Na swoim. Dariusz Lisowski fotograf z magicznego zakładu przy ulicy Mickiewicza

Nie jest to muzeum, czy jakieś dotowane miejsce, które działa, aby sprawić jedynie radość odwiedzającym. Jesteśmy firmą działająca, też rozwijająca się. Oczywiście specyfika klienta zupełnie się zmieniła - mówi Dariusz Lisowski.
Nie jest to muzeum, czy jakieś dotowane miejsce, które działa, aby sprawić jedynie radość odwiedzającym. Jesteśmy firmą działająca, też rozwijająca się. Oczywiście specyfika klienta zupełnie się zmieniła - mówi Dariusz Lisowski. fot. Piotr Hukało/trojmiasto.pl

O tym, że warto szukać własnej drogi, ale przeznaczenie i tak nas dopadnie, że dobrze wracać do korzeni i kontynuować pracę poprzednich pokoleń, ale... zawsze warto robić to w poszanowaniu tradycji, ale po swojemu rozmawiamy z Dariuszem Lisowskim, właścicielem zakładu fotograficznego Studio D2. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Zofią Zienkiewicz, właścicielką Ogrodnictwa Lawenda.


W latach 90. spółdzielnia padła. Tata miał możliwość przejęcia zakładu i to zrobił. Pracował do emerytury i - jak to mówią - jeden dzień dłużej.

W tym zakładzie zrobiono moje pierwsze zdjęcie do legitymacji szkolnej, a potem do dowodu. Być może robił je pana ojciec?

Dariusz Lisowski: Jest to wielce prawdopodobne. W tym zakładzie obsługujemy już chyba piąte pokolenie.

Pewnie bardzo często musi pan wysłuchiwać takich sentymentalnych historii.

- Tak, ale to bardzo miłe momenty. Mój tata przyjechał do Gdańska w latach 60. Pochodzi z małej wsi na Podlasiu. Jak większość młodych ludzi z małych miejscowości dążył do tego, żeby rozpocząć swoje dorosłe życie jak najdalej od domu i w jak największym mieście. Wojsko odsłużył w Katowicach, zawodu nauczył się w Darłowie, a potem przyjechał do Gdańska. Trafił do Fotograficznej Spółdzielni Pracy Fotoplastyka w Sopocie. Był początek wakacji, zaproponowano mu pracę fotografa robiącego zdjęcia turystom na molo. Stał tam taki mały samolocik i samochodzik, z którymi pozowali odpoczywający w kurorcie. To nie było wymarzone zajęcie dla ojca, bo on był przede wszystkim świetnym laborantem. Wiedział też, że jak skończy się sezon, to skończy się też praca. Jednak któregoś dnia od pani w biurze spółdzielni dowiedział się, że jej mąż prowadzący zakład we Wrzeszczu, także należący do Fotoplastyki poszukuje pracownika. Poszedł, porozmawiał i... został. To był właśnie ten zakład przy ul. Mickiewicza, w którym dziś jesteśmy. Tym kierownikiem okazał się Longin Prymaka, prawdziwa osobowość fotograficzna tamtych czasów w Trójmieście. On jako jeden z pierwszych otworzył prywatny zakład z fotografia kolorową. Zanim mój tata tu trafił zakład głównie zajmował się produkcją zdjęć pamiątek. Longin jeździł po Trójmieście, fotografował zabytki czy atrakcyjne zakątki, przywoził negatywy i robiono tutaj pocztówki i takie pamiątki ułożone ze zdjęć składanych w harmonijkę. Głównie to robili. Ta fotografia dla klienta, czyli wywoływanie zdjęć czy robienie fotografii do dokumentów trochę było... zepchnięte na margines. Tym zajął się mój ojciec. Spędzał tu całe dnie, a nawet noce, bo na początku praktycznie mieszkał w zakładzie.

Domyślam się, że pana dzieciństwo, też tu upłynęło.

- Tak. Choć skłamałbym, gdybym powiedział że byłem tym zafascynowany. To było miejsce, gdzie pracował mój tata. Była tu duża ciemnia negatywowa, ciemnia do papierów, miejsce do retuszu klisz, studio. Było zupełnie inaczej niż dziś. Zakład zajmował się obsługą okolicznej ludności, ale głównie robiono zdjęcia do dokumentów i zdjęcia studyjne - ślubne, chrzty, komunie, portrety. W latach 90. spółdzielnia padła. Tata miał możliwość przejęcia zakładu i to zrobił. Pracował do emerytury i - jak to mówią - jeden dzień dłużej. Od 2010 roku sam prowadzę firmę. Tata się odsunął przychodzi z sentymentu, a nie z obowiązku.

