Na swoim. Jadalne kwiaty i zioła Zofii Zienkiewicz

Nie robię tego, co inni ogrodnicy, bo nie mogłam patrzeć na ten wyzysk. Mam swoje kwiaty, mam swoje zioła i nie muszę patrzeć na pośredników, nie muszę co sezon zmieniać produkcji. Wybrałam inną, własną drogę - mówi Zofia Zienkiewicz.
Nie robię tego, co inni ogrodnicy, bo nie mogłam patrzeć na ten wyzysk. Mam swoje kwiaty, mam swoje zioła i nie muszę patrzeć na pośredników, nie muszę co sezon zmieniać produkcji. Wybrałam inną, własną drogę - mówi Zofia Zienkiewicz. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że warto wracać do korzeni, ale robić coś po swojemu, że relacje na linii producent - pośrednik muszą być uczciwe i opłacalne dla obu stron, a także o tym, że pracę polskich ogrodników i rolników trzeba szanować, bo jest ciężka, choć... jeśli lubi się to, co się robi, to nigdy się nie pracuje, rozmawiamy z Zofią Zienkiewicz, właścicielką Ogrodnictwa Lawenda, które specjalizuje się w uprawie ziół i kwiatów jadalnych. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Lucyną Witek i Piotrem Witkiem, właścicielami spółki Rewit Księgowi i Biegli Rewidenci.



Przepiękny jest ten pani ogród. Praca w takim miejscu to chyba czysta przyjemność?
Kiedyś w tej okolicy było dużo gospodarstw ogrodniczych. Dziś na sto numerów przy tej ulicy jest ich może z pięć.

Zofia Zienkiewicz: - Tak. To moja pasja, ale też ciężka praca. Jednak kosztowało mnie to i moją rodzinę wiele wysiłku. To trwało kilka lat, nie stało się z dnia na dzień. Jeżeli jednak chcemy cokolwiek w życiu osiągnąć, to musimy być konsekwentni w dążeniu do celu. Codziennie, nawet małymi krokami, coś w tym kierunku zrobić. Nawet jeżeli są trudne dni, a takie też są. Moja praca daje mi jednak dużo satysfakcji i radości, choć nie zawsze jest sielanka.

Jak ktoś pracuje w tak pięknym miejscu, z roślinami, to tych gorszych dni chyba nie może być zbyt dużo?

- Są. Bo pogoda nie taka, bo coś zmarznie, albo nie tak rośnie. A to problem z mszycą, a to znów z mącznikiem. Ten, kto uprawia, to wie, że wymaga to wiele wysiłku, wiedzy i doświadczenia. Nie można się jednak zniechęcać, cały czas należy patrzeć optymistycznie. Trudności są po to, aby wyciągać z nich wnioski, uczyć się i rozwijać. Szukać swojej drogi. Jeżeli bardzo czegoś chcemy, a nam nie wychodzi, to znaczy, że powinniśmy coś zmienić, że to nie jest dla nas.

Zawsze można usiąść pod orzechem i wszystko przemyśleć? Mówię o tym pięknym starym drzewie w pani ogrodzie.

- Ten orzech pamięta moje pieluchy. Kiedy budowałam tu dom na moje 50 urodziny, który był spełnieniem moich marzeń, to zrobiłam wszystko, aby ocalić to drzewo. Trzeba było zmienić projekt, żeby je zachować. Teraz co roku sypie orzechami. Będzie z nami tak długo, jak się da.

A już chciałam zapytać, jak to się stało, że została pani ogrodniczką "na swoim". Skoro ten orzech towarzyszył pani w dzieciństwie, to chyba kontynuuje pani tradycję rodzinną?
Któregoś dnia moja sąsiadka, pani Kasia, zapytała mnie, czy nie znam kogoś, kto zajmuje się pielęgnowaniem ogrodów. Pomyślałam, że przecież ja mogę. I tak się rozkręciło.

