stat

Inspirujące firmy mam - odwaga i odrobina szaleństwa

Założenie firmy po urodzeniu dziecka to wynik połączenia odwagi, kreatywności i optymizmu. Po czasie, kiedy emocje opadną okazuje się, że także trochę szaleństwa. Od lewej: Sylwia Ziemann, Mika Szymkowiak, Marta Maniszewska, Natalia Wodyńska-Stosik
Założenie firmy po urodzeniu dziecka to wynik połączenia odwagi, kreatywności i optymizmu. Po czasie, kiedy emocje opadną okazuje się, że także trochę szaleństwa. Od lewej: Sylwia Ziemann, Mika Szymkowiak, Marta Maniszewska, Natalia Wodyńska-Stosik fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl

Cztery kobiety, które na urlopie macierzyńskim zdecydowały się zmienić swoje życie zawodowe. Cztery niezwykłe historie pełne pasji, odwagi i determinacji. Historie, które pokazują, że urodzenie dziecka może być idealnym momentem na zmiany.

Czy myślała(e)ś o założeniu własnej firmy?

tak, zrealizowa(e)m to 16%
tak, założyłam własną firmę właśnie po urodzeniu dziecka 3%
myślę o tym, ale nadal nie mam odwagi 38%
chciał(a)bym, ale nie mam pomysłu 25%
nie, własna firma to nie dla mnie 18%
zakończona Łącznie głosów: 309


Na firmy zakładane zaraz po urodzeniu dziecka przelewa się część instynktu macierzyńskiego i poporodowych hormonów. Choć początki nie są łatwe, determinacja i fascynacja rosną wraz z czasem, a poczucie tworzenia czegoś nowego oraz obserwowanie postępów wynagradza wszelkie trudności. Dokładnie tak jak w przypadku wychowywania dzieci. Pewnie dlatego Marta, Mika, Sylwia i Natalia - choć w osobnych rozmowach - powiedziały podobnie, że swoje firmy traktują jak kolejne dziecko, a poza pomysłem potrzeba jeszcze trochę szaleństwa i odwagi, żeby nie bać się go zrealizować.


Marta Maniszewska - MAM - jedyne takie centrum zdrowia i urody dla kobiet


Marta przez 10 lat biegła przez życie prawdziwym sprintem, dynamiczna kariera prawnicza, opiniowanie wielomilionowych kontraktów, ocena ryzyka, ciągłe delegacje poza krajem i gościnne wizyty w domu. Kiedy zaszła w ciążę z Zosią nie zakładała, że dziecko może wiele zmienić w jej dotychczasowym życiu, co więcej, że dotychczasowy, zawodowy sprint przestanie być dla niej atrakcyjny. Wizja szybkiego powrotu do pracy legła w gruzach zaraz po porodzie. Marta zrozumiała, że nie jest w stanie tak dalej żyć, godząc własne i pracodawcy oczekiwania z potrzebami Zosi. Zamiast powrotu na etat zrealizowała swoje marzenie o dwójce dzieci. Kiedy półtora roku później urodziła się Basia, wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Nie nowa praca na etat, a własna firma wypełniająca to, czego na rynku brakuje, wspierająca kobiety. Tak powstał pomysł na MAM, centrum pomagające kobietom zadbać o siebie, o urodę i zdrowie, gdzie posiadanie dziecka nie będzie przeszkodą, bo ważnym elementem MAM jest bawialnia z kreatywnymi i wykwalifikowanymi opiekunkami.

Marta z nawyku "zrobiła Excela", wyliczyła inwestycję, ryzyka, możliwe zyski, oszczędności i konieczne pożyczki. Szybko zrozumiała, że nie będzie w stanie zrobić wszystkiego sama i firmę założyła ze wspólniczką, najlepszą kosmetolog, jaką znała, a do współpracy zaprosiła specjalistów-lekarzy, którzy tak jak ona uwierzyli, że MAM jest miejscem, którego brakuje i na które czekają kobiety. Pierwsze schody pojawiły się już na początku drogi. Sanepid nie podzielał euforycznego nastawienia i uznał, że pomysł jest niemożliwy do realizacji. Lekarz, kosmetyczka, warsztaty i bawialnia dla dzieci w jednym to utopia. Okazało się, że wszystko jest możliwe do osiągnięcia, o ile mamy wystarczająco dużo determinacji, pomysłów i cierpliwości w kompletowaniu wniosków i pozwoleń. Tak oto w listopadzie 2018 r. utopijna wizja przekuła się w firmę.