Od początku było wiadomo, że przejmie pan pałeczkę w zakładzie, czy jak wielu młodych ludzi pan też chciał po swojemu?
Liceum plastyczne świetnie łączyło te wszystkie moje zainteresowania. Była rzeźba, był rysunek, choć faktycznie najbardziej wciągnęła mnie fotografia.

- Tak jak już wspomniałem, ani praca taty, czy to miejsce nie fascynowało mnie gdy byłem dzieckiem. Bardziej mnie kręciło chyba jakieś majsterkowanie. W zakładzie trudno było o magię, bo panował tu duży ruch. Mój tata był mistrzem świata w ogarnianiu tego wszystkiego. Kiedy klient wychodził, tata już biegł do ciemni i naświetlał zdjęcia, kolejne wrzucał do wywoływacza i już dalej biegł obsługiwać następną osobę. Świetnie to wszystko miał zorganizowane. Pamiętam jednak, że we wszystkie ferie i wakacje w pierwszy dzień przychodził do domu z dwoma kartonami kopert, takich 10 na 15. W każdym kartonie było 1000 sztuk, a moim i mojej siostry zadaniem było ich sklejanie. Na nic zdały się żale, trzeba było. Macie czas wolny, więc pomóżcie - mówił tata. Czasami jak się przyjeżdżało do ojca, to się dostawało do wysuszenia zdjęcia. Zwykle potem dostawałem reprymendę, że nie tak, że za wolno, za szybko... Wówczas to nie była moja bajka. Jak byłem starszy polubiłem rysunek, rzeźbę, ciągnęło mnie w stronę plastyki. Pojawił się też aparat. Zdecydowałem się na liceum plastyczne, klasę fotograficzną. Wybrałem po swojemu, choć posłuchałem rodziców i wybrałem szkołę, która daje już jakiś zawód. Wtedy była to jedyna klasa fotografii artystycznej w Trójmieście, a nawet w Polsce.

A jednak fotografia.

- Tak, choć w innym ujęciu. Liceum plastyczne świetnie łączyło te wszystkie moje zainteresowania. Była rzeźba, był rysunek, choć faktycznie najbardziej wciągnęła mnie fotografia. Ta szkoła dawała szeroką wiedzę, nie chodziło tylko o naciśniecie guzika w aparacie. Nas uczono jak sobie przygotować plan zdjęciowy, sprzęt, jak wykonać zdjęcie, oświetlić, wywołać materiał, obrobić, zrobić powiększenie, oprawić. To była cała droga powstawania obrazu od pomysłu do postaci finalnej. Wówczas jednak w ogóle nie miałem w planach przejmować zakładu po ojcu. Przeciwnie, chciałem być jak najdalej. Po maturze skończyłem jeszcze Policealną Szkołę Oprogramowania Maszyn Cyfrowych. To były początki inwazji komputerów w życie codzienne. To mi dało swobodę i było takim pierwszym krokiem w kierunku tzw. cyfryzacji. Potem jeszcze zrobiłem studia na Politechnice Zielonogórskiej.

Politechnika? To przecież techniczna uczelnia. A co ze sztuką?

- Był to wynik eksperymentów, ale nie moich tylko eksperymentów w edukacji jakie wówczas czyniono. Związek Polskich Artystów Fotografików miał ambicje posiadania własnych studiów fotograficznych. Posiadali kadrę, nie mieli jednak infrastruktury, więc porozumieli się z Politechniką Zielonogórską. Dlaczego akurat z tą uczelnią, tego nie wiem. Nie żałuję tego czasu, bo poznałem fajnych ludzi, z zupełnie innym spojrzeniem niż ci z trójmiejskiego świata fotograficznego. To byli ludzie z całej Polski i każdy coś innego miał w głowie. To na pewno nie był czas stracony, aczkolwiek na co innego się decydowaliśmy, a "na co innego mamy papier".

A jak wówczas wyglądało pana życie zawodowe?
Czasem spotykałem się nawet wśród znajomych z taką pogardą, że fotograf z zakładu to jest coś gorszego, to tylko rzemieślnik. To siedziało w głowie...