- Faktycznie, w miejscu, gdzie się znajdujemy, urodziłam się. Tu było gospodarstwo moich dziadków. Potem moi rodzice wybudowali się parę numerów dalej. Kiedyś w tej okolicy było dużo gospodarstw ogrodniczych. Dziś na sto numerów przy tej ulicy jest ich może z pięć. Zamiłowanie do tej pracy, przyrody wyssałam z mlekiem matki. Jednak nie od razu zajęłam się ogrodnictwem. Oczywiście skończyłam szkołę ogrodniczą, a potem Technikum Rolnicze, ale wyszłam za mąż, wyprowadziłam się do innej dzielnicy i zajęłam się dziećmi. Brakowało mi jednak tego obcowania z przyrodą, brakowało mi roślin. Dziadkowie w międzyczasie sprzedali swoją ziemię. Niestety muszę przyznać, że nie byli dobrymi gospodarzami. Po latach udało mi się jednak odkupić tę działkę. Z trzeciej ręki wróciła do korzeni. Była strasznie zaniedbana.

Bycie ogrodnikiem było więc pani po prostu pisane.

- Pewnie tak. Zanim jednak do tego doszło, jak już mówiłam, zajęłam się rodziną, wychowaniem dzieci. Mam dwie córki i syna. Mieszkałam w dzielnicy Diabełkowo. Któregoś dnia moja sąsiadka, pani Kasia, zapytała mnie, czy nie znam kogoś, kto zajmuje się pielęgnowaniem ogrodów. Pomyślałam, że przecież ja mogę. I tak się rozkręciło. Kiedy zaczęłam dbać o ten ogród, to kolejne sąsiadki się zgłosiły i poszło. W czwartki u pani Kasia, w piątki u pani Basi. To była jednak tylko moja dodatkowa działalność, nic na dużą skalę. Praca ta pozwalała mi jednak swobodnie dysponować czasem i godzić życie zawodowe z rodzinnym. Dzięki pani Kasi, która miała w swoim ogrodzie lawendę, poznałam tę cudowną roślinę. Obiecałam sobie, że jeśli kiedyś stworzę coś własnego, to będzie to coś... lawendowego. I mam swoje "Ogrodnictwo Lawenda".

Wspomniała pani, że odkupiła gospodarstwo dziadków. Jak to się udało?
Zaczęło się od kwiatów kwitnących ziół. Potem zaczęłam szukać. Pierwsza była oczywiście nasturcja (...)

- Osoba, która kupiła tę ziemię - pół hektara - od moich dziadków, sprzedała to kolejnej. Podobno ktoś nie dostał pozwolenia na budowę piekarni. Długo nic się tu nie działo, wszystko niszczało i zarastało. Śliwki sypały się po kolana. Przy tej ulicy dalej mieszkał mój brat i siostra. Któregoś dnia, kiedy szłam ich odwiedzić, zobaczyłam tabliczkę, że ziemia jest na sprzedaż, więc szybciutko zadzwoniłam. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale z bardzo wysokiej kwoty zbiłam na sensowną. Pan się zgodził, bo uszanował, że ziemia wraca do rodziny. Zaczęliśmy pomalutku to wszystko karczować. Z moim byłym mężem włożyliśmy w to sporo pracy. Dziś całe gospodarstwo razem z działką po dziadkach ma już dwa i pół hektara. Przez lata ta plantacja przechodziła modernizacje. Przez 20 lat przyjeżdżałam tu do pracy z Wrzeszcza, gdzie mieszkałam. W pomieszczeniu gospodarczym po dziadku było biuro, z dawnej stodoły zrobiliśmy pierwszy magazyn. Dopiero siedem lat temu udało mi się zbudować tu dom. Dziś pomagają mi dzieci, przede wszystkim starsza córka, która jest świetnym menedżerem. Zajmuje się prowadzeniem biura i marketingiem. Młodsza córka pomaga mi przy dystrybucji, a syn jest naszą "złotą rączką". Mogę też liczyć na brata, który też prowadzi gospodarstwo. To działa w dwie strony, ja też mu czasem pomagam. Do tego jest jeszcze moja mama, która jest pełna humoru i wigoru, która jest duszą naszej rodziny. Ma wielkie serce i zawsze mogę liczyć na jej pomocną dłoń.
Ten orzech pamięta moje pieluchy. Kiedy budowałam tu dom na swoje 50 urodziny, który był spełnieniem moich marzeń, to zrobiłam wszystko, aby ocalić to drzewo - mówi Zofia Zienkiewicz. A pod orzechem dobrze się myśli i odpoczywa.
Ten orzech pamięta moje pieluchy. Kiedy budowałam tu dom na swoje 50 urodziny, który był spełnieniem moich marzeń, to zrobiłam wszystko, aby ocalić to drzewo - mówi Zofia Zienkiewicz. A pod orzechem dobrze się myśli i odpoczywa. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