- Szukając pomysłu na siebie zauważyłam, że my, mamy, często tak bardzo myślimy o potrzebach naszych dzieci, że zapominamy o sobie. Brakuje nam czasu, żeby zadbać o swoje zdrowie i samopoczucie. Bardzo chciałam stworzyć takie miejsce, które pomoże zachować kobietom harmonię, a dzieci nie będą przeszkodą w zadbaniu o siebie, czy w wizycie u lekarza - opowiada Marta
Ważne też było, żeby zostawienie dziecka nie generowało dużych kosztów, dlatego zdecydowano, że jest to 10 zł do każdej usługi.

- Bardzo ważni są dla mnie ludzie, którzy tworzą MAM, chcę, żeby zarówno klienci, jak i pracownicy czuli się bezpiecznie i komfortowo. Czy jest trudno? Na pewno własna firma to zupełnie inna odpowiedzialność. Choć moja praca zawsze polegała na rozwiązywaniu problemów, to jednak inaczej jest, kiedy to nie nasze ryzyko i nie nasze zobowiązania. Na pewno najtrudniejszy jest moment, kiedy już zainwestowaliśmy dużo czasu i środków, a jeszcze nie mamy zwrotu, który to wynagrodzi. Na pewno okres zaraz po urodzeniu dziecka sprzyja szalonym i idealistycznym pomysłom, a firmy, które się wtedy tworzy traktuje jak kolejne dziecko - przyznaje Marta Maniszewska.
Mika Szymkowiak Fotografia - emocje na pierwszym planie


Mika od pierwszych chwil zaraża uśmiechem. Jej klientki żartują, że powinna być zapisywana na receptę, bo sesje fotograficzne są łączone z olbrzymią dawką pozytywnej energii. Tworzenie dobrej atmosfery i łatwość nawiązywania serdecznych relacji to umiejętności Miki, których efekty widać na robionych przez nią zdjęciach. Naturalnych, pełnych uroku i prawdziwych emocji. Dokładnie takich jak ona. Energia, którą emanuje sprawia, że ciężko wyobrazić ją sobie w rutynowej pracy, osiem godzin przy biurku. A jednak, przez siedem lat pracowała w korporacji i gdyby nie Leon, możliwe, że nadal nic by się nie zmieniło. Aparat przez lata traktowała jedynie jako hobby i wyciągała głównie na specjalne okazje.

Wszystko zmieniło się w 2013 r. wraz z urodzeniem Leona, kiedy to aparat i własna firma wygrały z korporacyjną rutyną. Biznesplan napisany w dwa tygodnie zaowocował dofinansowaniem działalności z urzędu pracy. Pieniądze wystarczyły akurat na dobry sprzęt. Okazało się, że praca u siebie nie daje wcale więcej wolnego czasu, a jedynie pozwala na samodzielne decydowanie, kiedy się ją wykonuje. Granic nie stawia kodeks pracy czy przełożony, tylko trzeba wypracować je samodzielnie, a nikt nie pomaga w tym tak dobrze, jak własne dziecko. Trudny okres intensywnej pracy trwał dwa lata, po nim przyszedł komfort odpuszczania.

- Moja branża nie jest prosta z uwagi na olbrzymią konkurencję. Szybko odkryłam, że drogi są dwie, albo będę płakać nad tym, że innym idzie lepiej, albo będę robić swoje i budować zaufanie do marki, żeby przyciągnąć nowych klientów. Wybrałam drugą drogę. Pracowałam całymi dniami, dużo więcej niż wcześniej. Oczywiście plus był taki, że mogłam odebrać Leona z przedszkola o 15, ale po nocy kończyłam obrabianie zdjęć. Nie miałam problemu z klientami, ale zaczęłam mieć coraz większe z przepracowaniem. Dwa lata temu dotarło do mnie, że muszę nauczyć się wyznaczać granice. Zrezygnowałam z pracy w niedziele, zaczęłam odpuszczać zlecenia, których nie czułam i zyskałam czas dla rodziny. Największym moim wsparciem był mąż i rodzice. Od kiedy powiedziałam, że chcę otworzyć firmę, utwierdzali mnie w przekonaniu, że to dobry krok. Z mężem równo podzieliliśmy obowiązki, dopasowując tak opiekę nad dzieckiem, żebym mogła popołudniami robić sesje. Pokochałam swoją pracę, czuję, że robię dokładnie to, co powinnam, a firma to moje drugie dziecko. Cały czas się doszkalam, żeby rozwijać swój warsztat, bo własna działalność to też ciągła praca nad sobą - opowiada Mika.
Kuba, mąż Miki, zainspirował ją do stworzenia projektu #czastaty, który miał pokazać, że ojcowie mają takie same prawa i kompetencje do zajmowania się dziećmi. Sesje mężczyzn realizujących swoje pasje z dziećmi w chustach spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem.