- Jeszcze przed maturą od swojego nauczyciela dostałem propozycję pracy w liceum plastycznym. W maju zrobiłem dyplom i maturę, a w listopadzie zostałem nauczycielem zawodu foto. Pracowałem tam do 1998 roku. Potem trafiłem do redakcji Dziennika Bałtyckiego, gdzie pracowałem jako fotoedytor, a jeszcze później jako archiwista. Po drodze współpracowałem też z Agencją Kosycarza. Bardziej mnie wciągał Photoshop, fotoedytowanie, czyli praca z fotoreporterami i ze zdjęciami, niż samo robienie zdjęć. Zresztą nawet jak byłem na etacie, to zawsze też bywałem na swoim. Życie nauczyło mnie "bycia na swoim". Moi koledzy, którzy zawsze pracowali na etatach i nagle otworzyli swoją działalność nie rozumieli, że są okresy, gdzie trzeba odkładać pieniądze, a potem jest czas, gdy trzeba sięgnąć do tej skarpety, żeby opłacić rachunki. Jednak wracając do pytania o drogę zawodową. Po jakimś czasie okazało się, że coraz więcej czasu spędzam w zakładzie z tatą. Tu mogłem połączyć swoją wiedzę, doświadczenie i umiejętności, ale też musiałem pomóc. Zwłaszcza jak zachorowała moja mama i okazało się, że tata więcej czasu musi jej poświęcić. Kiedyś myślałem, że to będzie rozwiązaniem czasowym. Stało się inaczej, od 2010 roku prowadzę tę firmę już po swojemu.

Od zakładu nie dało się "uciec".

- To nie było łatwe, bo... Miałem okazję zetknąć się ze środowiskiem fotoreporterów. Ten "wielki świat mediów", legitymacji prasowej, która otwierała wszystkie drzwi. Moja żona wówczas też była fotoreporterką w Gazecie Wyborczej. Dziś pracujemy razem. A tu nagle zakład fotograficzny. Czasem spotykałem się nawet wśród znajomych z taką pogardą, że fotograf z zakładu to jest coś gorszego, to tylko rzemieślnik. To siedziało w głowie, choć znając tę pracę wiedziałem, że ta dziedzina fotografii, ta praca dla osiedlowego klienta jest ważna i może dać dużo satysfakcji. O ironio dziś status mediów i fotoreporterki spadł. Praca rzemieślnika jest coraz bardziej doceniana.
Ludzie przyjeżdżają po latach i cieszą się, że zakład jest. Dziwią się, że w dzisiejszych czasach wciąż działamy w tym samym miejscu - mówi Dariusz Lisowski.
Ludzie przyjeżdżają po latach i cieszą się, że zakład jest. Dziwią się, że w dzisiejszych czasach wciąż działamy w tym samym miejscu - mówi Dariusz Lisowski. fot. Piotr Hukało/trojmiasto.pl

Za to dobra fotografia - niech będzie - rzemieślnicza zawsze będzie potrzebna.
Są ludzie, którzy wciąż chcą zapłacić za profesjonale zdjęcie, za pracę fotografa i nie wystarcza im, że zdjęcia komórką robiła ciocia.

- Tak. To jest praca bardzo osobista. My towarzyszymy ludziom w bardzo ważnych momentach ich życia. Kiedyś przyszedł do mnie pan, który od lat nosił brodę. Przyszedł zrobić sobie zdjęcie przed. Potem poszedł do fryzjera po sąsiedzku i wrócił do nas, aby zrobić sobie nowe zdjęcie, już bez brody. Tu na ścianie u nas w zakładzie wisi zdjęcie znalezione przez moją znajomą na śmietniku. To jest portret kobiety i mężczyzny, chyba małżeństwa, sprzed II wojny światowej. Zdjęcie wykonano w atelier Rembrandt w Gdańsku. Wtedy to było zwykłe zdjęcie, po prostu rodzina przyszła do fotografa. Dziś jest to dzieło sztuki i coś co nawet Muzeum Miasta Gdańska, chce mieć w swoich zbiorach. Jakiś czas temu przyszła kobieta z wyrwanymi z albumu starymi zdjęciami. Powiedziała, że sama je wyrwała, bo na nich jej zależy, a reszta jest nieistotna. Po tygodniu przyniosła mi dwie siatki z albumami, zdjęciami, jakimiś negatywami, a nawet szklanymi płytkami. To zostało po jej rodzinie, większości osób nie znała, a to wszystko leżo już przy piecu do spalenia, ale po rozmowie ze mną postanowiła ocalić te zdjęcia. Kiedyś przyszedł mężczyzna, który od lat mieszka w Szwecji. Przyszedł z sentymentem pokazać to miejsce swojemu małemu synkowi. Takich sentymentalnych wizyt mamy sporo. Coraz częściej słyszę od ludzi, że jesteśmy jedynym im znanym zakładem, który został w tym samym miejscu, w tej samej formie. Ludzie przyjeżdżają po latach i cieszą się, że zakład jest. Dziwią się, że w dzisiejszych czasach wciąż działamy w tym samym miejscu. To jest dla ludzi bardzo dużą wartością.

