Na swoim. Sztuka użytkowa - pasja i biznes Magdy Benedy

Moją pasją jest malowanie obrazów, ale też przenoszenie ich na przedmioty użytkowe - mówi Magda Beneda.
Moją pasją jest malowanie obrazów, ale też przenoszenie ich na przedmioty użytkowe - mówi Magda Beneda. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

O tym, że biznes i sztuka się nie wykluczają, że słuchanie i obserwowanie ludzi może się opłacić, a najgorsze co można zrobić, to czekać, aż ktoś coś nam da oraz o tym, czym jest sztuka użytkowa i dlaczego filiżanka "tak", a T-shirt "nie", rozmawiamy z Magdą Benedą, malarką, artystką, która sama swoją twórczość nazywa solidnym rzemiosłem. Magda Beneda współprowadzi gdańską Galerię Sztuk Różnych z pamiątkami z Trójmiasta. Już za tydzień, w kolejnym odcinku cyklu "Jak to jest na swoim", rozmowa z Dawidem Gryniewiczem, właścicielem cukierni Manufaktura Mojej Mamy.



Jak pani obrazy trafiły na filiżanki? Magda Beneda: - Pierwszą galerię prowadziłam przy ul. Szafarnia. Najpierw miałam tylko obrazy. Któregoś dnia mój przyjaciel, który ma restaurację w Sopocie, zobaczył mój obraz z Grand Hotelem i poprosił, czy mogłabym zrobić filiżanki z tym motywem. Tak się zaczęło. Jego propozycja zgrała się z pomysłem, który nosiłam w sobie wcześniej. Mam rodzinę i wielu znajomych za granicą i zawsze miałam kłopot z wybraniem upominków. Cały czas chodziło mi po głowie, że powinnam zrobić coś z moim ukochanym Gdańskiem. Wypadł Sopot, ale pomyślałam: "dobrze, na Sopocie to wypróbuję". Filiżanki? Tylko skąd je wziąć? Przypomniałam sobie o Zakładach Porcelany Stołowej Lubiana. Pojechałam.
(...)zawsze zachwycało, gdy mogłam kupić coś, co jest dopracowane w szczegółach od produktu do pudełka. To samo robił Steve Jobs. W Apple'u od pudełeczka do kabla wszystko jest dopracowane i własne.
Stamtąd TIR-y wyjeżdżają w każdą stronę świata.

- To jest wielka fabryka, a ja tam przyszłam z tym swoim zamówieniem na filiżanki. Przyszłam i zostałam. Obejrzałam chyba milion wzorów białej porcelany, zanim wybrałam te właściwe, ale zawsze pomagały mi urocze i fachowe panie z produkcji. Wzory na porcelanie mają zwykle dwa, trzy kolory. Na moich filiżankach jest 28 kolorów. Każdy jest wyciągany na osobną warstwę. Proces przygotowania tego, to jest naprawdę żmudna praca. To jest cały proces twórczy. Wcześniej też malowałam skrzynki na wino, malowałam obrazy na meblach, ale to było rękodzieło, a ja cały czas chciałam przygotować coś przemysłowego. Coś, co mogę zrobić w większej ilości i co jest użytkowe. Filiżanki były tym, czego szukałam. Cała moja porcelana jest użytkowa. Możemy wypić kawę i włożyć filiżankę do zmywarki. Chcę, żeby ktoś, kto kupi tę pamiątkę lub dostanie ten upominek nie odstawił go na półkę, bo będzie się bał, że się zmyje czy zniszczy. Mój pomysł był taki - to idzie do ludzi i ludzie tego używają. A przy okazji myślą o moim ukochanym mieście i o całym regionie.

Pamiątki to zwykle stare mapy, widoczki ozdobione bursztynem lub muszelkami. Brakuje czegoś oryginalnego.