- My kobiety często bierzemy na siebie bardzo dużo. Trudno nam powiedzieć, że nie dajemy sobie rady lub po prostu oddać ojcom część obowiązków, bo nikt nie zrobi tego tak dobrze, jak my. A nie o to w rodzicielstwie chodzi, kto zrobi to lepiej, tylko o to, że dziecko ma dwóch rodziców, a kobieta ograniczone siły. Ważne jest, żeby kobiety starały się znaleźć przestrzeń na swoje pasje. Ja po dłuższej przerwie wróciłam do nurkowania, w macierzyństwem taka odskocznia pomaga zachować balans - podkreśla Mika.
Sylwia Ziemann - Hey Popinjay! - kolorowy podbój dziecięcej mody


Noc 16 stycznia 2016 roku Sylwia zapamięta na całe życie. To właśnie wtedy wymyśliła nazwę firmy, logo, wiodący produkt i sposób sprzedaży. Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej, kiedy na świat przyszła córka o wdzięcznym imieniu Rita, po babci. Rita ze swoją niechęcią do przebierania szybko uwidoczniła niszę na rynku, o której Sylwia przed urodzeniem córki nie wiedziała, ba - nie myślała nawet wcześniej o posiadaniu własnej firmy. Lubiła fotografować, ciekawił ją wystrój wnętrz i choć czuła, że ciągnie ją w kreatywną stronę, nie miała przekonania, żeby zostawić pracę w banku. Wtedy, w styczniu, docierając na koniec internetu dziecięcych ubrań w poszukiwaniu czegoś wygodnego, co można bez krzyku szybko przebrać, a jednocześnie jest ładne i po prostu "jakieś", doznała olśnienia. Brak okazał się idealną przestrzenią do wielkiej zmiany.

Rok 2015 i 2016 to boom na skandynawski design, widoczny także w ubraniach. Monochromatyczne wzory, oszczędna forma i jasna kolorystyka. Nie mogło być lepszego tła dla pomysłu na ubrania dziecięce, jaki miała Sylwia. Hey Popinjay! miał być marką kolorową, z egzotycznymi wzorami i flagowym produktem: body z falbankami. Sylwia wiedziała, że nie znajdzie gotowych tkanin, tylko musi przygotować swoją pierwszą kolekcję od zera. Było to tym większe wyzwanie, że w zakresie produkcji ubrań była zupełnym laikiem. Nie odróżniała dzianiny od tkaniny, więc pierwszy próbny nadruk zamiast na materiale nadającym się na body przygotowała na tym, który był idealny, ale na obrus. Po kolejnych kilkudziesięciu godzinach spędzonych na dokształcaniu znała już specyfikę materiałów, proces produkcji i wiedziała, że największym wyzwaniem będzie znalezienie dobrej szwalni.

- Z teczką pełną zdjęć Rity poowijanej w różne damskie, kolorowe bluzki byłam gotowa do rozmów. Znalezienie szwalni było tym trudniejsze, że te nie mają żadnego interesu w reklamowaniu się, zamówień mają i tak dużo więcej niż możliwości znalezienia wykwalifikowanych pracowników. W końcu trafiłam do małej szwalni we Wrzeszczu, gdzie prawdziwym skarbem okazała się pani Jadzia, technolog i bez wątpienia współtwórca sukcesu Hey Popinjey! Z pierwszą gotową kolekcją w liczbie 200 sztuk pojechaliśmy razem z mężem na targi Mamaville. Na małym stoisku ruch zrobił się tak duży, że po dwóch godzinach znajomi, którzy przyjechali nas odwiedzić, musieli wziąć się do pracy i zacząć z nami sprzedawać. W cztery osoby w sześć godzin sprzedaliśmy większość kolekcji. Dwa lata później ubrania były dostępne już w większości krajów Europy, Azji i w Australii - opowiada Sylwia.
Okazało się, że pomysł Sylwii to hit. I tak Rita stała się nie tylko inspiracją, ale także główną testerką, a Sylwia człowiekiem orkiestrą. Otworzyła sama sklep internetowy, zajmowała się robieniem zdjęć ubrań, projektowaniem, sprowadzaniem najlepszej jakości materiałów, wyszukiwaniem artystów, którzy tworzyli dla niej ilustracje, kontaktem ze szwalnią, wysyłką, współpracą z influencerami, obsługą mediów społecznościowych, jeżdżeniem na targi w Polsce i za granicę, sprzedażą detaliczną i kontaktem z klientami hurtowymi.