A skąd pomysł na kwiaty jadalne?

- To nie stało się od razu. Zaczynałam od lawendy i bylin. Sprzedawałam je za pośrednictwem dużych punktów ogrodniczych. Potem pojawiały się zioła. Któregoś dnia w punkcie ogrodniczym dostałam kontakt do szefa kuchni ówczesnego hotelu Hevelius. Szukali bezpośredniego dostawcy ziół. Rozpoczęliśmy współpracę. Zaczęło się od mięty. To było 26 lat temu. Hotel był tzw. sieciowy, więc szybko zgłosiły się pozostałe. Wieści się rozeszły i zaczęli przyjeżdżać restauratorzy z Trójmiasta. Ziół było coraz więcej - od mięty po bazylię, najpierw zieloną, potem czerwoną, i tak dosadzałam i dosadzałam wiele gatunków. Wciąż szukałam ciekawostek. W szkole zawsze bardzo lubiłam genetykę. Potrafię eksperymentować z roślinami, mam do tego rękę. A skąd kwiaty jadalne? Zaczęło się od kwiatów kwitnących ziół. Potem zaczęłam szukać.
Jedne kwiaty są pikantne, drugie kwaśne, a jeszcze inne słodkie. Mają różne aromaty. Jednymi dekorujemy ciasta czy półmiski, inne dodajemy bezpośrednio do dań.
Pierwsza była oczywiście nasturcja, najbardziej znana wśród kwiatów jadalnych. Dostali je ode mnie szefowie kuchni, ale... na konkursie otrzymali punkty karne za ich użycie. Nie zrezygnowali i dalej przecierali szlaki. Krótko potem pojechali na konkurs do Warszawy i tam już wszyscy mieli kwiaty. Kwiaty na stołach były od wieków, stosowali je też mnisi. Od lat były używane w gastronomii za granicą. Na naszych stołach kwiaty wciąż są nowością. A moje gospodarstwo ogrodnicze jest jedynym w Polsce wyspecjalizowanym w tym kierunku. Długo nie mieściliśmy się w żadnych kryteriach. Kiedy trzeba było wypełnić jakieś dokumenty w urzędzie, to często musiałam zaznaczać odpowiedź "inne". Aż w końcu zaczęłam wpisywać kwiaty jadalne. Niech ktoś to zobaczy, uzna, że jest - pomyślałam. Dziś nasze kwiaty kupują najlepsze restauracje. Były na stołach podczas ważnych rządowych przyjęć, m.in. na bankietach inaugurujących i kończących polską prezydencję w Unii Europejskiej. Współpracowałam też przy organizacji bankietów z okazji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Pamiętam, jak organizator zażyczył sobie, aby dekoracje kwiatowe były tylko w dwóch kolorach - szarym i czerwonym, co miało nawiązywać do kolorystyki, w jakiej utrzymane było całe wydarzenie. Trzeba było starannie dobrać rośliny, ale udało się. Często mamy takie zamówienia "pod kolor". Jedna z sieci handlowych na swój bankiet zamówiła dekoracje kwiatowe tylko w kolorze żółtym i niebieskim. Wyszło świetnie. Albo taki bankiet środowisk związanych z gospodarką morską "Wspólna Kaczka", na który szykowaliśmy dekoracje. Tam bywa ok. 2 tys. gości. To jest naprawdę duże przedsięwzięcie logistyczne. Uwielbiam jednak takie wyzwania. To daje to... coś, pozwala się rozwijać i doskonalić.