- Tak zwykle jest. A ja chcę pokazać, że to jest pięknie odnowione, kolorowe miasto z tłumem turystów. Jestem tym miastem zachwycona. Mam wielu klientów z całego Trójmiasta, którzy jak mają gości lub jak gdzieś jadą, to przychodzą do mnie i kupują upominki. I okazało, że ludzie to lubią. Dwa lata temu zrobiłam takie wydarzenie na facebooku - "porcelanowe podróże". Kiedyś poprosiłam kogoś, kto kupił moje filiżanki, żeby zrobił zdjęcie, jak ich używa i żeby mi je przysłał. Ludzie zaczęli przysyłać zdjęcia moich filiżanek w różnych sytuacjach - a to w rękach rosyjskich marynarzy na okręcie, a to na fladze Norwegii. Są zdjęcia z Japonii, a nawet z Kazachstanu. Kiedyś rano wpadła do mojej galerii Szkotka, spieszyła się na samolot, aby zagłosować w referendum. Tego samego dnia podesłała mi zdjęcie gdańskiej filiżanki ze szkocką flagą. To jest prawdziwa promocja. Mało ciekawe pamiątki to niejedyny minus. Niestety, często są one byle jak zapakowane, a opakowania kupowane osobno zwykle są przypadkowe.
Ostatnio dyskutowałam z kolegą po fachu, który był oburzony, że idę w komercję, że się sprzedałam. A ja mu na to, że przecież przed wiekami malarze za pieniądze malowali portrety żonom bogatych kupców. A teraz to są dzieła sztuki.
Najczęściej idziemy do Empiku po torebkę za 10 zł w kwiatki czy kropki.

- Właśnie, a mnie zawsze zachwycało, gdy mogłam kupić coś, co jest dopracowane w szczegółach od produktu do pudełka. To samo robił Steve Jobs. W Apple'u od pudełeczka do kabla wszystko jest dopracowane i własne. Dlatego z mojej galerii można iść prosto na urodziny z gotowym, zapakowanym prezentem. Dodatkowo do każdego wzoru jest napisana historyjka. To są takie moje sentymentalne rozważania.

Robi pani zamówienia dla firm. Czy podarunki firmowe to dobry kierunek?

- Od lat pracuję dla dużych firm, dla korporacji. Zrobiłam wiele kalendarzy i folderów. Zauważyłam, że co październik zaczyna się gorączkowe poszukiwanie upominków tzw. zarządowych czy firmowych. Pod koniec lat 90. i później zalano nas tymi produktami i katalogami z gadżetami. Był czas, że to było mocno eksploatowane. Potem okazało się, że wszystkie agencje tzw. gadżetowe mają dokładnie to samo. Była tylko rywalizacja na ceny, czyli o 5 groszy taniej czy drożej. W którymś momencie te poważniejsze firmy, zwłaszcza w pionie upominków od zarządów, zaczęły szukać czegoś wyjątkowego. Okazało się, że można mieć swój własny, dedykowany wzór. Tę wyjątkowość daje właśnie sztuka użytkowa, która jest moją pasją.
Magda Beneda prowadzi galerię wraz ze znanym gdańskim fotoreporterem, Maciejem Kosycarzem.
Magda Beneda prowadzi galerię wraz ze znanym gdańskim fotoreporterem, Maciejem Kosycarzem. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl
Udaje się pani zgrabnie łączyć sztukę z prowadzeniem biznesu, tak aby nie zatracić swojej indywidualności. To chyba nie jest łatwe?

- Mogłabym do końca zawodowej pracy robić projekty dla korporacji, ale... To co robię, to partyzantka, żadna ze mnie bizneswoman. Ja się broń Boże nie porównuję. Nie uważam, że tylko to, co jest brzydkie, ponure, ekstrawaganckie i bulwersujące może być kwalifikowane jako sztuka. Przyznaję jednak, że mam problem ze słowem "artysta". Boję się tego słowa. To, co robię, nazwałabym raczej rzemiosłem, porządnym rzemiosłem.
Nie było internetu, maili czy portali społecznościowych. Doceniam to co mam, bo pamiętam jak było. Nie chcę wyjść na babcię, która narzeka "a za moich czasów"... Teraz też są moje czasy i są cudowne.
Tak o swojej pracy mówiła też Janina Paradowska, którą bardzo podziwiałam. W jednym z wywiadów pytana o to, kim jest, odpowiedziała, że rzemieślnikiem, a nie wielką eseistką. Stwierdziła, że jedynie słucha, co politycy mówią w Sejmie, dopytuje, czyta stenogramy. Nazwała siebie pracowitą mrówką. Według niej artystką jest Teresa Torańska w dziedzinie wywiadu i Hanna Krall w reportażu. Też mam problem z tym słowem. To tutaj to... komercja. Ale mnie taka ocena nie obraża. Jestem dumna, że żyję z tego zawodu. Nigdy nie musiałam robić tego, czego nie lubię, żeby móc w skrytości malować.

