stat

Na swoim. Multimedialny świat edukacji Waldemara Kucharskiego

Co to za news, że zarzuty nie miały podstaw, zwłaszcza po kilku czy kilkunastu latach. Dlatego jestem zdania, że przedsiębiorcy powinni sami walczyć o swoje dobre imię - mówi Waldemar Kucharski.
Co to za news, że zarzuty nie miały podstaw, zwłaszcza po kilku czy kilkunastu latach. Dlatego jestem zdania, że przedsiębiorcy powinni sami walczyć o swoje dobre imię - mówi Waldemar Kucharski. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że Trójmiasto branżą IT stoi, że przyjaźń w biznesie jest możliwa, a także o tym, że nie da się zniszczyć firmy, która powstała z marzeń, nawet kiedy próbują z człowieka zrobić Waldemara K. rozmawiamy z Waldemarem Kucharskim, współwłaścicielem firmy Learnetic. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Remigiuszem Brzezińskim, właścicielem sieci perfumerii amora.pl, a już za dwa tygodnie rozmowa z Agatą Szczerkowską - Malinowską i Michałem Malinowskim właścicielami Centrum Dietetyki Żywienia i Zdrowia w Sopocie.


Przez te 10 lat było trochę wolności, w której raczej wiadomo było co wolno, niż czego nie wolno. Bo teraz jest strasznie dużo tego czego nie wolno(...)

Czy był pan kiedykolwiek pracownikiem etatowym?

Waldemar Kucharski: - Byłem. Bardzo krótko tuż po studiach. Nie mogę powiedzieć, że to jakoś źle wspominam, ale oczywiście to nie było to. Byłem na etacie, ale w głowie miałem już wizję tego, że będę na swoim. Zresztą wówczas było to strasznie modne. To był rok 1990. To był dokładnie ten czas, kiedy wszyscy chcieli być na swoim i wystawiali na ulice małe stragany i handlowali czym się dało czy zakładali własne małe warsztaciki. Brali sprawy w swoje ręce. Wtedy to było autentyczne, nikt temu nie przeszkadzał i nikt nie był wstanie tego zadeptać. Tak było przynajmniej przez 10 lat, dopóki się struktury urzędnicze nie wzmocniły. Myślę, że to był taki najbardziej ożywczy okres w polskich przedsiębiorczości. Jakby od razu pojawiły się te wszystkie regulacje, to polska przedsiębiorczość rodziłaby się w bólach, a Balcerowicz swojego sukcesu pewnie by nie odtrąbił.

Dalej stałyby tzw. szczęki na ulicach?

- Może. Na pewno zastanawialibyśmy się, czy ta szczęka jest legalna na tym rogu, a nie na tamtym. Przez te 10 lat było trochę wolności, w której raczej wiadomo było co wolno niż czego nie wolno. Bo teraz jest strasznie dużo tego, czego nie wolno, a co gorsza zawarte w ogromnej ilości aktów prawnych.

Pierwsza pana firma, czyli Young Digital Poland, potem przemianowana na Planet to wynik kreatywności i rzadko spotykanej w biznesie przyjaźni czterech studentów z Politechniki Gdańskiej. Ta uczelnia na rynku trójmiejskim to prawdziwa kuźnia przedsiębiorczości.
Takim jednym z pierwszych paradygmatów naszego działania, oprócz tego żeby zrobić coś fajnego, było to żeby robić to na cały świat. W końcu Polska nie jest gorsza.

- Z pewnością. Politechnika Gdańska to moja historia i moich trzech kolegów, czyli Artura Dyro, Jacka Kotarskiego i Piotra Mroza. Faktycznie przygotowała nas zawodowo i była tam taka atmosfera, powiedziałbym prawdziwych studiów. Kończyłem te studia w toku indywidualnym, czyli uczyłem się tego, co uznałem, że będzie mi potrzebne. W pewnym sensie już wówczas zacząłem bycie na swoim. Moim opiekunem był prof. Gustaw Budzyński i obecny szef katedry prof. Andrzej Czyżewski. Przyznam, że to pewnie tacy ludzie powodowali, że po ukończeniu studiów wielu z nas weszło jak nóż w masło w tę nową rzeczywistość. Taka jest cała uczelnia, ale... wiele z tych firm - może nie jestem obiektywny - powoływali do życia absolwenci wydziału ETI. Może miało to duży związek z tym, że akurat w tych latach, kiedy my kończyliśmy studia i jednocześnie następowały zmiany w gospodarce, to modny był ten zakres elektroniczno- telekomunikacyjno-informatyczny, więc z pewnością absolwenci byli predestynowani do tego.
Kiedyś trafiłem na badanie PBS z którego wynika, że 50 proc. ludzi uważa, że przedsiębiorcy kradną i tylko 19 proc. uważa, że ciężką pracą można dojść do realnych pieniędzy - mówi Waldemar Kucharski.
Kiedyś trafiłem na badanie PBS z którego wynika, że 50 proc. ludzi uważa, że przedsiębiorcy kradną i tylko 19 proc. uważa, że ciężką pracą można dojść do realnych pieniędzy - mówi Waldemar Kucharski. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