Ile jest kwiatów jadalnych?
Na dzisiaj zastanawiam się nad sprzedaniem mojego pomysłu. Bo dziś jest to marka, gotowy i dobrze przemyślany koncept biznesowy, który może być realizowany wszędzie.

- Oj, bardzo dużo. My mamy aż 200 gatunków roślin. Wiele z nich pojawia się często w domowych ogródkach. Na przykład liliowce, które są naprawdę pyszne, czy kwiaty juki, nasturcji, nagietka, czy zwykłe bratki, begonie oraz aksamitki. Jedne kwiaty są pikantne, drugie kwaśne, a jeszcze inne słodkie. Mają różne aromaty. Jednymi dekorujemy ciasta czy półmiski, inne dodajemy bezpośrednio do dań. A kwiaty są bardzo wdzięczą rośliną. Takie na przykład nasturcje. Można zjeść jej kwiaty, liście, pąki, a jej nasiona to przecież nasturcjowe kapary. Tylko jedna roślina i wszystko da się zjeść. W kuchni przyda się i pyłek z kopru anyżowego i jego nasiona. A to na herbatki, a to na nalewki. Nasze kwiaty są badane. Dzięki temu wiemy, że są prozdrowotne, wymiatają wolne rodniki z organizmu, mają pełno mikroelementów, nie zawierają kalorii. Nasza plantacja rządzi się jednak swoimi prawami i mamy też bardzo dużo samosiejek, które też można spożytkować.

A pani sama używa kwiaty w kuchni?

- Oczywiście, bardzo często. Gdy przechodzę między grządkami, to zawsze coś skubnę. Uwielbiam sałaty z kwiatami. Polecam sałatę ranna rosa. Można z niej robić przepyszne sałatki i dodawać do drinków. Ma lekko słonawy posmak, jest bardzo mięsista i świetnie nawadnia organizm.

Gdzie można kupić pani kwiaty? Czy tylko zaopatruje pani restauracje?

- Już nie jeździmy sami do restauracji jak na początku. Dziś nasze produkty można znaleźć w sklepach sieci Makro Cash and Carry w całej Polsce. Zamówienia dla klientów z dalszych zakątków Polski i zagranicy wysyłamy też kurierem. Wciąż jeszcze przyjeżdżają do nas osobiście kucharze, gdy mają jakąś ważną imprezę. Dziś jest to świetnie prosperujący organizm. Jednak proces dochodzenia do tego nie był łatwy, ani dla mnie, ani dla moich dzieci, szczególnie dla córek. Skąd myśmy brały siły na pokierowanie tym wszystkim, to ja nie wiem. To było dla nas, dla dziewczyn, prawdziwe wyzwanie. To wymagało precyzyjnej organizacji i świetnej logistyki. Mało kto to potrafi, moje dzieci to umieją. Ja się spełniłam, także dzięki moim dzieciom. Na dzisiaj zastanawiam się nad sprzedaniem mojego pomysłu. Bo dziś jest to marka, gotowy i dobrze przemyślany koncept biznesowy, który może być realizowany wszędzie.
To jest cenna wiedza, która powinna zostać przekazana dalej. I dziś już do tego dojrzałam i podjęłam decyzję, że będzie książka.


Dlaczego? Przecież ma pani następców, a właściwie następczynie.