Teraz jest modne określenie biznes kreatywny.

- Nie wiedziałam. Jestem grafikiem użytkowym, czyli robię sztukę absolutnie użytkową. Moją pasją jest malowanie obrazów, ale też przenoszenie ich na przedmioty użytkowe. Artysta to jest ktoś zupełnie wolny, kto nie jest uwikłany... Choć w sumie to cały pop art jest przecież sztuką - sztuką użytkową. Niestety, u nas niewłaściwie rozumiane jest pojęcie sztuki użytkowej. Potem na targach czy wystawach widzę krzesła, na których nie da się usiąść. Albo się decydujesz, że chcesz żyć z tego zawodu i szukasz ścieżki, albo... Nie opowiem o porażkach, które poniosłam, bo to jest moja osobista sprawa, ale gdybym paru błędów nie popełniła, nie straciła odpowiedniej sumy pieniędzy na etapie uczenia się i poszukiwania, to nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem. Tego nikt nie powie, nie nauczy. Raz się trafi, raz nie. Jedno sprzeda się szybko, drugie będzie zalegać w magazynie. A potem nagle po dwóch latach znajdzie się klient, który się zachwyci i kupi wszystko. Trzeba tylko cierpliwości i ciężkiej pracy. Jak byłam na studiach i zostałam sama z dzieckiem to tłukłam portrety, aby żyć. I wcale się tego nie wstydziłam.

Dziś też można zjednać sobie ludzi, zyskać klientów dzięki wydarzeniu na facebooku.
Dla mnie ma znaczenie metka, na której widnieje napis Milanówek 1923. To jest gwarancja jakości. Nie chcę komuś wcisnąć czegoś, co po sześciu praniach będzie wyglądać jak szmata.
- Poszłam na grafikę, bo fascynowała mnie polska szkoła plakatu. Do głowy mi wówczas nie przyszło, że będzie u nas McDonald czy korporacje. To był abstrakcyjny świat. Kiedy skończyłam studia, zaczął się kapitalizm. Weszły firmy, zaczęły się reklamy, komputery. Trzeba się było wszystkiego nauczyć. Nie było szkoleń, grantów. Pierwszą wystawę miałam w 1992 roku w galerii Herman w Sopocie. Któregoś dnia do galerii trafiło - tak z ulicy - małżeństwo z Antwerpii, kupili trzy obrazy i zostawili wizytówkę z informacją, że chcieliby zorganizować mi wystawę u siebie. Chodziłam z tą wizytówką i w końcu zdecydowałam się napisać. Wówczas pisało się zwykłe listy. Dostałam zaproszenie i miałam dwie wystawy w Belgii. Nie było internetu, maili czy portali społecznościowych. Doceniam to, co mam, bo pamiętam, jak było.

Na filiżankach jednak się nie skończyło.

- Czułam niedosyt. A gdybym zrobiła upominek typowo dla kobiet - pomyślałam. Pierwszy był szal z moimi obrazami. Zgłosiłam się do Milanówka. Potem były sukienki. Przygotowałam 24 sztuki. Sprzedałam je na pniu. Do dziś panie pytają się o nie. Moje obrazy nie są bardzo drogie, ale dla tych, których nie stać, zaczęłam robić printy, czyli wydruki. Kiedyś zrobiłam zaproszenia na swój wernisaż. Potem słyszałam, że ktoś wyciął z niego ilustrację, oprawił w ramkę i powiesił na ścianie. Pomyślałam, że może ja powinnam to robić. Ostatnia rzecz, którą zrobiłam to torby. To nie jest jakaś zaplanowana strategia, to samo przychodzi. Słucham ludzi, obserwuję.

Czy jest coś takiego, na czym nie umieściłaby pani swojej pracy?

