Na swoim. Agencja pracy, czyli "Sukces Pisany Szminką" Natalii Bogdan

Firma przerosła moje oczekiwania. Ostatnio nawet przeglądałam mój biznesplan i aż się uśmiałam. Tamte założenia - pomimo, że wówczas wydawały mi się bardzo optymistycznie - nijak mają się do rzeczywistości - mówi Natalia Bogdan.
Firma przerosła moje oczekiwania. Ostatnio nawet przeglądałam mój biznesplan i aż się uśmiałam. Tamte założenia - pomimo, że wówczas wydawały mi się bardzo optymistycznie - nijak mają się do rzeczywistości - mówi Natalia Bogdan. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl

O tym, że unijne dotacje mogą dodać skrzydeł, że aby odnieś sukces trzeba dawać z siebie więcej niż inni i oglądać dwa razy każdą złotówkę, a także o tym, że... nigdy, nigdy, ale to nigdy nie należy się poddawać rozmawiamy z Natalią Bogdan, prezesem agencji pracy Jobhouse, zdobywczynią tytułu Bizneswoman Roku Publiczności 2016 w ogólnopolskim konkursie "Sukces Pisany Szminką". W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Magdaleną Gawłowską-Bujok i Tomaszem Bujokiem z No Fluff Jobs, a już za dwa tygodnie rozmowa z Tomaszem Juszą, iluzjonistą.



Od kiedy jest pani "na swoim"?

Natalia Bogdan: - Od kwietnia 2011 roku, czyli od sześciu lat. Wcześniej pracowałam na etacie i szczerze mówiąc nie planowałam otwarcia własnej firmy.

Co panią skłoniło do zmiany zdania?
Na początku wydawało mi się, że zrobię dwie rekrutacje w miesiącu i już będę zarabiać więcej niż pracując na etacie.

- Zostałam zwolniona z pracy. Miałam trzy wyjścia: poddać się, ale tego nigdy nie robię, znaleźć pracę na etacie w innej firmie lub najbardziej dla mnie wówczas abstrakcyjne - założyć własną. Bliskie mi osoby podchwyciły pomysł i wsparły mnie w tej decyzji, wybrałam więc "pójście na swoje". Kilka dni przed tym, jak moje stanowisko zostało zlikwidowane, usłyszałam w radiu o programie aktywizacyjnym dla osób, które straciły pracę. Można było otrzymać środki na założenie własnej działalności gospodarczej. Pomyślałam wtedy, że gdyby mnie zwolniono, skorzystałabym z takiego programu. Parę dni później otrzymałam wypowiedzenie. Na początku nie pamiętałam o tej reklamie. Siedziałam zrozpaczona, szukałam w głowie rozwiązań i przypomniałam sobie o tym, co usłyszałam w radiowym spocie. Zadzwoniłam do organizacji, która koordynowała projekt. Okazało się, że właśnie zamykają grupę i brakuje jeszcze jednej osoby.

A skąd pomysł na rodzaj działalności?

- To jest związane z moim wykształceniem i wcześniejszą drogą zawodową. Studiowałam Zarządzanie Zasobami Ludzkimi i Prawo Pracy na Uniwersytecie Gdańskim, potem pracowałam w branży HR. Firma, z której mnie zwolniono, też zajmowała się rekrutacją. Postanowiłam zająć się tym, na czym się znam, ale już pod własnym szyldem.

Wracając jednak do tego unijnego programu. Przydał się?