- Po to, żeby moje dzieci mogły realizować swoje marzenia i plany. Mam wrażenie, że bardziej robią to dla mnie niż dla siebie. Nie chciałabym mieć takiego poczucia, to mnie mocno obciąża. Z perspektywy lat widzę, że jest to moją pasją, ale nie musi być ich. A to nasze gospodarstwo, to jest gotowy produkt, pieczołowicie dopieszczony. Brakuje tylko ogrodnika, który by mnie zastąpił. Gdybym znalazła kogoś, kto kupiłby mój pomysł, to służę całą moją wiedzą i doświadczeniem. Bo jest to rzecz, którą warto kontynuować. A tej wiedzy nie ma w książkach, to są lata pracy i praktyki. Ktoś powiedział, że gdybym robiłabym to w Ameryce, to byłabym bardzo bogatą osobą. Jest to gotowy produkt, z którego można żyć. Jeżeli plantacja jest założona i ma swój temat, to są to powtarzalne czynności.

A może jakaś franczyza? Sprzedaż koncepcji?

- To też jest jakieś rozwiązanie. Mogłabym mieć jakiś procent od zysku. To jest do rozważenia. Kiedyś pan z audytu powiedział, że powinnam książkę napisać, bo tego jest tak dużo. To jest cenna wiedza, która powinna zostać przekazana dalej. I dziś już do tego dojrzałam i podjęłam decyzję, że będzie książka. Plany już się precyzują. Nie będzie to tylko moja praca. Połączę siły z innymi specjalistami. Rozmawiam już z dr. Józefem Sadkiewiczem, który prowadzi Akademię Kulinarną i kieruje Zakładem Badawczym Przemysłu Piekarniczego. To będzie mój testament dla kolejnych pokoleń. Trzeba działać, bo niestety brakuje chętnych do kontynuowania tradycji ogrodniczych. Kiedyś poprosiłam o współpracę szkołę ogrodniczą.
Kiedy widzę, jak ludzie w marketach wybierają i grzebią w skrzynkach z owocami i warzywami, to... Może robią to nieświadomie, ale nie zdają sobie sprawy, że niszczą czyjąś pracę.
Może jakieś praktyki. Nie zgodzono się, bo władze szkoły uznały, że te dwa czy trzy tunele z roślinami wystarczą uczniom. Szkoda. Zresztą podobnie jest z podejściem do pracy. Trudno dziś o kogoś solidnego. Nie szanuje się też pracy rolników czy ogrodników. Ktoś kiedyś powiedział, że rolnik śpi, a mu w polu rośnie - to nie jest prawdą. W gospodarstwie zawsze jest coś do zrobienia. A czas pracy to nie jest tylko te osiem godzin. To już nie są czasy Konopielki, dziś obejścia mają wyglądać schludnie. A małe gospodarstwa, ogrodnicy, rolnicy, sadownicy produkują świetnej jakości towar. Jednak zostało nas tu niewielu. To jest początek Żuław i początek ogrodnictwa. Przed laty prawie codziennie wyruszały stąd na rynki wozy z doskonałym towarem wyprodukowanym przez małe rodzinne gospodarstwa. Wrzeszcz, Przymorze, Gdańsk i Trójmiasto żywiło się dzięki tej pracy. Na dzisiaj przy każdym rynku mamy "ryneczek Lidla". Kto ma kontynuować naszą pracę, skoro dzieci widzą, jak ich rodzice bardzo ciężko pracują i mają z tego zysk na granicy opłacalności. Kiedy widzą, że większość zarabiają pośrednicy.
To nasze gospodarstwo, to jest gotowy produkt, pieczołowicie dopieszczony. Brakuje tylko ogrodnika, który by mnie zastąpił - mówi Zofia Zienkiewicz.
To nasze gospodarstwo, to jest gotowy produkt, pieczołowicie dopieszczony. Brakuje tylko ogrodnika, który by mnie zastąpił - mówi Zofia Zienkiewicz. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

To prawda. Wielu producentów na to narzeka.

