieco ćwiczę - raz poważnie zawiódł mnie kręgosłup, więc pamięć ogromnego bólu jest do dzisiaj silnym motywatorem do regularnego robienia przeprostów - to takie ćwiczenia. Uczę się cały czas rozmawiać, by nie kumulować negatywnych emocji. Pozwalam sobie na odważne wychodzenie ze strefy komfortu, by iść za marzeniami, tak, by nie musieć niechętnie "pracować", ale robić to, co jest moją pasją i odpoczynkiem. Ma to wpływ na poziom stresu. Rozwijam się też duchowo, pogłębiam relację z Bogiem, to ma wpływ na stres, gdy z daleka mogę spojrzeć na problemy. Mam też przyjaciół, z którymi mogę porozmawiać o chwilowych wyzwaniach, największym przyjacielem jest moja wspaniała żona, bardzo dużo zawdzięczam jej mądrym radom.

Moim zdaniem

Ważne adresy

Ludzie biznesu

Sławomir Kądziela

Od 2008 roku związany z rozwojem usług inżynierskich, serwisowych i informatycznych SESCOM SA...