- Tak. Bardzo. Na początku, zanim zakwalifikowano mnie do udziału w programie odbyłam spotkanie z psychologiem, który miał ocenić moje predyspozycje do prowadzenia własnej firmy. Usłyszałam, że się nadaję i to mnie podbudowało. W ramach programu odbywały się także szkolenia dotyczące przedsiębiorczości.
Postanowiłam, że założę firmę nawet jeśli nie dostanę dotacji. W takim wypadku prowadziłabym działalność w domu i rozwijałabym ją stopniowo z bieżących przychodów.
Dowiedziałam się jak założyć firmę, jakie są formy prowadzenia działalności i opodatkowania czy rodzaje składek ZUS. To były takie aspekty, które wówczas były dla mnie niewiadomą, bo pracując na etacie nie potrzebowałam takiej wiedzy. Oprócz tego musiałam napisać biznesplan i to było bardzo cenne doświadczenie, bowiem praca nad nim otworzyła mi oczy na kilka zagadnień, na które wcześniej nie zwracałam uwagi, np. kwestie budżetowe. Na początku wydawało mi się, że zrobię dwie rekrutacje w miesiącu i już będę zarabiać więcej niż pracując na etacie. Jednak gdy zaczęłam spisywać wszystkie koszty, nawet te drobne, to po ich zsumowaniu okazało się, że te dwie rekrutacje nie wystarczą, żeby zarobić na siebie, a co dopiero, żeby rozwijać firmę. Trzeba było też przeanalizować konkurencję na rynku, oszacować ewentualne zagrożenia, jakie mogą się pojawić, np. dotyczące zmian w ustawodawstwie, które mogłyby wpłynąć na moją firmę. Musiałam opisać, jakie usługi będę świadczyć, zaproponować ceny, zaplanować, kogo będę musiała zatrudnić, gdy firma się rozwinie. Uważam, że każdy początkujący przedsiębiorca powinien zacząć od napisania takiego planu - niezależnie od tego, czy korzysta z funduszy zewnętrznych czy też nie. Pakiet wiedzy, jaki otrzymałam był bardzo cenny, a do tego doszło jeszcze wsparcie finansowe.

Zarządzanie ryzykiem finansowym i przepływami finansowymi to największe wyzwanie w naszej branży. Dlatego dywersyfikujemy usługi i portfel klientów - mówi Natalia Bogdan.
Zarządzanie ryzykiem finansowym i przepływami finansowymi to największe wyzwanie w naszej branży. Dlatego dywersyfikujemy usługi i portfel klientów - mówi Natalia Bogdan. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl
Były chwile, kiedy brakowało mi pieniędzy na jedzenie. Jednak dzięki temu byłam zdeterminowana - wiedziałam, że musi mi się udać.

Udało się pani uzyskać wsparcie finansowe na początek?

- Tak, w ramach tego programu przyznano mi 45 tys. zł, z czego 40 tys. to była kwota wypłacana zaraz po otwarciu działalności, na pierwsze wydatki, a pozostałe 5 tys. było wypłacane w ramach wsparcia pomostowego, czyli co miesiąc dostawałam po 1000 zł, głównie na pokrycie kosztów ZUS. Większość pieniędzy przeznaczyłam na remont pierwszego biura i podstawowy sprzęt komputerowy. Wsparcie finansowe na pewno ułatwiło mi start, ale nie uzależniałam od jego otrzymania swojej decyzji. Postanowiłam, że założę firmę nawet jeśli nie dostanę dotacji. W takim wypadku prowadziłabym działalność w domu i rozwijałabym ją stopniowo z bieżących przychodów. W tego typu projektach uczestniczy niestety sporo osób, którym bardziej zależy na pieniądzach niż na rozwoju firmy. Dla mnie ta dotacja była ważnym, ale nie niezbędnym wsparciem.

Spotkałam się z opiniami, że cała ta biurokracja wokół unijnych dotacji zniechęca i komplikuje życie początkującym.