- Kiedyś była krótka linia od producenta do konsumenta. Dziś tak się nie da. Producent powinien produkować, a sprzedażą i logistyką musi zając ktoś inny, aby to się spinało. Problem w tym, że rzadko dzieje się to na zdrowych i uczciwych zasadach. Dziś mamy wolny rynek i 100 czy 300 proc. zarabiają wszyscy, tylko nie producent. Rolnik dostaje cały czas to samo. Producent nie może wywalczyć ceny. Wolny rynek nie powinien polegać na tym, że wyzyskujemy producentów. Nie powinien promować niesprawiedliwości. Bo tyle nie damy, bo na południu kraju jest taniej. A co ma południe do północy. Mówi się o tym, że przyszłością są małe gospodarstwa, że odchodzi się od tych wielkich molochów. Aby się utrzymać, mieć jakiś zysk, trzeba produkować trzy albo cztery warzywa, bo trzeba "przewalić tonaż". Jednak żeby przewalić tonaż, to trzeba mieć więcej ziemi i koło się zamyka. Tu u nas już nie ma możliwości rozwoju, nie ma ziemi. Urzędy nie są skłonne do tego, żeby pozwolić rozwijać się rolnikom czy ogrodnikom.
Zanim ktoś wrzuci krytyczny komentarz pod tą naszą rozmową, niech najpierw pozna, na czym polega jej praca, na czym polega moja. Niech choć przez jeden dzień potowarzyszy mi przy pracy i zobaczy, ile czynności muszę wykonać.
A my produkujemy bardzo dobre warzywa i owoce, dużo smaczniejsze niż te z zagranicy. Zresztą po co w sezonie sprowadzać do polski pomidory czy ogórki. To jest niegodziwe. Niestety jest jak w powiedzeniu: cudze chwalicie swego nie znacie. Zacznijmy dbać o te polskie gospodarstwa. O to, aby kolejne pokolenie widziało, że rodzicom się opłaca, żeby ten łańcuch się nie urwał. Jeśli można coś zmechanizować, to dobrze. To nie jest tak, że mały rolnik nie potrafi niczego zrobić na komputerze. Potrafi. Kolejna sprawa to nadprodukcja i marże. Rozumiem, że mamy wolny rynek, ale... Kiedyś były kontraktacje, planowanie. Dziś też powinien ktoś tym rozsądnie zarządzać z poziomu rządu, samorządu czy organizacji rolniczych. A tak, jeśli dziś Kowalski w sezonie zarobi na pomidorach, to w przyszłym roku cała wieś produkuje pomidory. Czy ma to sens czy nie? To nie tak powinno wyglądać. Jeżeli ktoś jest dobry w pewnej produkcji, to powinien ją kontynuować, doskonalić. Jeśli jest stałe zapotrzebowanie, to uczmy się jeden od drugiego. Słuchaj, będzie brakowało tego towaru, za mało było go na rynku, zróbmy produkcję, ale ktoś powinien tym zarządzać. Żeby nie tworzyć nadwyżek, żeby nie marnować żywności. Kiedy widzę jak ludzie w marketach wybierają i grzebią w skrzynkach z owocami i warzywami, to... Może robią to nieświadomie, ale nie zdają sobie sprawy, że niszczą czyjąś pracę. W Ameryce jest firma, która robi jedzenie z odrzutów ze sklepów i to są tysiące ton warzyw, które gorzej wyglądają, ale nadają się do jedzenia. To jest dobry biznes.

Mam jednak wrażenie, że ludzie wracają na te małe rynki, że lokalne produkty z małych gospodarstw są dziś cenione, choć pewnie powinnam powiedzieć, że... są modne.