Jak prowadzi się taki zakład z tradycjami w czasach, gdy aparat jest w każdym telefonie, a zdjęcia przechowujemy w pamięci komputera, a nie w albumie?

- Trudno połączyć stare, dobre rzemiosło, ze współczesną technologią w pędzącym dzisiejszym świecie. Są ludzie, którzy oczekują rzetelnego wykonania, po to, żeby mieć pamiątkę w ramie, a nie w telefonie. Często zlecając jakąś pracę klienci podświadomie, oczekują kontaktu z osobą, która wysłucha, porozmawia, doradzi najlepsze rozwiązanie i tu jest nasze miejsce. Właśnie pracuję nad powiększeniami dla człowieka, którego pasją jest fotografia. Kupił sprzęt, poświęcił czas i zlecił nam wykonanie powiększeń i wyeksponowanie tych swoich prac w indywidualnych ramach. Są ludzie, którzy wciąż chcą zapłacić za profesjonale zdjęcie, za pracę fotografa i nie wystarcza im, że zdjęcia komórką robiła ciocia. Są też tacy, którzy wolą zdjęcia cioci i są zadowoleni, takich też cenimy. Zaczynamy doceniać doświadczenie, fachowość i prawdziwe rzemiosło, ale idzie to czasem opornie.
Część zleceń wpływa za pośrednictwem poczty elektronicznej. Za czasów taty przeliczało się zysk na każde otwarcie drzwi, bo każdy klient przynosił rolkę filmu do wywołania i robił trzydzieści parę odbitek.

Mam jednak nadzieję, że nie kontynuuje pan rodzinnej tradycji, tylko z sentymentu, że to biznesowo ma rację bytu?

- Tak. Oczywiście, że to spinamy. Nie jest to muzeum, czy jakieś dotowane miejsce, które działa, aby sprawić jedynie radość odwiedzającym. Jesteśmy firmą działająca, też rozwijającą się. Oczywiście specyfika klienta zupełnie się zmieniła. Czasem jak przychodzi mój tata i przez dłuższą chwilę nie otworzą się drzwi, to on z niepokojem pyta się, jak sobie radzę. Nie zauważył, że ja w tym czasie cały czas pracowałem i właściwie nawet nie mieliśmy okazji pogadać. Część zleceń wpływa za pośrednictwem poczty elektronicznej. Za czasów taty przeliczało się zysk na każde otwarcie drzwi, bo każdy klient przynosił rolkę filmu do wywołania i robił trzydzieści parę odbitek. Dziś rozwija się fotografia wielkoformatowa, muzealna, wystawiennicza, a także wszelkiego typu oprawy. Dalej oczywiście prowadzimy obsługę tzw. klienta osiedlowego robiąc zdjęcia do dokumentów, do dyplomów, CV, rodzinne czy zdjęcia pamiątkowe.

A czy przychodzą jeszcze rodziny zrobić sobie taki portret jak ten z atelier Rembrandt?

- Tak. Coraz częściej. Są to małżeństwa z małymi dziećmi, osoby w podeszłym wieku, albo rodzice z dorosłymi dziećmi, które właśnie idą w świat. Ludzie znów chcą udokumentować ważne momenty swojego życia.

A tata się ucieszył, że został pan w zakładzie?

- Myślę, że tak, choć nigdy tego nie powiedział wprost. Zresztą w tej kwestii jesteśmy podobni, niełatwo wyrażamy emocje. Jednak w wielu momentach dawał mi do zrozumienia, że pewne moje zmiany nie są po jego myśli. Jak robiłem remont i wyrzuciłem piece, to najpierw się ucieszył, że nareszcie nie trzeba w nich palić i że będzie ciepło, a potem zmartwił, że już ich nie ma. Tak samo ciężko zniósł likwidację ciemni czy szafy do negatywów.

A pan ma komu zostawić ten zakład?

- Cały czas prowadzę go z pomocą żony, która - jak już wspomniałem - też jest fotografem. Mamy córkę. Marysia ma dziś 15 lat i też chce się wybić na niezależność. Jednak, cóż. Ona wyrosła w tym miejscu. Nasiąkła" fototlenem". Jak miała sześć czy siedem lat, to czasem chodziła ze mną na spotkania z moimi studentami z Uniwersytetu Trzeciego Wieku, których uczę fotografii. I nagle na zajęciach wypala: tata, ale środek ciężkości kompozycji przelatuje tutaj, więc jakby ta wrona siedziała tutaj, to by było lepiej - czym wprawiała w osłupienie moich dojrzałych studentów, a ja pękałem z dumy. Ma talent. Kiedyś poszła na spacer, zrobiła zdjęcie i wygrała konkurs. A co wybierze? W wakacje wyjęła aparat i znów zaczęła robić zdjęcia. Może, więc... CDN.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady, mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.