- Nie zastanawiam się czy wypada, czy nie. Zajmuję się sztuką użytkową, ale... t-shirty odłożyłam. Przyjęłam też takie założenie, że chcę się trzymać marek polskich, dobrych i z tradycjami. Słyszałam czasem, że niepotrzebnie zamawiam drogi jedwab z Milanówka, że taniej byłoby zamówić w jakieś "koziej wólce". Nie, to nie dla mnie. Dla mnie ma znaczenie metka, na której widnieje napis Milanówek 1923.
Mamy też specyficznego klienta. Do nas nie przychodzą nastolatki. Moim klientom marka Milanówek i Lubiana jest znana. Tak samo jest z albumami Kosycarza. To wszystko pasuje.
To jest gwarancja jakości. Nie chcę komuś wcisnąć czegoś, co po sześciu praniach będzie wyglądać jak szmata. Te rzeczy są drogie, ale to jest unikalne. To jest mój obraz i do tego na świetnym produkcie. A kto miałby zrobić t-shirt? Zresztą t-shirty są wszędzie, może nie muszę ich mieć. Za to mam czekoladki.

Czekoladki?

- Zaczęłam współpracę z ZPC Bałtyk, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Kiedyś z prezesem tej firmy rozmawialiśmy przy kawie i zasugerowałam, że przydałaby się gdańska linia słodyczy. Zrobiłam im projekty i chwyciło, spodobało się ludziom. To jest kolejna dobra marka, a nie chińskie "nie wiadomo co", wsadzone w pudełko. Zainteresowała się tym Gdańska Organizacja Turystyczna i zrobiliśmy dla niej serię "Słodki Gdańsk" - czyli pralinki i czekolady. Słowo wstępne napisał sam profesor Andrzej Januszajtis. Dzięki temu dowiedziałam się, że Gdańsk to kolebka czekolady i marcepanu. Tu działała pierwsza pijalnia czekolady. To jest ogromna gdańska tradycja. Połączenie sztuki z komercją pomogło stworzyć świetny upominek na każdą okazję. To pokazało, że jest dziura na rynku, że tego nie ma, a ludzie tego poszukują. Teraz pracuję nad kolejnym pomysłem, ale to na razie tajemnica. Tym razem będzie to upominek dla panów.

Od niedawna prowadzi pani galerię ze znanym gdańskim fotoreporterem, Maciejem Kosycarzem. Pani kolorowy Gdańsk z obrazów na filiżankach i klimatyczne zdjęcia Zbigniewa Kosycarza. To doskonałe połączenie.

- Też tak uważam, dlatego połączyliśmy siły z synem Zbigniewa Kosycarza, Maciejem, który zdjęcia ojca publikuje w formie cudownych albumów. Oboje kochamy Gdańsk. Mamy też specyficznego klienta. Do nas nie przychodzą nastolatki. Moim klientom marka Milanówek i Lubiana jest znana. Tak samo jest z albumami Kosycarza. To wszystko pasuje.

Słyszałam też, że zajmują panią... zajęcia rekreacyjne.

- Tak to nazywam. Prowadzę warsztaty, nazwałam to "ReKreacja". Prowadzę je razem z Ewą Sowińską i Anią Rezulak. To jest kierowane do dorosłych, głównie do kobiet. Spotykamy się w grupach dziesięcioosobowych, przy dużym stole i realizujemy zadania, np. malujemy apaszki. To jest takie współczesne darcie pierza. To są kobiety aktywne zawodowo, często mające swoje firmy, osoby ciekawe, o otwartych umysłach i te rozmowy w trakcie malowania są bardzo inspirujące. To jest takie spa dla duszy, trzy godziny przyjemności. Teraz wystartowałam z konceptem "ReKreacji" dla seniorów. Robię to dla firmy, która chce zrobić coś dla swoich byłych pracowników. Chodzi o utrzymanie więzi z nimi, bo oni mają wiedzę, mogą być mentorami. To bardzo dobre podejście. Tym razem w grupie mamy zdecydowanie więcej panów.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady rozpoczynamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim". Co tydzień garść nieocenionej wiedzy od praktyków w biznesie.

Opinie (41) 4 zablokowane

  • cudowna osoba, taka pasjonująca, czerpać można z niej garściami, uwielbiam ją:) (3)

    • 61 19

    • czerpać garściami (1)

      kto może to moze

      • 9 2

      • Świntuch!