- Tak, ale nie każdy ma świadomość, że taki produkt kosztuje więcej. Jedna z moich sąsiadek wciąż sama uprawia i sprzedaje. Wywozi ten swój wypracowany towar na stałe miejsce na rynku. Ona to wszystko robi sama. Zanim ktoś wrzuci krytyczny komentarz pod tą naszą rozmową, niech najpierw pozna na czym polega jej praca, na czym polega moja. Niech choć przez jeden dzień potowarzyszy mi przy pracy i zobaczy, ile czynności muszę wykonać. I często robimy to sami, bo koszty robocizny rosną, a nasz zysk nie. Ile kosztuje kilogram buraków w hurcie? Powiedzmy, że 50 groszy. Tona 500 zł. To ile tych buraków trzeba mieć, żeby można było zapłacić za robociznę choćby tylko 2600 zł, czyli najniższą krajową. A tylko w moim niewielkim gospodarstwie pracuje osiem osób, z czego trzy to rodzina. Potem okazuje się, że taki rolnik czy ogrodnik połowę zysku z tych buraków przeznacza tylko na pensje, a gdzie reszta kosztów. A gdzie zysk? Dlaczego ktoś nie wyliczy opłacalności produkcji? Czy to się w ogóle opłaca? Dobry rolnik umie to ocenić. Dlatego nie robię tego, co inni ogrodnicy, bo nie mogłam patrzeć na ten wyzysk. Mam swoje kwiaty, mam swoje zioła i nie muszę patrzeć na pośredników, nie muszę co sezon zmieniać produkcji. Wybrałam inną, własną drogę. Poza tym wychodzę z założenie, że jeśli lubi się to, co się robi, to nigdy się nie pracuje.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady, mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Opinie (32) 6 zablokowanych

  • kapary (2)

    Nie wiedziałem że z nasturcji mamy kapary - bardzo ciekawe
    Pozdrawiam

    • 28 3

    • (1)

      myślę, ze to ironia?

      • 0 3

      • po co znak zapytania?

        pytasz się, czy myślisz? a to ciekawe...

        • 3 0

  • (9)

    Takie na przykład nasturcje. Można zjeść jej kwiaty, liście, pąki, a jej nasiona to przecież kapary.

    to nie są kapary, warto się douczyć, owoce nasturcji a nie nasiona są błędnie nazywane kaparami . jedno zdanie a dwa błędy

    • 13 22

    • (4)

      Dzięki pani Kasi, która miała w swoim ogrodzie lawendę, poznałam tę cudowną roślinę.

      a kobieta skończył szkole ogrodnicza i technikum rolnicze, ja nie kończyłem a wiem co to lawenda

      • 4 27

      • (1)

        A myślisz, że ładnych parę lat temu w szkole ogrodniczej była specjalna lekcja "lawenda". Skąd tyle złośliwości. Kobieta mówi fajne rzeczy, a ty tylko tyle zrozumiałeś.

        • 18 3

        • Bo zakompleksiona i zazdrość przez nią przemawia dlatego tak jadem pluje.

          • 10 3

      • .

        Gratulujemy wiedzy

        • 3 2

      • Kiedy pani Zofia była w szkole, to w Polsce nie było lawendy.

        Jest w marketach od jakiś 25 lat. Trudno w to uwierzyć prawda? W dodatku były w Polsce mroźne zimy.

        • 3 0

    • nasturcjowe kapary (2)

      warto uważnie czytać

      • 8 1

      • podany jest dokładny cytat

        • 1 0

      • Potocznie mówi się o nich "polskie kapary"

        Wewnątrz mają nasiona. Nasturcja nie jest spokrewniona z kaparami.

        • 3 0

    • To są kapary

      Warto się douczyć - dokładnie ( dobrze napisane ) zachęcam do wpisania w wyszukiwarkę nasturcja kapary

      • 0 0

  • Bardzo inspirująca rozmowa. Ciekawa i mądra osoba. Pozdrawiam

    • 35 9

  • Ciekawa i mądra rozmowa. Życzę wszystkiego dobrego i dużych plonów.