- Trochę tej biurokracji rzeczywiście było. Dla mnie jednak największym utrudnieniem był czas, a właściwie jego brak. Chciałam otworzyć firmę już, a udział w programie narzucał pewien harmonogram. Najpierw szkolenie, potem złożenie wniosku, następnie oczekiwanie na decyzję. To było dla mnie trudne, bo w tym czasie nie miałam żadnego źródła utrzymania ani oszczędności. Były chwile, kiedy brakowało mi pieniędzy na jedzenie. Jednak dzięki temu byłam zdeterminowana - wiedziałam, że musi mi się udać. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Nie mogłam się wycofać, bo nic innego na mnie nie czekało. Mogłam też nie dostać tej dotacji, bo komisja rozpatrywała wnioski po kursie, a nie przed. Były osoby, które jej nie otrzymały.
W tym programie oprócz mnie brało udział kilkadziesiąt osób. Niestety niewielu firmom, które powstały w ramach projektu udało się przetrwać na rynku.


Jednak pani dostała dotację. To chyba - zwłaszcza na starcie - motywuje, bo to grono fachowców uznało, że się pani nadaje?

- Tak, bardzo mnie to zmotywowało. Poza tym z perspektywy czasu uważam, że to dobrze, że projekt trwał tak długo. To był dobry czas na zastanowienie się i zaplanowanie wszystkiego. Czasami podejmujemy decyzje zbyt pochopnie, w emocjach, nie analizując ryzyka. W tym programie oprócz mnie brało udział kilkadziesiąt osób. Niestety niewielu firmom, które powstały w ramach projektu udało się przetrwać na rynku. Pierwszy wniosek o dotację pisałam sama. Potem jeszcze raz ubiegałam się o środki unijne, tym razem na rozwój firmy, a dokładnie stworzenie systemu informatycznego. Pisanie tego wniosku zleciłam już firmie zewnętrznej. Ta dotacja dodała nam skrzydeł. Jesteśmy w pełni zinformatyzowani, a biurokrację ograniczyliśmy do niezbędnego minimum - od rejestracji kandydatów, po wystawianie umów i faktur, korespondencję z klientami - wszystko robimy automatycznie. Dzięki temu bardzo szybko realizujemy zamówienia, a osoby, które rekrutujemy z dalszych zakątków nie muszą do nas przyjeżdżać osobiście, bo możemy dopełnić wszystkich formalności, a nawet odbyć rozmowy rekrutacyjne on-line. To dało nam przewagę konkurencyjną.

Kiedy pojawił się pierwszy klient?

- Pojawił się już w pierwszym tygodniu po otwarciu biura, czyli dosyć szybko. Od razu wzięłam się do działania, bo - jak już mówiłam - byłam bardzo zdeterminowana. Nie miałam rezerw finansowych, więc musiałam jak najszybciej zacząć zarabiać.

Jak trafił na pani firmę?
Formalnie naszymi pracownikami są też pracownicy tymczasowi, czyli osoby zatrudnione w Jobhouse, ale fizycznie wykonujący pracę u naszych klientów. Takich osób mamy ok. 3 tys. rocznie.

- Zadziałał wpis w katalogu firm na portalu Trojmiasto.pl. Firma szukała pracownika biurowego. Klient był zadowolony, więc wracał do nas z kolejnymi zamówieniami i polecał innym. I tak to poszło. Dość szybko musiałam zatrudnić osobę do pomocy, bo gdy skupiałam się na realizacji zamówień, nie mogłam pozyskiwać nowych klientów. Do tego ktoś musiał wystawiać faktury, robić zakupy do biura, prowadzić firmowego Facebooka, sprzątać. Tych zadań było coraz więcej, więc potrzebowałam wsparcia. Z czasem także 18-metrowe biuro przestało nam wystarczać. Zdarzało się, że dzwoniliśmy do klientów z łazienki, która pełniła też rolę kuchni. Gdy robiliśmy duże rekrutacje, kandydaci musieli ustawiać się w kolejce przed budynkiem, bo nie mieścili się w środku.

To biuro, w którym dziś się spotykamy jest już całkiem okazałe.