A ta przyjaźń w biznesie? To w ogóle jest możliwe?

- Tak. U nas faktycznie jest fundamentem. Nie mógłbym tego inaczej powiedzieć. Wszystkie sukcesy są wynikiem tego, że nam się udało zaprzyjaźnić i niczego nie zepsuć w tej przyjaźni.

Na swoim, ale przy wsparciu kolegów?

- Tak. Powinienem mówić na naszym, ale każdy z nas czuje się na swoim. Pierwsze pomysły to był 1989 rok, więc to już 27 lat.

To piękny staż. A jakie pomysły chodziły wówczas po głowach młodych ludzi?

- Zawsze chodziło o to, aby ustanawiać jakieś standardy. Wszyscy byliśmy dziećmi PRL-u, a w tamtych czasach - wszystko, co lepsze, to zachodnie. To był synonim. Zachodnie znaczy lepsze. Takim jednym z pierwszych paradygmatów naszego działania, oprócz tego, żeby zrobić coś fajnego, było to, żeby robić to na cały świat.
Dziś większość, bo 80 proc. tego co robimy to są rynki zagraniczne. Jesteśmy firmą, która buduje można powiedzieć klocki do budowy systemów edukacyjnych.
W końcu Polska nie jest gorsza. To nawet nie był patriotyzm, to była zadziorność młodzieńcza, która mówiła: przecież my też możemy. Zwłaszcza, że wtedy wszyscy już mentalnie uważaliśmy, że po zmianie to już jesteśmy po tej zachodniej stronie, tylko teraz trzeba to udowodnić. Produkt mieliśmy w głowach, była tylko kwestia zmaterializowania go, za jakieś oszczędności i środki zarobione naprędce. Tak to powstało. To był taki amerykański sen. Zrobiliśmy dwa produkty, więc je sprzedaliśmy, potem cztery i tak to się rozwijało. W takiej mikroskali zupełnie. W zasadzie wszystkie nasze przedsięwzięcia od początku były przynajmniej na zero, jeżeli nie z zyskiem. W związku z tym była zawsze wartość dodana, z której można było dalej się rozwijać. Na początku postawiliśmy sobie wyzwanie, żeby być najlepszymi w dziedzinie pomiarów akustycznych i tworzyć specjalistyczne urządzenia. I dość szybko nam się to udało, ale przy okazji wymyśliliśmy nasze multimedia edukacyjne i to one okazały się lepszym pomysłem na biznes. Być może nie aż tak wymagającym intelektualnie, jak pomiary akustyczne, ale lepszym biznesowo. Było na to zapotrzebowanie, ludzie chcieli takiego fajnego, interaktywnego i kolorowego świata w edukacji, a nie czarno-białej książki. Nam się to bycie technorewolucjonistami zawsze podobało, zresztą tak jest do dziś. Staramy się zawsze te nasze czasy wyprzedzać. Choć nie aż tak, żeby odlecieć w kosmos i stracić kontakt z rzeczywistością.

Czemu nie, branża kosmiczna jest ostatnio na topie?

- Edukacja na Marsie? Chyba nie, choć... kto wie. Staramy się wynajdywać nisze, w których możemy zaspokoić jakieś potrzeby, które do tej pory nawet rzadko są uświadamiane.

Takim posunięciem było wyjście z edukacją poza rynek polski? Tym zajmowała się firma YDP i tym też zajmuje się Learnetic.