        • 5 1

    • za mało wazeliny. Postaraj się bardziej, bo będzie noc

      długich jajec.

      • 2 1

  • (1)

    Super pomysł!

    • 35 14

    • dobre g*wno

      • 2 1

  • Super osobowość!

    Oby więcej takich wartościowych ludzi z pasją i pozytywną energią!

    • 43 17

  • Uwielbiam pic poranna kawe z kubka autorstwa Pani Magdy

    • 23 14

  • Proponuję kupić domenę światową i z końcówką światową ewentualnie z Niemiecką (6)

    Wystawiać sklep na Zachodzie i promować "ZROBIĘ NA ZAMÓWIENIE", KASOWAĆ PO 100-500 Euro.

    To tak w skrócie.

    • 19 14

    • Dokładnie (4)

      W Polsce takie osoby nigdy nie bedą doceniane. Sam produkuje w Polsce i sprzedaje za granica pod marka UK. Zupełnie inne pieniądze niż w kochanych PLN-ach.

      • 11 10

      • i tak 3maj (2)

        co produkujesz?

        • 6 5

        • (1)

          Kartofle

          • 14 4

          • Pojawił się jakiś....

            kartofel.

            • 2 5

      • Mylisz tematy- docenianie osób a kupno

        bardzo doceniam takie osoby, sama jestem "na swoim" w niełatwym zawodzie,
        mimo doceniania osób i ich rękodzieł, rzadko kupuję- może ze trzy razy w roku,
        gdyż są to rzeczy drogie dla mnie, choć wiem, że warte swojej ceny. Artysta też płaci ZUS i czynsz najmu.
        Po prostu cały czas za mało zarabiamy w stosunku do np.wysokości opłat ( ZUS 1200, kredyt mieszkaniowy 2000 zł)

        Dlatego rzeczywiście warto sprzedawać za granicę.

        • 4 1

    • bo interes robić, trzeba umić

      • 2 1

  • P. Magdo piękna pasja i zamiłowanie do czegoś co się na prawdę kocha. Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo sukcesów.

    • 22 13

  • artykuł sponsorowany (5)

    tego mi zabrakło

    • 50 18

    • (1)

      Nawet jeśli byłby to artykuł sponsorowany, to dzięki niemu wiele osób dowie się, ze można jako pamiatkę z nad morza, kupić piękną porcelanę Pani Magdy a nie badziewie sprzedawane na straganach w Gdańsku.

      • 19 17

      • czyli marketing

        i to szeptany

        • 10 1

    • i to już drugi w ostatnim czasie!!!

      • 14 1

    • Artykuł sponsorowany (1)

      jest wtedy gdy ktoś za niego płaci a nie gdy ktoś z własnej nieprzymuszonej woli chce napisać o kimś / o czymś wartym opowiedzenia.

      • 8 7

      • małe ale bo ten dział nazywa się biznes

        • 1 0

  • Szafarnia 11

    A w filiżance Pani Magdy można się napić kawy w Umam Marina Cafe w miejscu jej starej pracowni. Ekstra lokal z jej obrazami.

    • 17 10

  • Jeśli artyści utrzymują się ze sprzedaży swoich dzieł to jestem jak najbardziej za

    W odróżnieniu od tych co "pracują" na etatach, grantach i dotacjach, muszą znaleźć chętnych odbiorców swoich wytworów. Jak działa etatyzm w sztuce i kulturze to widać na przykładzie Gdańska, jakieś instytuty i archipelagi itp. obsadzone znajomkami przy byle okazji obrzucają się błotem i skaczą sobie do oczu żeby tylko wyrwać jakieś miejskie dotacje, o poziomie artystycznym nawet szkoda mówić.

    • 48 1

  • Bardzo dobry pomysł na nowy cykl artykułów !

    Pozytywnie, lokalnie, edukacyjnie. Gratuluję pomysłu i czekam na kolejne wywiady.

    • 28 8

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Ludzie biznesu

Anna Jakób

Członek zarządu Grupy GPEC, firmy z branży energetycznej. Wcześniej przez kilkanaście lat pełniła...

Najczęściej czytane