- Tak. Obecna siedziba jest blisko 10-krotnie większa i mieści się w bardziej reprezentacyjnej lokalizacji - przy alei Grunwaldzkiej w Gdańsku. Na początku biuro było mocno na wyrost - stały biurka, przy których nikt nie siedział. Wiedziałam jednak, że firma będzie się rozwijać i te biurka rzeczywiście bardzo szybko zaczęły się zapełniać wspaniałymi ludźmi. Z czasem wyremontowaliśmy kolejne pomieszczenia, zrobiliśmy dodatkowe toalety, antresolę. Mamy także biuro w Warszawie, które jest wierną kopią biura w Gdańsku, tylko troszkę mniejszą. Warto myśleć przyszłościowo, żeby nie wstrzymywać rozwoju firmy ograniczoną przestrzenią. Oczywiście nie ma sensu wynajmować tysiąca metrów, gdy się ma trzech pracowników, ale należy uwzględnić zapas.

Ile osób dziś pani zatrudnia?

- W obu biurach pracuje 20 osób. Tyle na razie wystarcza, bo sporo obszarów delegujemy na zewnątrz, np. obsługę prawną czy IT. Kiedyś także księgowość, ale dziś - z racji ilości dokumentów - prowadzimy ją wewnętrznie. Formalnie naszymi pracownikami są też pracownicy tymczasowi, czyli osoby zatrudnione w Jobhouse, ale fizycznie wykonujący pracę u naszych klientów. Takich osób mamy ok. 3 tys. rocznie. Oprócz wynajmu personelu prowadzimy także rekrutacje stałe.
Do otwarcia biura w stolicy zmotywowali nas klienci(...) A z Warszawy wyszliśmy w świat.

Firma idzie tzw. szerokim frontem. Nie lepiej specjalizować się np. w pracy tymczasowej czy zająć się tylko rekrutacją kadry wyższego szczebla?

- Nie. Firmy mają bardzo różne oczekiwania, jednego dnia szukają dyrektora zarządzającego, a drugiego portiera. Klient niezależnie od tego, jaką ma potrzebę rekrutacyjną znajdzie w nas zaufanego partnera. To jest wręcz nasza przewaga konkurencyjna. Wiemy, jak dotrzeć zarówno do wysokiej klasy menedżerów, jak i pracowników technicznych czy fizycznych, o których teraz najtrudniej na rynku. Oczywiście robią to różne osoby, ale w ramach jednego sprawdzonego dostawcy. Ta różnorodność jest też bezpieczna dla nas. Praca tymczasowa daje nam niższe marże, ale za to stały dopływ gotówki do firmy. Przy rekrutacji jest wyższa marża, ale płatna jednorazowo. Klienci płacą nam za sukces, czyli jak znajdziemy odpowiedniego pracownika. Mamy także symboliczną opłatę wstępną za uruchomienie procesu, aby uniknąć zamówień, które mają na celu jedynie badanie rynku. Praca tymczasowa jest obarczona większym ryzykiem. My zatrudniamy osoby, musimy im zapłacić, a zdarza się, że klienci nie płacą nam lub robią to z dużym opóźnieniem. Zarządzanie ryzykiem finansowym i przepływami finansowymi to największe wyzwanie w naszej branży. Dlatego dywersyfikujemy usługi i portfel klientów.

Skąd pomysł na biuro w Warszawie?
Każdy przedsiębiorca, aby się rozwijać, powinien w pewnym momencie zrezygnować z podejścia "najlepiej zrobię wszystko sam".

- Do otwarcia biura w stolicy zmotywowali nas klienci. Bardzo wiele firm z Trójmiasta ma centrale w Warszawie i często osoby zadowolone lokalnie polecały nas spółkom matkom czy centralom w stolicy. Najpierw obsługiwaliśmy takich klientów zdalnie, potem zdecydowaliśmy się otworzyć biuro na miejscu. A z Warszawy wyszliśmy w świat. Firmy, które mają spółki zarejestrowane w Polsce nierzadko są częścią grup zagranicznych, którym nas polecają. Dziś mamy wielu zagranicznych klientów, np. luksusowe centrum handlowe w Katarze, które rekrutuje z naszą pomocą specjalistów z branży fashion i beauty z całej Europy.