- Tak, ale to zawsze było naszym celem. Dziś większość, bo 80 proc. tego, co robimy to są rynki zagraniczne. Jesteśmy firmą, która buduje - można powiedzieć - klocki do budowy systemów edukacyjnych. W związku z tym potrafimy wpisać się w potrzeby każdego klienta. Edukacja jest bardzo lokalnym przedsięwzięciem i skupianie się na lokalnej historii czy geografii musiałoby prowadzić do bycia praktycznie firmą jednego kraju. Dlatego my tworzymy narzędzia do podawania treści edukacyjnych, narzędzia do budowy systemów edukacyjnych. Jeśli jest na świecie wydawca, który chce "wyjść z papieru" i zacząć tworzyć elektroniczne podręczniki, to my mamy dla niego wszystkie klocki, których mógłby potrzebować.
Po latach ta korporacja stałą się właścicielem YDP, ale odbyło się to wszystko w drodze rozsądnej i konstruktywnej dyskusji.
Łącznie z takimi klockami, które umożliwiają korzystanie z elektronicznego kontentu w krajach, które mają słabą infrastrukturę IT. Dlatego możemy działać na rynkach afrykańskich czy Ameryce Południowej, czyli tam, gdzie nie ma pokrycia w zasięgu internetu. My sprawiamy, że wszystko działa normalnie, a tylko raz na jakiś czas wystarczy być w zasięgu sieci internetowej, żeby się wszystko zaktualizowało. Zakładamy, że w ogóle nie trzeba komputera, wystarczy jakiekolwiek urządzenie przenośne, jakikolwiek smartfon czy tablet. To musi być tanie rozwiązanie. Jest nawet taki trend (byod), czyli Bring Your Own Device, w myśl którego tworzy się narzędzia wychodząc z założenia, że większość uczniów i nauczycieli ma w kieszeniach wystarczająco silne urządzenia, żeby ich skutecznie używać w edukacji. My staramy się te wszystkie urządzenia zaprosić do współpracy. Nawet w krajach trzeciego świata, wbrew pozorom, nasycenie tymi urządzeniami jest wystarczające, żeby mogły służyć do edukacji.

Jednak w pewnym momencie zdecydowaliście się opuścić okręt flagowy, sprzedać firmę?

- To nie stało się z dnia na dzień. Korporacja, która kupiła YDP, była naszym wspólnikiem już od 1999 roku. Aby firma mogła się rozwijać z odpowiednią dynamiką, bo oczywiście z samego zysku często się nie da rozwinąć interesu w odpowiednim stopniu, postanowiliśmy wprowadzić dodatkowy kapitał, czyli inwestora strategicznego. Po latach ta korporacja stałą się właścicielem YDP, ale odbyło się to wszystko w drodze rozsądnej i konstruktywnej dyskusji. Okazało się, że wizja nasza i inwestora co do przyszłości firmy jest wystarczająco rozbieżna, żeby się rozstać. Czuliśmy się wystarczająco młodzi, żeby spróbować zbudować coś jeszcze, oczywiście w oparciu o nabytą przez lata mądrość. Trzeba pamiętać, że w poprzedniej firmie budowaliśmy potrzeby, dzisiaj już stawiamy firmę na rynku, na którym te potrzeby już jakieś są. Nie powiem, że są dojrzałe, ale już są zdefiniowane. To już jest zupełnie inna bajka. My oczywiście ciągle staramy się rozszerzyć te potrzeby, pokazać ludziom, że są zupełnie nowe możliwości, jednak już na rynku, na którym wszyscy wiedzą, co to jest smartfon czy co to są multimedia. Więc to jest już zupełnie inna bajka, ale dla nas też ciekawa. Niektórzy się śmieją, że to jest nasz kryzys wieku średniego.
Z pewnością Trójmiastu się udało. W oparciu o wielkie marki jak Intel, ale nie tylko. Działa tu z tuzin mniej słynnych medialnie, ale świetnych firm.

A nie myśleli panowie o biznesowej emeryturze i drinku z parasolką na leżaku?

- W ogóle nie było takiej koncepcji, wszyscy zastanawialiśmy się na tym, jak móc dalej rozwijać własne ambicje. Nie było pomysłu, aby przejść na emeryturę i odcinać kupony. My na tych leżakach na pewno byśmy się nudzili i zaczęlibyśmy od razu coś planować.