    • 29 6

  • 2 lata temu chciałem zakupic tam trochę roślin (3)

    zostałem poinformowany przez pracownika iż nie sprzedają detalicznie

    • 21 1

    • Ja również (1)

      A szkoda. Może gdyby uruchomili jakąś sprzedaż detaliczną nawet przez Internet to jeszcze więcej by zarobili. Koszt gotowego sklepu to od kilkunastu złotych do 100 miesięcznie.

      • 1 1

      • To trzeba zatrudnić kolejne osoby.

        Rzadko producent sprzedaje coś przez internet.

        • 1 1

    • może dlatego, że nie sprzedawali detalicznie?

      • 2 0

  • Nie w Ameryce biznesu by nie zrobiła a raczej musiała by sie uczyć od nowa.Czasy PRLu sie dawno skończyły (2)

    Ona nadal tego widać nie zrozumie.Nikogo dzisiaj nie obchodzi kto ile w co pracy wkłada nie ważne w co.Liczy sie cena i liczy sie jakosc .Ludzie wybierają sobie w marketach to co im sie podoba płaca za to i maja do tego prawo. Jej nadal sie wydaje ze masz przyjsc kupic bez przebierania wybierania bo ci łaske robi.To juz nie te czasy od dawna.

    • 18 38

    • Cena = jakość

      A to żeś zadał szpanu ha ha. Dlatego w gastro taki syf. Kazdy kupuje syficznej jakości produkty a potem kosi kokosy. To nie ma nic wspólnego z jakością! Jak chcesz merca w cenie malucha to idz na szrot moze tam kupisz składaka

      • 6 0

    • Jakie to pozbawione szacunku: "jej".

      Przykro czytać taki post.

      • 3 0

  • A z kwiatów nasturcji jaka pyszna naleweczka !!!Rośliny są piękne i wspaniale,dlatego mam dzialeczke.

    • 14 2

  • Pani Lawenda! (1)

    matka chrzestna rynku swiezych ziol w naszym regionie. zrobila wiecej dla polskiej horeca niż nie jeden brodaty chef, serwujacy mrozonego sandacza z kazachstanu. tak trzymac!

    • 23 3

    • Miło

      Dziękuję

      • 3 0

  • Kiedys zielarki kosciol uznawal za czarownice i palil na stosie. Mam nadzieje ze te czasy minely. (4)

    • 10 3

    • Najlepszymi zielarzami od wieków są zakonnicy i zakonnice (2)

      Stosują metody upraw i receptury na leki wypracowane w zakonach w średniowieczu, albo jeszcze wcześniej. Już pół wieku temu znane było nazwisko chićby ojca Klimuszki.

      • 2 1

      • studiowalem te jego ksiege

        takie miksy to każdy może wymyślać. niby jak to ojciec Klimuszko testował - miał jakąś metodologię, narzędzia pomiarowe, czy po prostu mieszał trochę tego i trochę tamtego i mówił: a to będzie na zapalenie wyrostka!
        niektóre jego herbatki składają sie chyba z 10 roznych składników, daj pan spokój, mozna tylko rozwolnienia chyba dostac. cos dla znudzonych co nie mają internetu

        • 1 1

      • uprawa ziol wymaga systematycznosci , cierpliwosci. Zakonnicy mieli ku temu warunki, ich obecnosc w ogrodach kazdego dnia , przez caly rok , dawala mozliwosc . Sadzili , pielegnowali, zbierali , suszyli ,robili mikstury. Pasjonatka z wyboru jest Pani Lawenda, brawo:)

        • 2 0

    • Może walczyli z konkurencją

      Jak to tak, że "baba" z lasu leczy lepiej niż wykształcona kasta ;)

      • 2 1

  • Wczoraj zrobiliśmy z lawendy syrop.

    I zalaliśmy też nalewkę.

    • 3 0

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Monika Płocke

Banking Technology, Head of Change and Technology Capabilities w Nordea Bank AB. Absolwentka...