Taki rozwój przewidziała pani w swoim biznesplanie?

- Nie. Firma przerosła moje oczekiwania. Ostatnio nawet przeglądałam mój biznesplan i aż się uśmiałam. Tamte założenia - pomimo, że wówczas wydawały mi się bardzo optymistycznie - nijak mają się do rzeczywistości. Firma urosła dużo bardziej niż zakładałam. Największy wzrost mieliśmy między 2014 a 2015 rokiem. To był moment, kiedy zdecydowałam się wiele zadań przekazać mojemu zespołowi. Każdy przedsiębiorca, aby się rozwijać, powinien w pewnym momencie zrezygnować z podejścia "najlepiej zrobię wszystko sam". W tej chwili sprzyja nam także sytuacja rynkowa. Wiele firm ma trudności ze znalezieniem odpowiednich pracowników, więc zwracają się do nas po pomoc.
Ta nagroda to dla mnie ogromne wyróżnienie. Już samo dostanie się do finału było bardzo trudne - w tym roku odnotowano rekordową liczbę zgłoszeń.

Sześć lat temu jury od unijnego programu uznało, że nadaje się pani do biznesu, dziś jury i publiczność ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez "Sukces Pisany Szminką" uznało, że zasługuje pani na tytuł Bizneswoman Roku 2016.

- Ta nagroda to dla mnie ogromne wyróżnienie. Już samo dostanie się do finału było bardzo trudne - w tym roku odnotowano rekordową liczbę zgłoszeń. Wnioski analizowała firma audytorska PwC, a w komisji zasiadali przedstawiciele świata mediów i biznesu, m.in. dr Irena Eris, profesor Rafał Ohme, Jarosław Kuźniar czy Natalia Hatalska. To bardzo cieszy. Do tego zdobyłam nagrodę publiczności, bo głosowali na mnie internauci, czyli moi współpracownicy, klienci, mieszkańcy Trójmiasta, od których zawsze otrzymujemy mnóstwo wsparcia i życzliwości. Nie jestem w stanie wyrazić mojej wdzięczności.

Dlaczego startowała pani w konkursie dla pań, a nie po prostu w konkursie dla przedsiębiorców?

- Według mnie przedsiębiorczość nie ma płci. Jeżeli ktoś jest otwarty na wyzwania i z determinacją dąży do celu, to osiągnie sukces niezależnie czy jest kobietą czy mężczyzną. Jednak dziś mamy taki moment, że warto promować kobiece biznesy.
Nie będę każdego zachęcać do założenia firmy, bo własna działalność owszem daje niezależność, ale to także ciężka praca, stres i odpowiedzialność.
Jesteśmy wciąż mniej pewne siebie i choć podejmujemy mnóstwo ciekawych inicjatyw, nie mówimy o tym głośno. Wiele z nas zostaje też w domu po urodzeniu dzieci - boi się wrócić na rynek pracy lub otworzyć własną firmę. Mam nadzieję, że dzięki takim konkursom uda się zainspirować więcej kobiet do działania. Wierzę, że przyjdzie taki moment, że zachęty nie będą już potrzebne. Jeszcze pokolenie, może dwa.

Ma pani jakąś radę dla początkujących w biznesie?

- Nie będę każdego zachęcać do założenia firmy, bo własna działalność owszem daje niezależność, ale to także ciężka praca, stres i odpowiedzialność. Trzeba też zaangażować dużo czasu. Jeżeli komuś się wydaje, że otworzy własną firmę, bo nie chce mu się pracować, albo już planuje, na co wyda pieniądze, których jeszcze nie zarobił, to obrał błędne założenia. Jeśli chce się osiągnąć sukces, trzeba dużo pracować, dawać z siebie więcej niż inni i oglądać dwa razy każdą złotówkę. Jeżeli mimo to jesteście zdecydowani, nigdy, nigdy, ale to nigdy się nie poddawajcie.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (75)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up