I tak powstał Learnetic?

- Tak. Powstał w 2010 roku. Zaczęli koledzy, bo ja jeszcze miałem kontraktowy obowiązek pracy w korporacji przez dwa lata. Za wiedzą korporacji oczywiście, bo to było jednym z warunków kontraktu. Założyliśmy kolejną spółkę, od razu było wiadomo, że znów razem.

Mam takie wrażenie, że dla wielu młodych ludzi nie tylko z Trójmiasta zarówno YDP, jak i  Learnetic, to wzorce. Pewnie jesteście panowie natchnieniem dla wielu przedsiębiorców z obszaru IT?

- Myślę, że tak. W jakiś sposób przyczyniliśmy się do zainspirowania kilkudziesięciu osób do założenia firm. W wielu przypadkach byłych pracowników. Dziś ta branża jest bardzo mocna w Trójmieście.

I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu śmiano się z trójmiejskich aspiracji stania się "polską doliną krzemową".
Historia powstała z niczego i kończy się niczym. Zaczęła się w 2010 roku, kiedy to grupa panów z ABW wpadła z rewolwerami w związku z podejrzeniem oszustwa na wielką skalę.

- Niewątpliwie otoczenie sprzyja. Wrocław i Trójmiasto zawsze walczyły o prymat w tej dziedzinie. Z pewnością Trójmiastu się udało. W oparciu o wielkie marki jak Intel, ale nie tylko. Działa tu z tuzin mniej słynnych medialnie, ale świetnych firm.

Przyszedł jednak taki dzień, w którym boleśnie przekonał się pan, że niełatwo być przedsiębiorcą. Z dnia na dzień Waldemar Kucharski, poważany przedsiębiorca stał się Waldemarem K., posądzanym o oszustwa na wielką skalę, zmowę i korupcję, a do tego wielomilionowe wyłudzenie podatku VAT. Jak jest dziś?

- Historia powstała z niczego i kończy się niczym. Zaczęła się w 2010 roku, kiedy to grupa panów z ABW wpadła z rewolwerami w związku z podejrzeniem oszustwa na wielką skalę. To nawet nie był zarzut, to było śledztwo w sprawie. Nie postawiono wtedy nikomu zarzutów. Po kilku latach okazało się tak naprawdę, że nic z tego nie zostało. Jedyne, co pozostało, to chęć urzędu skarbowego żebyśmy zapłacili dwukrotnie ten sam VAT. To jest absolutnie bzdurna historia dlatego, że my zapłaciliśmy VAT od transakcji, a oni próbowali wykazać, że tej transakcji, którą myśmy zrobili, nie było, natomiast była druga identyczna, tylko dwa tygodnie wcześniej. I o to cały czas toczy się sprawa. To jest rozdmuchane wielkie nic.

Na szczęście ta sprawa nie przeszkodziła w rozwoju firm.
Niektóre partie aktywnie promowały wizerunek mordy, a inne mając wiele lat na odkręcenie tego wizerunku nie próbowały nic z tym zrobić.

- Nam tak. Jednak co jakiś czas słyszymy o tragicznych w skutkach przykładach. Choćby słynna sprawa pani z Kartuz, która nie miała już siły udowadniać swoich racji i w końcu popełniła samobójstwo. Nasza firma powstała z marzeń i z chęci ciekawości działań, w związku z tym ta sprawa nie jest wstanie nas przewrócić. Mogłaby nas przewrócić finansowo, natomiast nie jest wstanie zabić naszej chęci do działania. Problem polega na tym, że są takie okresy, zwłaszcza przedwyborcze, kiedy urzędnicy są bardzo silnie motywowani, żeby szukać pieniędzy. Bez względu na opcję, bo to nie ma nic wspólnego z polityką. To jest taki cykl działania co cztery lata, wówczas urzędnicy są aktywizowani, żeby załatać budżet i w związku z tym wtedy dzieją się rzeczy straszne. Myślę, że sami urzędnicy są tym obrzydzeni.

I pewnie po drodze przegapiają naprawdę poważne sprawy?

- Są poważne sprawy, tylko te wymagają trudu, ponieważ są dobrze przygotowani przeciwnicy. Gdy człowiek planuje przestępstwo, to się zabezpiecza. Tam są poważni przeciwnicy, z którymi urzędnicy często nie mogą sobie poradzić, bo to tęgie głowy planują. Natomiast wpaść do kogoś, kto się nie spodziewa i wbić mu nóż w plecy z zaskoczenia jest zawsze łatwiej, a efekt finansowy może być podobny.