Opinie (28) 4 zablokowane

  • Piękna praca i pasja

    I piękne podejście do historii i ludzi.

    • 56 2

  • Z mojej dzielni, fajni ludzie. Pozdrowionka")

    • 31 1

  • Gratuluję i życzę sukcesów. Tym bardziej docenia się dobre rzemiosło w obecnych durnych czasach, gdy upowszechnienila się moda na zgrywanie z siebie "fotografa", więc każda 20 letnia lodowa utrzymanka z ajfonem to teraz instsgramowy fotograf xD

    • 32 1

  • Znam ten zakład. Moje zdjęcie do legitymacji też tam powstało. Pozdrawiam i życzę powodzenia. Świetna historia

    • 24 1

  • Wspaniały artykuł !!!

    Cieszę się bardzo, że jescze są takie miejsca gdzie można się spotkać z prawdziwą fotografią...

    • 35 2

  • Czy po likwidacji ciemni zostały jakieś drobiazgi? (2)

    koreksy, oświetlenie ciemniowe itp? Chętnie przygarnę (za opłatą rzecz jasna)

    • 2 1

    • I powiększalnik Krokus jeszcze został. (1)

      • 0 0

      • jako dziecko miałem krokusa 44L

        wyrzucenie go do śmieci to była czysta radocha :)
        A używane pierdółki analogowe naprawdę sie przydadzą

        • 0 0

  • Najlepszy to ślubny fotograf, tylko aparacik bez wynajmu zero kosztów i pykasz sobie śluby. (4)

    Tydzień laby tylko weekendy trochę pracy, średnio piątka wpada za tydzień. Jak nie śpię w tygodniu to wycieczki Rzym, Paryż za free śpię jem i zarabiam. Fortgrafia ślubna to mój nowy zawód, nie wracam do biura. Pracuję 30% tego co wcześniej i kasa ta sama. Szybki kursik robienia fotek i golisz nowożeńców:)

    • 2 19

    • nie masz pojęcia (2)

      o czym pier***sz; aaa nie doczytałem głąbie - piszesz o sobie. No tak aparacik za 3 koła, używany obiektyw za 500 stów i zestaw presetów za 30 zeta. A potem, sorry, no karta mi padła, nie odzyskam fot - macie obraz fociarza pstrykacza i śluby za 1,5 tysiąca.

      • 6 0

      • o fleszu zapomniałeś

        jeszcze flesz prosto z ali :)

        • 5 0

      • Pita mam za poprzedni rok 200 to golę:)

        Aparaty mam dwa, dwa twarde dyski, i dwa flesze, ale ma leasing za bumę 3 tys. Ale nie mo co golę

        • 1 0

    • i po napisaniu tych bredni, nagle sie obudziłeś

      z kacem..

      • 0 1

  • Więcej takich artykułów prosze

    a nie biadolenia "spadł papierek i nic z tym nie robią"

    • 16 3

  • Najbardziej przyjemne (1)

    gdy siedzisz w ciemni i papier powolutku zamienia sie w zdjecie.

    • 17 3

    • I ten zapach tiosiarczanu

      i paluchy w hydrochinonie :)

      • 2 0

  • Tata miał możliwość zakupienia zakładu, to i dzisiaj synuś sobie prosperuje (3)

    ciekawe ilu z Waszych tatusiów miało możliwość zakupu takiego zakładu... rzeczywiście historia jak milion innych hehe,

    • 6 35

    • twojemu tatusiowi

      nikt nie bronił pracować i dorobić się czegoś, ale nie - wolał jak 80% ludzi w tamtych czasach wyciągać łapy po państwowe i ciebie nauczył dokładnie tego samego. Ile wyciągasz kasy na bombelki? roszczeniowe Polacy

      • 5 9

    • Bez znajomości i układów ani rusz

      • 5 7

    • Wielu, którzy coś dostali od rodzicow (co jest naturalne, gdy rodzic się dorobi)

      zmarnowało dobro otrzymane, chwała tym, którzy to dobrze wykorzystali i rozwinęli.

      • 10 1

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Moim zdaniem

Ludzie biznesu

Andrzej Adler

Prezes zarządu i jeden z współzałożycieli DGT, firmy zajmującej się telekomunikacją i...