- Od początku miałam ogromne szczęście do ludzi. W naszej branży ludzie są życzliwi. Ten początkowy okres nie był prosty, pracowałam nocami, pracowałam, kiedy Rita obok jadła, kiedy bawiła się na kocyku. Bez wątpienia nie udałoby mi się osiągnąć tego, co mam, gdyby nie wsparcie moich sióstr, rodziców i męża, którzy pomagali w opiece nad małą i w domowych obowiązkach. Bardzo lubię swoją pracę, firmę traktuję jak drugie dziecko. Oczywiście zdarzają się chwile załamania, kiedy coś się komplikuje, ale to mija zaraz, jak rozwiąże się problem - opowiada Sylwia.
Natalia Wodyńska-Stosik - TriMama motywuje do działania


Natalia od roku jest mamą trójki dzieci, choć TriMama, którą założyła, pochodzi od słowa triathlon, to właśnie rok temu nabrała nowego znaczenia. Po każdej ciąży w życiu Natalii następowały duże zmiany. Po pierwszej najtrudniejsze. Trzy tygodnie po urodzeniu Marysi u Natalii zdiagnozowano guza mózgu. Najlepsi lekarze, konsultacje za granicą i olbrzymie pokłady optymizmu pozwoliły odwlec decyzję o operacji o 11 miesięcy, żeby nacieszyć się wspólnym czasem i nie rezygnować z karmienia. O trudnej diagnozie z 2011 r. przypomina Natalii brak smaku, węchu i zmiana w patrzeniu na życie. Teraz codziennie pamięta, że trzeba się cieszyć każdą chwilą.

W drugiej ciąży inspiracją do zmian był mąż Paweł, który trenował amatorsko do triathlonu. Pod wpływem impulsu Natalia postanowiła, że i ona spróbuje. Żeby zamknąć sobie drogę odwrotu kilka tygodni przed urodzeniem Ani założyła profil na Facebooku - TriMama, który miał posłużyć za wzmocnienie motywacji. Pomysł podziałał i już po trzech tygodniach od porodu Natalia ćwiczyła na basenie. Niedługo później doszły treningi na rowerze. Kiedy Paweł z kilkumiesięczną Anią był na spacerze, Natalia pokonywała kolejne kilometry, zjeżdżając na karmienia.

Na profilu TriMamy coraz więcej osób znajdywało coś dla siebie, treści przyciągały nie tylko marzących jak Natalia o triathlonie, ale także tych, którzy szukali motywacji do porannych ćwiczeń, czy do tego, żeby cieszyć się życiem. Kolejne polubienia profilu były bodźcem do stworzenia bloga. W końcu marzenie się zrealizowało i w lipcu 2014 roku Natalia ukończyła swój pierwszy triathlon. Okazało się, że społeczność skupiona wokół TriMamy jest tak duża i zaangażowana, że może dalej wzajemnie się wspierać i realizować wspaniałe pomysły. Ruszyły wspólne niedzielne treningi TriMama budzi Gdańsk, bieg i kiermasze charytatywne, ciąża z Adasiem, a po niej założenie fundacji.

- TriMama to moje czwarte dziecko. Widzę, że osoby, które chodzą z nami na treningi nie robią tego tylko po to, żeby utrzymać dobrą formę, ale żeby być razem. Pomogliśmy w nawiązaniu wielu przyjaźni i staliśmy się inspiracją, żeby wstać z kanapy i wyjść z domu. Mnie samą nasza społeczność motywuje, żeby w lipcu ponownie ukończyć triathlon, choć do formy po trzeciej ciąży wraca się zdecydowanie wolniej - opowiada Natalia.
Natalia mogłaby obdzielić swoim optymizmem pół miasta, stara się zarazić nim też swoje dzieci, żeby cieszyły się najmniejszymi rzeczami. Korzystały z życia tu i teraz.

- Kiedy rodzą się dzieci, musimy się nauczyć odpuszczać. Czasem trzeba coś odłożyć, żeby po prostu pójść spać lub odpuścić sprzątanie, a zrobić coś dla siebie czy spędzić razem czas. Ostatnio pod wpływem chwili zdecydowałam się na niedzielę bez smartfona. Obydwoje wyłączyliśmy telefony i spędziliśmy cały dzień tu i teraz. W ruch poszła książka kucharska, latarka, żeby sprawdzić, czy dzieci są przykryte i budzik, żeby nie spóźnić się na poranny trening TriMamy. Doba z dziećmi zawsze będzie za krótka, ale warto usiąść i przez chwilę zastanowić się nad priorytetami, co może poczekać, a co na pewno nie poczeka - zauważa Natalia.
Powiatowy Urząd Pracy w Gdańsku jest w trakcie pilotażowego projektu Mama na Etacie, w którym jedną z form wsparcia jest dotacja na założenie działalności, a także zwrot kosztów opieki nad dzieckiem. Jeśli projekt spełni pokładane w nim oczekiwania, możemy spodziewać się kolejnej edycji. Więcej informacji o pilotażu.

Opinie (40) 3 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Sławomir Halbryt

Odpowiedzialny za wytyczanie kierunków rozwoju SESCOM, określanie zadań strategicznych oraz...