Niestety, potem trudno obronić swoje dobre imię?

- Co to za news, że zarzuty nie miały podstaw, zwłaszcza po kilku czy kilkunastu latach. Dlatego jestem zdania, że przedsiębiorcy powinni sami walczyć o swoje dobre imię. Jestem zdziwiony, że w kraju, w którym jest zarejestrowanych półtora miliona firm, tak trudno stworzyć normalność wokół prowadzenia firm.
Uważam jednak, że jeśli będę mówił, to może kogoś zainspiruję, a kraj jest tym fajniejszy im więcej ludzi robi coś fajnego w tym kraju. Po prostu staram się dbać o swoje środowisko naturalne.

Dla wielu biznesmen źle się kojarzy. To "morda" ze spotu jednej z partii.

- Niektóre partie aktywnie promowały wizerunek mordy, a inne, mając wiele lat na odkręcenie tego wizerunku, nie próbowały nic z tym zrobić.

Są tacy, którym to nie przeszkadza?

- Myślę, że przeszkadza każdemu. Tylko niektórzy uważają, że lepiej się nie wychylać, że to walka z wiatrakami. Szokujące jest to, że większość przedsiębiorców, z którymi rozmawiam, uważa, że tego nie da się zmienić. Kiedyś trafiłem na badanie PBS, z którego wynika, że 50 proc. ludzi uważa, że przedsiębiorcy kradną, 80 proc. jest zdania, że powinna być ściślejsza kontrola państwa nad działaniami przedsiębiorców, 20 proc. uważa, że tylko kradnąc można się czegoś dorobić i tylko 19 proc. uważa, że ciężką pracą można dojść do realnych pieniędzy.

Są jednak tacy, którzy walczą i się nie poddają. Pan często zabiera głos w sprawie środowiska, co więcej stara się pan też dzielić doświadczeniem z początkującymi.
Jak się ma nawet najfajniejszą pracę, to w pewnym momencie powinno się człowiekowi zacząć spieszyć do tego co ma do zrobienia czy przeżycia w domu.

- Staram się. Jeżeli ktoś jest ciekaw tego, co mam do powiedzenia, to chętnie o tym mówię, ale nie jest do jakaś moja misja. Jesteśmy krajem, który wysyła dzieci na olimpiady, dba o edukację, wszyscy mamy presję, aby dzieci coś osiągały, a w momencie jak te dzieci z tego skorzystają i zarobią pierwszy milion, to stają się wrogami publicznymi. To jest taki absurd. Młody człowiek słyszy: ucz się, działaj, myśl, a potem... Nie mogę tego zrozumieć. Uważam jednak, że jeśli będę mówił, to może kogoś zainspiruję, a kraj jest tym fajniejszy, im więcej ludzi robi coś fajnego w tym kraju. Po prostu staram się dbać o swoje środowisko naturalne.

A pasje... jest na to czas?

- Trzeba je mieć. Jak się ma nawet najfajniejszą pracę, to w pewnym momencie powinno się człowiekowi zacząć spieszyć do tego, co ma do zrobienia czy przeżycia w domu. Dużo jeżdżę na motocyklu, nawet razem z synem budujemy motocykle i samochody. Oprócz tego mam aktywną licencję i czasami sobie latam, jako pilot amator. Jestem elektronikiem z wykształcenia, ale też z pasji, więc mam też warsztacik.

A czy po tych wszystkich przejściach dalej uważa pan, że warto być na swoim?

- Oczywiście, że warto. Pod warunkiem, że ma się jakiś pomysł. Jeśli jest coś, co nas inspiruje, to sukces biznesowy przyjdzie sam. To jest kwestia odwagi i rzucenia się na trochę głębszą wodę. Bycie na swoim jest fajną rzeczą, bo pozwala robić to, co się chce. Żadne sukcesy ani porażki tego nie zmienią. To jest chyba największy plus. Robi się to, co się chce, oczywiście z uwagą na rynek, jeśli człowiek chce na tym zarabiać.
Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie.

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 43)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Moim zdaniem

Strefa start-up

Najczęściej czytane